aktualizacja w weekendy ;-)

piątek, 7 września 2007

Dzień 3, Świątynia Nieba i Wielki Mur

1 sierpnia 2007, środa

Zaczęliśmy od kompleksu Tiantan (Świątynia Niebios), pośrodku którego położony jest Qiniandian, czyli Pawilon Modłów Dorocznych. Centralny punkt Cesarstwa, środek Świata, miejsce w którym styka się Niebo z Ziemią. Śmieszny opis tego miejsca znalazłem na stronach chińskiego radia międzynarodowego. Kompleks obejmuje olbrzymi park, do którego dojechaliśmy wczesnym rankiem. Po wejściu na jego teren cały poranny uliczny harmider ucichł, a przestrzeń wypełniać zaczęły delikatne dźwięki dochodzące z nie wiadomo której strony. W końcu pomiędzy gałęziami drzew dostrzegłem jakąś grupkę postaci od której dochodziły dziwne dźwięki nieokreślonej muzyki. Gdy podeszliśmy bliżej, okazało się, że to trzy grupy emerytek tańczyły z wachlarzami coś w rodzaju baletu. Jedna kobieta była instruktorem, reszta starała się naśladować jej ruchy. Wychodziło to niektórym lepiej niektórym gorzej, jednak widać było, że chodzi w tym wszystkim o wspólnotę działania a nie o perfekcję wykonania. Postaliśmy tam trochę, zrobiliśmy zdjęcia i ruszyliśmy dalej. Nie wiem jak inni, ale ja pomyślałem sobie, że śmieszne babcie przygotowują się pewnie do jakiejś oficjalnej akademii. Jednak po przejściu kolejnych kilkudziesięciu kroków okazało się, że aktywności nie ograniczają się do baletów z wachlarzami i do tej jednej grupy emerytek, i raczej nie są przygotowaniami do zbliżającej się akademii.

Wyczulony na różne dziwne uliczne dźwięki, ciągnięty muzycznym magnesem przez zarośla i trawniki, wylądowałem na małym skwerku, na którym kilku staruszków rzępoliło aż uszy puchły na tradycyjnym instrumencie chińskim o wdzięcznej nazwie Er Hu. ( Dużo czasu zajęło mi później odnalezienie w Internecie jego nazwy ;-) Niektórzy starali się nauczyć określonego utworu, na co wskazywał rozstawiony przed muzykiem stojak z jakąś muzyczna notacją. Inni grali albo z pamięci albo to co im w duszy lub pod palcami grało. Do jednego siedzącego dziadka z instrumentem podszedł w pewnym momencie inny dziadek i zaczął razem z tym pierwszym śpiewać. Ja rozumiem, że muzyka chińska ma zupełnie inna skalę od europejskiej, ja rozumiem, że europejczyk musi się przyzwyczaić do tego, ale... Słyszałem później różnych ulicznych grajków, którzy umieli to robić i było to naprawdę przyjemne estetycznie przeżycie. Jednak tutaj zarówno instrumentalista jak i wokalista nie trzymali najmniejszych standardów czystości dźwięku. Podobnie zresztą było z innymi ćwiczącymi na skwerku osobami. Nie przeszkadzało to jednak nikomu w doskonaleniu własnego muzycznego warsztatu. Nikt się nie skarżył, nikt nie denerwował. Tutaj się przecież wspólnie gra na Er Hu i już. Nie zauważyłem żadnego instruktora czy kogokolwiek, kto by kierował tą kakofonią. Bardzo dziwne doświadczenie. Nagrany fragment duetu można posłuchać tutaj.

Nieco dalej rozlokowane były kolejne grupy tematyczne. Po muzykach trafiliśmy na grupę ćwiczących tai-chi. Nieco dalej była grupa tai-chi z czymś w rodzaju mieczy połączonych z nunczako. Następnie grupa wokalna przygotowująca się do wspólnego odśpiewania jakiegoś utworu; niestety zrobiło się już późno i nie doczekaliśmy aż grupa zacznie śpiewać. Brak czasu w Pekinie bardzo dał nam się we znaki i bardzo żałowaliśmy że nie możemy po prostu pokręcić się po parku dłużej. A w parku takich grupek było bez liku, babcie grające w zośkę, grupy taneczne, instrumentalne, wokalne, sportowe, najprzeróżniejsze. No ale trudno. Doszliśmy w końcu do głównego miejsca Świątyni Nieba.

Jak dla mnie chyba najpiękniejsza pozycja na całej trasie. Olbrzymi plac, pośrodku majestatycznie stojący ogromny pawilon, gdzie cesarz wchodził tylko sam, by modlić się o pomyślność i urodzaj. Pagoda przepiękna, odrestaurowana, proporcjonalna, idealna estetycznie i architektonicznie. To są moje wrażenia, a szczegóły dotyczące samej świątyni można znaleźć także na setkach innych stron, np.: blog sinologa, albo angielska Wikipedia.

Po obejrzeniu Tiantan pojechaliśmy obejrzeć Wielki Mur. Najpierw taksówka na dworzec autobusowy Dongzhimen, na którym różne osoby kierowały nas w różne miejsca, coś nam tłumaczyły, pokazywały na migi, zniecierpliwione pisały krzaczki, a my nic z tego nie rozumieliśmy. W końcu znaleźliśmy przystanek, z którego odjeżdżał nasz autobus nr 916 i pojechaliśmy do miejscowości Huairou, skąd do muru dojeżdżać miały już tylko busiki. W Huairou chcieliśmy coś zjeść, bo głód zaczynał dawać się we znaki naszym nerwom. Nie dość że głodni, nie dość że upał, to jeszcze przyczepił się do nas niezwykle upierdliwy facet, chcący koniecznie nas zawieźć do Mutianyu i przekonujący, że tu nie ma nic do jedzenia, a w Mutianyu jest. Potraktowaliśmy go jak zwykłego naganiacza i postanowiliśmy sami znaleźć miejsce z żarciem. Niestety, lokale które znaleźliśmy nie wyglądały dobrze, więc w poszanowaniu własnych żołądków szukaliśmy dalej. Oczywiście nic nie znaleźliśmy, wystawiając na ciężka próbę relacje pomiędzy wszystkimi nawzajem, a na koniec wsiedliśmy do busika tego upierdliwego gościa. Facet miał nerwowy tik polegającym na niezwykle wyrazistym mruganiu wytrzeszczonymi oczami, co wyglądało tak, jakby się nieustannie dziwił i mrugał, by się upewnić, że to co widzi jest prawdą. Koleś okazał się niezwykle sympatyczny i zabawny, w czasie drogi ciągle coś nam pokazywał i tłumaczył nieustannie się śmiejąc. Jego wesołość w połączeniu z mruganiem oczami ze zdziwienia, jakby nie mógł uwierzyć, że droga, którą jedziemy wygląda właśnie tak, a nie inaczej oraz widoki za oknem - to wszystko sprawiło, że cała nerwowość uleciała w góry. Gdy dojechaliśmy, zamówiliśmy pierogi (nie obyło się oczywiście bez negocjowania ceny) i ruszyliśmy w kierunku wyciągu, jadącego do położonego na grzbiecie góry Wielkiego Muru.

Po zejściu z krzesełek wyciągu i przejściu paru kroków poczułem się, jakby mnie ktoś włożył na pocztówkę. Piękne zielone góry i wijąca się po nich ikona Chin. Zawsze marzyłem, żeby zobaczyć kiedyś Mur na własne oczy, dotknąć go własna ręką, ale zawsze wydawało mi się to pragnieniem nierealnym. Teraz stałem na przeciwko i nie mogłem uwierzyć, że tu jestem. To nie dzieje się naprawdę. Uczucie stąpania po historycznym miejscu mieszało się z uczuciem spełnionego marzenia i kręciło mi się w głowie. Mur w tym miejscu nie jest wysoki, ma ok. 9m wysokości i ok. 6m szerokości na szczycie. Podobno może się na nim zmieścić 10 ludzi obok siebie. Gdy idzie się pod górę, są zrobione na całej szerokości schody. Mur obok wątpliwych funkcji obronnych, pozwalał Chińczykom przede wszystkim na szybkie przerzucanie wojska z jednego końca na drugi. System sygnalizacji świetlnej pozwalał także na szybkie przekazywanie informacji pomiędzy strażnicami.

Poszliśmy sobie szczytem Muru aż do końca wyremontowanego odcinka. Co kilkaset metrów mijaliśmy strażnicze wieże, każda podobna i każda inna. Za flankami rozciągał się cudowny górski zielony krajobraz. Próbowałem sobie wyobrazić codzienne żołnierskie życie w tych warunkach i nie mogłem się oprzeć poczuciu absurdu: wpatrujesz się w zielony gąszcz, z którego możesz dostać strzałę, by bronić takiego samego zielonego gąszczu po drugiej stronie. Depresyjne i beznadziejne zajęcie. Doskonale rozumiem, że Mur nie był ciężką przeszkodą dla najeźdźców. Doszliśmy do ostatniej strażnicy. Dalej, za tabliczką ostrzegającą przed niebezpieczeństwem, była już tylko ruina. Oczywiście jak większość, także i ja nie mogłem sobie odmówić wejścia. Zrujnowany fragment trzyma się nawet całkiem nieźle. Są zachowane flanki i fragmenty chodnika, który po prostu zarośnięty jest krzakami. Prowadząca bokiem ścieżka wskazuje, że ten niewyremontowany odcinek nie jest nie do przebycia. Niestety, pozostałe osoby nie chciały pozwiedzać dzikiego odcinka, więc musiałem zadowolić się krótkimi odwiedzinami. Poza tym brak czasu także skłaniał do powrotu.

Na ostatniej wyremontowanej wieży zostałem jeszcze zaatakowany przez walecznego chińskiego chrząszcza. Siedział sobie grzecznie taki 10-centymetrowy bydlak na flance, a ja, podły, po zrobieniu fotek - zdmuchnąłem go na zewnątrz Muru. Po chwili chrząszcz wyleciał znienacka i zaatakował mnie lotem koszącym. Zrobiłem unik, jednak on manewrem przez lewe skrzydło zawrócił po szerokim łuku i przypuścił ponowny atak. Miałem w ręku jakiś kawałek gazety, zacząłem się więc bronić, machnąłem kilka razy i trafiłem bydlę, przypierając go do ziemi. Waleczny chrząszcz nie zrezygnował i po odbiciu od posadzki przypuścił ponowny atak. Zacząłem uciekać wykonując szybkie uniki i machając gazetą. Na szczęście po drugim trafieniu agresor uznał, że jednak nie da mi rady i odpuścił. Odetchnąłem z ulgą, napiłem się wody i, wyczerpany, rozpocząłem powrót.

Przespacerowaliśmy do drugiego wyciągu krzesełkowego, którym zjechaliśmy na dół. Na dole jeszcze drobne zakupy, czapki, chusty, ozdobne pałeczki itp. Wieczorem sprzedawcy łatwiej schodzili z ceny, więc byliśmy zadowoleni. Zrobiło się na tyle późno, że kierowca busika, dla którego nie było żadnych problemów i cieszył się jak dziecko, gdy mówił, że na nas zaczeka, teraz zaczął się niecierpliwić. Wsiedliśmy więc prędko do samochodu i wróciliśmy do Huairou, by zdążyć na autobus do Pekinu. Na przystanku zatrzymał się inny autobus, z którego kierowca wołał, że do Pekinu nas zawiezie za 4Y. Ponieważ na 916 musielibyśmy jeszcze trochę poczekać, poza tym 916 był droższy - skusiliśmy się i to był nasz błąd. 916 był klimatyzowany a ten nie. 916 miał wygodne siedzenia a w tym moje nogi się nie mieściły. 916 jechał z Pekinu godzinę, tym jechaliśmy dwie godziny. Tak to bywa jak człowiek chce zaoszczędzić trochę czasu i pieniędzy.

Wieczorem w Pekinie postanowiliśmy w końcu iść na kaczkę po pekińsku. Wybraliśmy knajpkę w hutongach na południe od placu Tiananmen. Według mapy powinniśmy skręcić w uliczkę pośrodku południowej pierzei placu. Doszliśmy na miejsce, a tam niespodzianka, uliczka zagrodzona płotem nad którym ustawiony jest olbrzymi billboard z wizualizacją bramy do kompleksu handlowego, jaka powstać ma w tym miejscu. No dobrze, w takim razie dojdziemy z drugiej strony. Przeszliśmy kawał drogi, a płot od budowy ciągle się ciągnął. Druga uliczka też zagrodzona, to samo z trzecią. Niestety okazało się, że tak jak można przeczytać w wielu miejscach, tak i ta dzielnica hutongów poszła pod młotek i jest w trakcie wyburzania pod nowe zabudowania, mające być gotowe przed przyszłoroczna Olimpiadą. Ostatecznie na kaczkę po pekińsku wróciliśmy więc kompletnie wyczerpani do hotelowej restauracji. To był długi dzień.

0 komentarzy:

Prześlij komentarz

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka