aktualizacja w weekendy ;-)

czwartek, 5 lipca 2007

Zapach tropików

W środku nocy sen o dotknięciu świata abstrakcyjnych powieści rozpoczął swoja materializację. Przekraczając próg samolotu przekraczali granicę jawy i snu, równie niezauważalnie, jak co wieczór każdy z nas niezauważalnie zapada w sen. Ciemność za oknami czyniła nieodróżnialnym to miejsce od jakiegokolwiek innego miejsca na ziemi. Racjonalnie uświadamiana wiedza, że znajdują się w innym świecie, była stłumiona ciemnością, nocną porą i podobieństwem wszystkich lotnisk. W korytarzu prowadzącym do sali odpraw było coś innego od znanej z rodzinnych stron cywilizacji, ale też coś niesamowicie znajomo prowizorycznego i dla kogoś przylatującego znad Wisły, w tym niedookreśleniu przestrzeni i zapachów nie było nic egzotycznego. Może jedynie jakieś poczucie cofnięcia się o dwadzieścia-trzydzieści lat wstecz, do inscenizacji jakiegoś filmu Barei.

Cyprian wciągał nozdrzami powietrze, jak hart poszukując osławionego zapachu tropików.

Dużo wcześniej, gdy siedzieli na lotnisku we Frankfurcie podziwiając i głośno komentując wyrafinowanie garderobianych gustów japońskich turystów, gdy zajadali się przygotowanymi przez troskliwą mamę selerowymi kotletami, w których nie było nawet wspomnienia mięsa, lecz pomimo to pałaszowanymi z należytym zaangażowaniem, gdy tak siedzieli czekając na swój samolot, mający zawieźć ich do mistycznej krainy pielgrzymek hippisów wszelkiej maści, pogrążeni byli ciągle w rozbawionym nastroju wycieczki, która da im pretekst, by móc zabłysnąć w towarzystwie podobnych im młodych bezdzietnych trzydziestolatków, których stać na to, by udawać bywałych w świecie i na tyle odważnych i zorganizowanych, żeby na drugi koniec świata pojechać bez opieki zawodowego przewodnika. Kraj docelowy był jednocześnie na tyle odległy, nie tylko w przestrzeni ale i w mentalności niedzielnych podróżników, że nieustająco, tak powszechni na lotniskach: Żółtki, Arabowie, Murzyni, postrzegani byli jako zjawy nie z tego świata zabłąkane tutaj w poszukiwaniu wrażeń lub interesów przy akompaniamencie cyfrowych aparatów i kakofonii polifonicznych dzwonków. Ich ubrania należące do euroamerykańskiego kanonu turystycznej mody poza możliwością wyrażenia uznania bądź dezaprobaty dla gustu właściciela, sprawiały wrażenie obecności w międzygalaktycznym terminalu StarTrek, w którym różne człekokształtne kosmiczne istoty zmierzały w sobie tylko znanych kierunkach. Gdyby zjawiła się dziewczyna z trąbą słonia zamiast nosa, poza początkowym zainteresowaniem nie wzbudziłaby żadnej niepoprawnej politycznie sensacji. Lecz nikt z trąbą słonia się nie zjawiał, a czas płynął, nieubłaganie wykańczając selerowe kotlety i komentarze cynicznych turystów znad Wisły, zamierzających zdobyć kolejne trofeum w zimnej kolekcji turystycznych wrażeń.

Dopiero gdy stanęli w kolejce do samolotu, porażającej swoją długością i wzbudzającą archaiczną już dzisiaj refleksję, jak tyle ludzi może zmieścić się do latającej maszyny, dopiero wtedy dostrzegli, że różnorodność ludzka jest, zgodnie zresztą z oczekiwaniami, dużo większa niż ten mini przegląd lotniskowych fenotypów. Cyprian wtedy właśnie pierwszy raz zobaczył na żywo sari. Wszelkie komentarze na temat ubraniowych gustów towarzyszy podróży ucichły. Wobec braku punktów odniesienia w postaci ruchomych manekinów na różnej maści ekranach, ta manifestacja kolorów i swobody falującego przy każdym ruchu materiału onieśmielała naturalnością, odmiennością i pięknem. Trochę kontrastowali ze swoimi kobietami mężczyźni, prężni i wyprostowani, chociaż pulchni i niewysokiego wzrostu, jednak w tradycyjnie europejskich garniturach i krawatach. Tym bardziej wyróżniała się rodzina sikhów, z głową rodu obnoszącą okazały biały truban i jeszcze bardziej okazałą siwą brodę, przepuszczającą na zewnątrz uważne i dystyngowane spojrzenia czarnych jak smoła oczu. W tym towarzystwie pojedynczy post-hippisi czy zabłąkani turyści znad Wisły wyglądali nie mniej egzotycznie niż okutani w zwiewne sutanny muzułmańscy Murzyni czekający na samolot gdzieś do wschodniej Afryki.

W tym przedsionku obcego świata nie było jednak w powietrzu nawet cienia tego, na co czekał Cyprian z ciekawością i niecierpliwością dziecka spodziewającego się wizyty wujka z Ameryki. Sterylna klimatyzowana przestrzeń pochłaniała wszelkie zapachy, nie oszczędzając nawet subtelnej woni kilkudniowego niemytego ciała, nasączonego nie zawsze skutecznym antyperspirantem. Siedem godzin lotu oddzielało go od dotknięcia lepkiego i gęstego w swej konsystencji tropikalnego powietrza. Niestety, po wyjściu z samolotu, po przekroczeniu progu wyobraźni, po wejściu w realność do tej pory jedynie wyobrażoną – nie poczuł nic poza zapachem chloru. Lizol - który w innych okolicznościach przejęzyczył na izolbet, równie toksyczny i równie nieprzyjemny, wbijał się w podniebienie, przewiercał uszy, zatykał myślenie, osiadając przez ubranie na skórze - miał stać się nieodłączną częścią tej podróży, do tego stopnia, że pod koniec, to samo lotnisko miało być zupełnie pozbawione tej, tak rzucającej się w pierwszej chwili na nozdrza, zapachowej nuty sterylizacji. Tropiki pachniały chlorem.

Był marzec, środek nocy, stalowoszare ściany obejmowały czule pasażerów, zarówno tych zagubionych poszukiwaczy wrażeń, jak i tych, którzy wracali do swych rodzin, po trudach zdobywania handlowych partnerów lub wykształcenia. W miarę jak kolumna ludzi oddalała się od samolotu chlor dusił coraz bardziej. Ach, wyjść z tych pomieszczeń jak najszybciej! Ale jeszcze plecaki, jeszcze waluta, jeszcze znaleźć taksówkę do hotelu... Świat wirował, niepewność zmieszana z zagubieniem łączyła się ze zmęczeniem i zmianą klimatu. W głowie huczały wentylatory i zalecenia znajomych, którzy wcześniej przechodzili przez to samo. Położyć się spać w wygodnym łóżku i jak najszybciej zobaczyć ten kraj z bliska w świetle zwrotnikowego słońca. Lecz najpierw trzeba znaleźć pre-paid-ową taksówkę, która pokona te 30 kilometrów dzielących lotnisko od wyznaczonego hotelu w centrum turystycznej dzielnicy Starego Delhi.

c.d.n.

0 komentarzy:

Prześlij komentarz

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka