aktualizacja w weekendy ;-)

środa, 5 września 2007

Dzień 2, Zakazane Miasto

31 lipca 2007, wtorek

Wstaliśmy rano i piechotką na Plac Tananmen. Plac robi wrażenie swoją wielkością (ponoć to największy plac na świecie?) Śmiesznie wyglądają na nim dziesiątki chińskich wycieczek, w których jednakowo ubrani szkolni turyści prowadzeni są jak wojskowe oddziały pod kierunkiem przewodników dumnie trzymających wyciągnięte w górę chorągwie. Do mauzoleum Mao Zedonga nie weszliśmy, być może było zbyt wcześnie, być może było w remoncie, poza tym nawet gdyby było otwarte to kolejki ponoć są tu straszne, co jestem w stanie sobie wyobrazić obserwując tłumy wycieczek spacerujących po placu. Po obejściu całego placu daliśmy się wciągnąć tłumowi przez Bramę Niebiańskiego Pokoju do Zakazanego Miasta.

Olbrzymi to jednak teren. I robi wrażenie. Żaden film ani zdjęcie nie oddaje charakteru i klimatu tego miejsca. Organizacja przestrzeni, olbrzymie place, centralne pałace i stojące nieco z boku zabudowania mieszkalne dla cesarskiej rodziny i służby - to sprawia, że odbierasz to miejsce jako coś wyjątkowego. Pałace europejskie są monumentalne w pionie, Zakazane Miasto jest monumentalne w poziomie. Spójność architektoniczna sprawia z jednej strony, że odczuwasz jedność wszystkich budynków, z drugiej strony po kilku godzinach czujesz się nieco zagubiony widząc kolejny podobny pawilon, w którym mieszkał kolejny chiński cesarz. Na szczęście w orientacji pomaga elektroniczna przewodniczka mówiąca płynna polszczyzną przez wygodną słuchawkę. Rozpoznaje ona lokalizację turysty i serwuje romantyczne lub pikantne historie związane z danym pawilonem.

Zdecydowanie najpiękniejszym miejscem Zakazanego Miasta jest położony na północnym skraju ogród. Zieleń, skałki, małe malownicze altany, stare powyginane drzewa - aż zazdrość brała dla nauczyciela języka angielskiego, który uczył ostatniego cesarza - dostał on do swojej dyspozycji jeden z pawilonów ogrodu.

Po wyjściu z Zakazanego Miasta pojechaliśmy zobaczyć buddyjską świątynię Yonghegong. Pawilon za pawilonem, a w każdym następnym coraz większy Budda. Razem z bocznymi pawilonami poznawaliśmy architektoniczny schemat chińskiej świątyni, który miał się później powtarzać do końca wyjazdu w nie tylko buddyjskich świątyniach. Nawet meczet w Xi'an był zbudowany wg tego schematu. To, czego później już nie zobaczyłem to były figury buddy uprawiającego miłość. Naprawdę ładna i ciekawa rzecz, aczkolwiek nie bardzo jestem sobie w stanie wyobrazić lekcji wychowania seksualnego młodych cesarzy, jakie podobno odbywały się przy tych figurach. Niestety bateria w aparacie mi siadła, więc po wyjściu z cesarskiego pałacu nie zrobiłem już żadnych zdjęć.

Później odwiedziliśmy wieże Dzwonu oraz Bębna. Wieże takie stały kiedyś w każdym mieście i za pomocą dzwonu oznajmiano początek dnia, a za pomocą bębna koniec dnia. A może odwrotnie? Nie pamiętam. Na wieży Bębna co pół godziny bębnią, więc poczekaliśmy na koncert, ale ten okazał się być jedna wielka żenadą. Wyglądało to tak, jakby przypadkowe osoby przyszły sobie pobębnić po kilkuminutowych ćwiczeniach. Bez ładu i składu. Później jeszcze szczyt wzgórza Jingshan usypanego z ziemi wykopanej z fosy wokół Zakazanego Miasta. Piękny widok na pałac i cały Pekin. Na koniec pojechaliśmy do południowej dzielnicy hutongów, gdzie w miłej knajpce zakończyliśmy dzień.

0 komentarzy:

Prześlij komentarz

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka