aktualizacja w weekendy ;-)

wtorek, 6 marca 2007

Wspomnienie o DKF PodSpodem

Sam juz nie wiem, czy lepszym określeniem na stan moich wspomnień jest „pamiętam jak przez mgłę” czy też „pamiętam jak dziś”. Ale z uwagi na późną porę tamtego spotkania lepsze jednak będzie chyba pierwsze określenie. Najpierw daleka wyprawa z drugiego końca miasta gdzieś na ulicę Ciołka. Nie miałem w tej okolicy żadnych znajomych, więc czułem się, jakbym jechał do innego miasta, w deszczu i po nocy. Okolica ciemna, kino małe, kameralne, ale za to w kasie znajome twarze w nowych dla mnie rolach. Na ekranie Szulkin. Jak mi pasowały te filmy do tej scenerii i tego czasu! Science-fiction w orwoskich kolorach, w ledwo trzymających się kupy tekturowych dekoracjach, z małą ilością światła, świat naprawdę nie z tej ziemi. Zupełnie jak kino na Ciołka.

Po projekcji miało być spotkanie z reżyserem. Byliśmy wszyscy na pierwszym roku, dobrze sie jeszcze nie znaliśmy, w zasadzie się jedynie rozpoznawaliśmy. Drobne, chude szczawie gołowąsy, do których miał przyjechać Reżyser. Byłem sztywny jak sklejka. Wszyscy dookoła starali się wprowadzić w stan sztucznego luzu sącząc jakieś piwo, paląc papierosa za papierosem i opierając się nonszalancko o filary w luzackich pozach wygłaszając od czasu do czasu jakieś mądre zdania. Niestety wypowiadane kwestie miały wszystkie w sobie tyle głębi, że żadnej nie zapamiętałem.

Nie pamiętam, już dzisiaj czy Szulkin zaczął od spotkania w sali, pamiętam, że w zasadzie zbierał sie do wyjścia gdy zaczęliśmy nieoficjalnie naprawdę Rozmawiać w poczekalni. Jak ludzie sie juz rozeszli, ktoś sie zakręcił, nagle sie pojawiły krzesła i popielniczka i to gawędzenie tuż przed wyjściem trwało do trzeciej w nocy. Sztywność do końca nie znikła, ale atmosfera na tyle się rozluźniła, że kilka osób z tych, które miały coś do powiedzenia usilnie zaczęło się starać uzyskać odpowiedź na swoje pytanie. Wojtek Klata ciągnął mistrza za język na temat warsztatu. Jacek Karnowski trzecim uchem paląc Westa rozważał sens bycia we współczesnym świecie i rolę wartości w ludzkich działaniach. Szulkin kluczył by nie odpowiadać wprost, może dlatego że nie znał odpowiedzi, może dlatego, że wolał aby pytający sam ją odnalazł, jednak przypierany do muru w końcu artykułował swoje zdanie. Monika Stec wychwytywała niekonsekwencje w słowach Mistrza, a ja tylko stałem i patrzyłem chłonąc każde słowo czekając, aż wreszcie usłyszę cos istotnego. W jakiś klasycznie tajemniczy sposób czas i hierarchie straciły znaczenie i było tak jak trzeba.

W końcu Mistrz zaczął utyskiwał na poziom umysłowy kandydatów na reżyserów przychodzących na wstępne egzaminy do łódzkiej filmówki. Dowodem na ignorancję kulturową była na przykład deklaracja zabrania miedzy innymi wódki Szopen na bezludną wyspę jako czegoś przypominającego o polskości. Żeby to jeszcze była Wyborowa! Przyjeżdżają tacy seatem cordobą na egzamin i nie mają absolutnie nic do zaproponowania. Nagle pojawiła się w szkołach filmowych spora grupa ludzi mających pieniądze, ale niestety kompletna pustkę w głowach. Utyskiwania trwały pomimo wszelkich prób wniknięcia głębiej w tworzywo twórcze, w tajniki języka filmowego czy sztuki w ogóle i nic nie było w stanie zakłócić tego potoku dowodów na niemożność odnalezienia się w otaczającym świecie. Pewnego smaczku dodawał fakt, że sam Mistrz przyjechał na spotkanie... seatem cordobą. Nie zmienia to faktu, że wieczór trwający prawie do rana był naprawdę wieczorem magicznym.

Zapytany przeze mnie po kilku latach na innym spotkaniu Szulkin o to, czy dalej uważa, że młode pokolenie nie ma nic do powiedzenia, czy też może coś sie w tym względzie zmieniło, odpowiedział, że ludzie z wiekiem łagodnieją i jego też to dotknęło, i ma większą tolerancję na wiele rzeczy, na artystyczne postawy młodych adeptów filmówki również. Może artyści później dojrzewają po prostu :) Albo dziecinnieją na starość.

Parę lat później, już u Węgrów na Marszałkowskiej gościliśmy Wojciecha Hassa. Poza bardzo ciekawymi opisami przygotowań reżysera do pracy, tego jak każda scena musi być rozplanowana wcześniej na kartce, każdy ruch aktora wcześniej zaplanowany, każdy ruch kamery wyliczony na otrzymanie określonego efektu, uwagę Hassa zajmowało w największym jednak stopniu skretynienie obecnych decydentów na wszelkich możliwych etapach rozdzielania funduszy na kino. W zasadzie jedyną przyczyną wszelkich bolączek współczesnego kina jest niewłaściwe dysponowanie pieniędzmi i całkowita ignorancja artystyczna wszelkich osób mających wpływ na finanse kinematografii. Czasami zastanawiam się w jakich proporcjach artyści naprawdę myślą o materii swojej twórczości w stosunku do myślenia o powodach niemożności realizacji artystycznych zamierzeń i dlaczego te powody są zawsze finansowe?

Dużo ciekawszy opis sytuacji usłyszałem od Bogusława Lindy, który postanowił promować scenariusze młodych polskich scenopisarzy, ale niestety: pojawiają się albo scenariusze kompletnie czarne, ciężkie i depresyjne albo po prostu głupie. Jak jest dobry scenariusz to jest niezwykle mroczny. A nie można kręcić przecież samych mrocznych filmów. W efekcie bardzo mało jest scenariuszy, które można zrealizować w formie filmu.

Spotkanie z Bogusiem było w ogóle bardzo zabawne. O tym że po filmie „Przypadek” będzie Boguś wiedziała jedynie garstka osób. Z obawy przed szturmem rozszalałych fanek nie było o tym szerszej informacji. Po projekcji, gdy widownia opuszczała już powoli kino, wszedł po schodach do salki klubowej niepozorny niski facet w skórzanej kurtce, trzymając się za daszek szoferki naciągniętej głęboko na oczy. Drzwi szybko zostały zamknięte, ale i tak sporo czasu zabrało przekonanie kilku osób, że spotkanie ma charakter zamknięty i że nie ma więcej wolnych miejsc. Linda nie dał się zbić z tropu żadnym nawet najbardziej bezczelnym pytaniem i z humorem opowiadał o swojej diagnozie filmu w Polsce. Wspominam o tym spotkaniu dlatego, że w przeciwieństwie do wielu innych dyskusji, tutaj naprawdę dowiedziałem się czegoś nowego. O depresji i fascynacji ciemnością młodych twórców, o powodach dewaluacji jakości filmów - „nie gram w filmach moralnego niepokoju bo takich filmów po prostu nie ma. A poza tym lubię po prostu się dobrze bawić, a skoro mi jeszcze za to płacą, to dlaczego mam tego nie robić?” O próbach przełamania impasu i o nadziei na przyszłość zbudowanej na poczuciu falowej natury społecznych procesów.

Anegdot ze spotkań w DKFS można opisać jeszcze wiele. O dziadku-referencie, który po projekcji wróżył dziewczynom z ręki, o imprezach z Akoszem, operatorem kina u Węgrów, o koncertach fortepianowych po projekcji, o aferze z filmem o Amwayu i o wielu innych kameralnych wieczorach z reżyserami i krytykami z pierwszych stron gazet. Ale trzeba robić wybór, bo przecież kogo to tak naprawdę interesuje? ;-)

0 komentarzy:

Prześlij komentarz

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka