aktualizacja w weekendy ;-)

wtorek, 4 września 2007

Dzień 1, lądowanie w Pekinie

W Chinach byliśmy przez 3 tygodnie. Wykupiliśmy jedynie bilety na samolot i fru. Oczywiście wcześniej we czwórkę przedyskutowaliśmy co chcemy na miejscu zobaczyć. Ostrych tarć w tym względzie nie było, bo przy pierwszej wizycie kanon jest jasny, a różne odchylenia łatwo storpedować brakiem czasu. Plan był zatem napięty, a relacja będzie ex-post. Mapę wyprawy zamieszczam niżej. Będę w miarę wolnego czasu starał się ją uzupełniać, na razie zawiera orientacyjny zarys najważniejszych punktów i nie jest jeszcze kompletna. Niestety osadzona tutaj w formie interaktywnego obrazka sprawia, że blog się rozsypuje. Zatem musi pozostać na razie goły link:

Zobacz mapę z trasą wycieczki

Z informacji praktycznych: 1 Y (juan) = ok. 0,38 zł, więc ceny w Y dzieliłem w przybliżeniu przez 3 i zaokrąglałem w górę ;-)

30 lipca 2007, poniedziałek.

Lądowanie w Pekin o 5:30 rano. Połamani i zmęczeni szukamy informacji jak dojechać do centrum oraz bankomatu, by wyjąć jakiekolwiek pierwsze pieniądze. Okazuje się, że na lotnisku tylko jeden bankomat przyjął tylko jedną z naszych kart. Trochę kasy zatem mamy, do miasta dojedziemy. Stojącym przy wyjściu z lotniska taksówkarzom dziękujemy. Szukamy informacji o autobusie u Chinki stojącej za ladą czegoś w rodzaju kasy biletowej. Dostajemy numer autobusu i za chwilę jedziemy autostradą do miasta. Mamy ze sobą nazwy wszystkich kluczowych miejsc zapisane w "krzaczkach" i odpowiednio powiększone tak, by można je było pokazywać nawet z daleka. Dzięki temu kierowca autobusu wie, gdzie chcemy dojechać i wysiadamy w odpowiednim miejscu. Dalej na piechotę szukamy wybranego w przewodniku hotelu. Otaczający nas smog nie nastraja optymistycznie. Prognozy na najbliższe dni są, delikatnie mówiąc, wilgotne. W klimatyzowanym autobusie dało się wytrzymać, ale na zewnątrz temperatura powietrza jest tropikalna, wilgoć osiada nie tylko na twarzach, a ceglany pył zatrzymuje się na zębach.

Niestety, pierwszy hotel jest zajęty w całości, w drugim zostały już tylko najdroższe pokoje po 1200Y. Zostawiliśmy dziewczyny z bagażami w hotelu i wyruszyliśmy sprawdzić jeszcze inne lokalizacje. Chcieliśmy dojechać do innej opisanej w przewodniku hotelowej dzielnicy, ale trzej taksówkarze pod rząd tylko kręcili głowami i nie dali się przekonać żeby nas tam zawieźć. Czyżby dzielnica "czerwonych latarni"? No dobrze, w tej sytuacji pozostawał jedynie spacer po okolicy i znalezienie kogoś mówiącego po angielsku, kto by nas skierował do jakiegokolwiek hotelu w okolicy. Niestety, nie było z tym łatwo, ale w końcu udało się i miły młody chłopak ze sklepu optycznego pokazał nam ulicę, na której miało być podobno dużo hoteli. Faktycznie, po kilkudziesięciu metrach zobaczyliśmy pierwszy. W środku odór chloru, brak okien, ale cena całkiem przystępna, ok. 280Y za dwuosobowy pokój. No dobra, ale warto sprawdzić coś innego. Dalej minęliśmy kilka hoteli, które albo się budowały, albo remontowały, albo wyglądały na zbyt drogie. Doszliśmy w końcu do Donghua Hotel i tam ostatecznie po delikatnych negocjacjach postanowiliśmy zostać. Hotel był czysty, niedaleko Zakazanego Miasta i niezbyt drogi. Aczkolwiek nocne telefony z propozycją foot-masage były nieco zaskakujące. Później okazało się, że i tak był to najdroższy nocleg na całej trasie.

Po prysznicu i kilku godzinach snu wyruszyliśmy na pierwszy spacer po mieście. Trafiliśmy do jakiegoś dziwnego centrum handlowego, gdzie miała być podobno ciekawa i dobra knajpka, ale zamiast niej było 50 innych przeróżnych knajp, więc po długich dyskusjach postanowiliśmy zjeść smażoną na blasze ośmiornicę z cebulą i ryżem. Ponieważ nie znaliśmy cen, posiłek ten okazał się być naszym chyba najdroższym posiłkiem w całych Chinach. Później zajrzeliśmy jeszcze na kawę (żeby nie ryzykować to weszliśmy do chińskiego KFC) i nocnym spacerkiem wzdłuż bogato zaopatrzonych sklepów na jasno oświetlonych ulicach, przeszliśmy do dworca kolejowego, gdzie po ostrych bojach kupiliśmy bilety kolejowe do Datongu.

Na kolejowym dworcu przeszliśmy chrzest bojowy w zdobywaniu biletów. Oczywiście najpierw nie mogliśmy znaleźć opisywanej w różnych relacjach kasy dla obcokrajowców. Wszędzie tłumy, budynek wielki, każdy kieruje nas gdzie indziej, w końcu jednak się udało - okazało się że w jednym z 50 tysięcy okienek siedzi mila pani znająca język angielski. Zaopatrzeni w chińskie krzaczki z nazwami miejscowości oraz kartkę i długopis w końcu kupiliśmy bilety do Datongu. Niestety pociąg jechał dzień wcześniej niż chcieliśmy oraz nie nocą tylko w ciągu dnia, w związku z czym mieliśmy o półtora dnia krótszy pobyt w Pekinie. Trudno, trzeba dostosować plany, zrobić selekcję i dalej. Na koniec znaleźliśmy bardzo miłą knajpkę w południowych hutongów, gdzie w towarzystwie miejscowych Chińczyków zjedliśmy za grosze całkiem spory i smaczny obiad. Ale co jedliśmy? Nie mam pojęcia - karta była w krzaczkach - zdaliśmy się na gust kelnerki ;-)

0 komentarzy:

Prześlij komentarz

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka