aktualizacja w weekendy ;-)

poniedziałek, 31 grudnia 2007

Dzień 12, Terakotowa armia

10 sierpnia 2007, piątek

Rano wsiedliśmy do tego samego autobusu, co poprzedniego dnia. Ta sama droga, znane już uliczki, bawiłem się w rozpoznawanie miejsc, jak bym był w dawno nie odwiedzanym mieście, które ostatnio widziałem w dzieciństwie. Wczoraj. W podróży czas inaczej płynie, robi niejasne pętle i zakrzywienia zniekształcając przeżywane chwile. To, co działo się poprzedniego dnia, od razu ląduje w odpowiedniej szufladce pamięci z etykietą: „to było już tak dawno, a pamiętam jak dziś”. Na feralnym zjeździe z autostrady nie zjechaliśmy, tylko przekroczyliśmy bramkę i pognaliśmy na spotkanie ze zjawiskiem, które zna cały świat, a które od tak niedawna można oglądać.

Odkryta w połowie lat 70-tych XX wieku, ponoć strzegąca grobowca pierwszego cesarza Chin, Terakotowa Armia przykryta jest obecnie wielkimi halami. Trzy odkrywki ukazują niewielki ułamek całej armii – ponoć jest to ok. 1000 żołnierzy z całości liczącej ponad 8000. Największy hangar przykrywa główną część wojska ustawionego, jeśli dobrze pamiętam, w 10 kolumnach. Na końcu hangaru ustawione są figury w trakcie restauracji. Niektórzy z żołnierzy byli poprzewracani i potłuczeni, a dzisiaj archeologowie składają ich do kupy jak rozsypane puzzle. Z zakazu fotografowania nikt sobie nic nie robi, włącznie z pilnującymi strażnikami. W drugim hangarze jest ponoć dowództwo całej armii, a w trzecim prawie nic nie ma – wygląda tak, jakby wszystkie figury zostały wyniesione z wykopu. Po obejrzeniu figur można odwiedzić jeszcze muzeum, w którym zrekonstruowano powozy bojowe oraz wystawiono repliki broni znalezionej wykopkach – można jej dotknąć i potestować działanie. Chińscy przewodnicy objaśniają dzieciakom, jak się używało poszczególnych sprzętów i do czego służyły, niestety – nic nie zrozumiałem. Oprócz tego można zrobić sobie zdjęcia z żywymi replikami żołnierzy i kupić setki pamiątek, figurek i innych specyfików, które można dostać również w Warszawie, w sklepach z nie tylko orientalnymi wyposażeniem.

Całość zrobiła na mnie niezwykle rozczarowujące wrażenie. Myślałem, że będzie można przejść się pomiędzy żołnierzami, obejrzeć ich z bliska, przyjrzeć się rysom twarzy, szczegółom zbroi itp. Niestety, nic z tych rzeczy. Tłum ludzi stoi przy barierce, która jest oddalona od najbliższych figur o jakieś 5-7 metrów. Olbrzymia hala robi wrażenie jakiegoś plastikowego disneylandu a nie archeologicznej sensacji XX wieku. Otaczające kompleks handlowe pawilony, rozsiane na powierzchni wielkości małego miasteczka, dopełniają efekt. Po wizycie zacząłem się zastanawiać czy Terakotowa Armia nie jest jakąś jedną wielka mistyfikacją stworzoną na potrzeby turystyki i chińskiego mitotwórstwa.

W drodze powrotnej zahaczyliśmy jeszcze o kurhan skrywający ponoć właściwy grobowiec pierwszego cesarza Qin Shi Huanga. Przed wejściem na teren otaczający wzgórze stoją wartownicy w strojach z epoki. Wyglądają jak figury woskowe, jednak kropelki potu na czołach i mrugnięcia powiek zdradzają, że mamy do czynienia z żywymi ludźmi. W parku odpoczywają tancerki, a przed schodami na tle kurhanu fotografują się chińscy turyści z egzotyczną statystką. Jednym słowem – dalszy ciąg chińskiego disneylandu. Ze szczytu wysokiego na ponad 100 m wzgórza rozciąga się piękny widok na obszar między rzeką a wzgórzami. Podobno na tych polach było kiedyś miasto, sam kurhan był częścią rozległego kompleksu świątynnego w centrum tego miasta. Terakotowa Armia stoi 2 km na wschód od niego. Czemu tak daleko? Legendy głoszą, że grobowiec kryje mapę świata z morzami i rzekami z rtęci i gwiazdami z pereł na sklepieniu. Archeologowie na razie nie ruszali kurhanu, ale w glebie jest ponoć wyjątkowo duże stężenie rtęci...

Po powrocie do Xi'an pojechaliśmy obejrzeć Wieżę Dzwonu od środka i powłóczyć się po mieście. Położona centralnie na skrzyżowaniu dwu głównych arterii Wieża Dzwonu jest bardzo malownicza zarówno z zewnątrz jak i od wewnątrz. W środku trafiliśmy na przedstawienie teatru cieni, niestety puszczane na ekran z projektora. Z tarasu widokowego można podziwiać pełną panoramę miasta we wszystkich kierunkach.

Po zmierzchu włóczyliśmy się do późnej nocy po tętniących życiem uliczkach dzielnicy muzułmańskiej. Mnóstwo straganów, knajpek, sprzedawców pamiątek, kaligrafii, cykad w klatkach i innych dziwnych rzeczy. Tłumy kolorowo ubranych Chińczyków nie pozwalały pamiętać, że jesteśmy w centrum szarych, rzekomo komunistycznych Chin. Na koniec zupełnie przez przypadek trafiliśmy do zamienionego na muzeum domu niegdysiejszego bogatego kupca. Specjalna fundacja wykupuje kolejne zabudowania, by zamienić je na muzeum, gdzie będzie można odtworzyć kolejne elementy tradycyjnego wielopokoleniowego domu chińskiego bogacza. Pomiędzy kolejnymi pawilonami sączyła się delikatna muzyka, która jak się okazało była na żywo grana przez młodą dziewczynę na instrumencie podobnym do cymbałów a nazywającym się Zheng.

wtorek, 18 grudnia 2007

Dzień 11, Xi'an

9 sierpnia 2007, czwartek

Nieprzytomni po nocnej podróży daliśmy się zaciągnąć zdeterminowanej Chince do hotelu niedaleko stacji. Cena była przystępna, warunki znośne, nawet specjalnie się nie targowaliśmy. Po szybkim prysznicu pojechaliśmy w kierunku Terakotowej Armii. Muzeum położone jest ok. 30 km od centrum. Na szczęście kursuje tam normalny miejski autobus. Uprzejmi Chińczycy wskazali nam miejsce, skąd odjeżdża i stanęliśmy grzecznie w ogonku, gotowi w każdej chwili do rzucenia się w kierunku drzwi pojazdu, który lada chwila powinien się pojawić. Grzeczna kolejka zamieniała się bowiem w odpowiednim momencie błyskawicznie w pozornie bezkształtną przepychankę ciał, rąk i kolan. Nigdy jednak nie dochodziło do rękoczynów, ręce delikatnie torowały i barykadowały dostęp, dynamicznie kontrolując przepływ ludzi do autobusu. Wystarczy uzbroić się w odrobinę wyrozumiałości dla fizycznego kontaktu z obcym, okraszoną sporą porcją stanowczej asertywności, by w miarę bezproblemowo poruszać się w chińskim tłumie.

Lało jak z cebra, pocieszaliśmy się, że przecież terakotowa armia jest pod dachem, poza tym nieznaczne ochłodzenie spowodowane deszczem także był sporą ulgą po dotychczasowym upale. Za oknami autobusu przesuwały się zielone i zadbane ulice Xi'an. Sprawiało to dziwne wrażenie, bo wyglądało to tak, jakbyśmy nagle zostali wrzuceni do innego kraju, gdzie nie ma miejsca na nonszalancję wobec śmieci, a zadbane otoczenie stanowi znaczącą wizytówkę gospodarza. No dobrze, może trochę się rozpędziłem, po dotychczasowych doświadczeniach chińskiego bałaganu i ruiny. Wjechaliśmy na autostradę, która po kilku minutach się zapchała. Następnie z niej zjechaliśmy i całkowicie stanęliśmy. Autobus wyłączył silnik, pasażerowie wysiedli i przy papierosie zaczęli się integrować zastanawiając się jak długo potrwa postój. W końcu dotarła informacja, że autostrada jest częściowo zalana, inna droga też jest nieprzejezdna i nie wiadomo kiedy będzie. Nie ma żadnej policji, która by kierowała ruchem i żadnej nadziei, by dotrzeć do muzeum. Jakaś Chinka z Tajwanu, bardzo zdenerwowana, co było bardzo nietypowe jak na Chinkę, dyskutowała z kierowcą próbując oszacować szanse dotarcia do celu. Ona ma dzisiaj samolot i nie może pojechać tam kiedy indziej. Być może juz nigdy tu nie będzie. Nie ma jednak wyboru. Musi wracać. My też wsiadamy do autobusu, który powoli przemieszcza się w druga stronę.

Zastanawiamy się co robić. Dochodziły nas informacje o jakichś wielkich powodziach w Chinach, ale miało to być na południu a nie w naszych okolicach. Dorota zaczyna trochę panikować, że ona nie ma zamiaru poświęcać życia dla terakotowej armii, że zdrowie przede wszystkim, aż rwące żółte bałwany skotłowanej wody stanęły nam przed oczami i my w tych odmętach trzymający się jakiejś drewnianej kłody, unoszeni prądem walczymy zażarcie o życie... Nic z tych rzeczy. Wróciliśmy do miasta i starając się nadrobić stracony czas rzuciliśmy się w kierunku wielkiego meczetu, niedaleko centrum w dzielnicy muzułmańskiej.

Z taksówki wysieliśmy przy głównym placu pomiędzy wieżami dzwonu i bębna. Dalej na piechotę ciasnymi uliczkami zastawionymi straganami ze wszystkimi rodzajami pamiątek. Później okaże się to być nasz ulubiony fragment miasta. Sam meczet niewiele różnił się od innych chińskich świątyń: ten sam układ pawilonów i placów, minaret w kształcie chińskiej pagody, bramy między podwórkami itd. Jednak widok rodowitych Chińczyków w białych diszdaszach i w białych muzułmańskich czapeczkach na głowach był dość oryginalny. Do tego czystość, porządek, zadbane toalety także odróżniały to miejsce od innych miejsc. Sala modłów, umiejscowiona na końcu kompleksu była juz niedostępna dla wiernych. Jednak z zewnątrz można było spokojnie się przypatrywać modlitwom Hui (muzułmańskich Chińczyków).

Gdy wyszliśmy z meczetu zaczęło się już zmierzchać. Zdążyliśmy przejść się niezwykle barwnymi i żywymi uliczkami handlowej muzułmańskiej dzielnicy oraz obejrzeć Wieżę Bębna. W atmosferze ulicy było coś takiego, że człowiek czuł się dobrze, spokojnie, bezpiecznie i przytulnie, pomimo wielkomiejskiego i metropolitalnego charakteru tego miasta. Po wieczornym spacerze wiedzieliśmy już, że chcemy tu zostać przynajmniej jeden dzień dłużej nawet kosztem zaplanowanej wizyty w Nankinie. Wizyta w hotelowej kafejce internetowej oraz rozmowa z recepcjonistką przekonała nas, że podtopienie było chwilowe, nic nam nie grozi i że następnego dnia o świcie jeszcze raz będziemy atakować terakotową armię.

piątek, 30 listopada 2007

Dzień 10, Pingyao i okolice

8 sierpnia 2007, środa

Ten dzień był w sumie standardowym dniem zwiedzania. Na początku świątynia Shuanglin z XII wieku. Dojechaliśmy do niej turystycznym busikiem, który załatwiła nam jakaś kobieta z hotelu, która wykorzystała to do pokazania klasztoru swojemu dziecku. Po drodze obejrzeliśmy sobie jak powstaje chińska droga oraz wyścigi chińskich traktorów, które z głośnym warkotem wyprzedzały się na trzeciego. W samej świątyni były kolejne tysiące buddysiów w różnych pozach i sytuacjach. Za murami plantacje kukurydzy, rozbrzmiewające hurgotem milionów cykad. Wewnątrz murów cisza, spokój i dwie francuskie turystki, które zamiast aparatu fotograficznego używały akwarel.

Po powrocie obejrzeliśmy miasto i jego zabytki. Po zwiedzaniu drobne zakupy i do pociągu w drogę do Xi'an. Snując się po uliczkach natknęliśmy się w pewnym momencie na barwny korowód. Grupy wielokolorowo ubranych ludzi szły oddzielnymi grupami niosąc określony rodzaj przedmiotów. A to olbrzymie kolorowe wachlarze z krepiny na metalowych obręczach, a to grupa grajków piszczących na swych trąbkach, a to grupa bębniarzy, a to grupa niosąca coś w rodzaju ogromnej lektyki. Niektóre z osób były roześmiane, niektóre zapłakane. Te zapłakane miały białe chustki na twarzach. Dowiedzieliśmy się od przechodniów, że to był pogrzeb. Nie wiem jednak w jakim obrządku.

Wieczorem kupiliśmy jeszcze zapasy herbaty i bez problemów wsiedliśmy do pociągu do Xi'an. Bilety były w porządku.

piątek, 23 listopada 2007

Dzień 9, Podróż do Pingyao

7 sierpnia 2007, wtorek

Ten dzień przeznaczony był na podróż. Na wydostanie się z Taihuai i dotarcie przez Taiyuan do Pingyao. Autobusem. Po górach. 250 km w pięć godzin, przesiadka i kolejne dwie godziny kolejnym autobusem. Hardcore? Wiem, bywa gorzej. Może na przykład złapać człowieka sraczka i choroba lokomocyjna. Ale od początku.

Od rana lało jak z cebra. Dzień wcześniej recepcjonista (zachowywał sie jak właściciel hotelu, ale nie będę tu wnikał w struktury chińskich własności) zaproponował nam na migi, że przyjedzie po nas do hotelu bus do Taiyuan. Trochę się zdziwiliśmy, bo w przewodnikach wyczytaliśmy, że odchodzą one ze stacji na południowym, czyli przeciwległym do naszego, końcu miasta. Ale ok. Przewodniki mogą nie opisywać wszystkiego, sytuacja mogła się zmienić, rano czekamy. Czekamy, ale recepcjonista znowu zaczyna nam coś na migi tłumaczyć. W końcu zrozumieliśmy, że w autobusie, którym mieliśmy jechać, nie ma miejsc siedzących i pojedziemy następnym. OK, pół godziny opóźnienia nas nie zbawi, byle nie okazało się, że za chwilę trzeba pojechać jeszcze następnym. W końcu przyszła pora i przed hotelem zatrzymał się mały busik. No dobra, jakoś się zmieściliśmy. Busik po drodze zabierał kolejnych pasażerów i zaczynaliśmy sie cieszyć, że wsiedliśmy przy hotelu, gdy były jeszcze miejsca. Za wcześnie.

Dojechaliśmy busem do głównej stacji w mieście. Wszyscy wysiedli i nasz kierowca do nas także machał ręką, że mamy się przesiąść do drugiego autobusu, który jedzie do Taiyuan. Okazało sie że busik dowoził ludzi jedynie do autobusowego dworca. Wrzuciliśmy plecaki do luku bagażowego i pośpiesznie wcisnęliśmy się do zatłoczonego środka autobusu. Kierowca na pytanie o bilety machał przecząco głową i rękami kazał nam przechodzić dalej. Nad całym autobusowym tłumem przekrzykujących się pasażerów panował młody chłopak, który po wymianie zdań z kilkoma osobami wyprosił czterech ludzi z autobusu, wskazując im sąsiedni, najwyraźniej jadący następnym kursem, autobus. Dwie inne osoby wygonił z miejsc siedzących i usadził tam nasze kobiety. Na koniec sprzedał nam bilety i rozdał wszystkim stojącym pasażerom rozkładane stołeczki, by sobie usiedli w przejściu między siedzeniami. W ten sposób wszyscy, którzy zmieścili się w autobusie mieli miejsca siedzące. Tłum pasażerów był wyjątkowo karny, posłuszny i zorganizowany. Gdy na postojach wszyscy wysiadali, by rozprostować kości, przed odjazdem osoby siedzące w korytarzu wsiadały do autobusu dokładnie w takiej kolejności, jak wysiadali i w efekcie każdy siedział dokładnie w tym samym miejscu co przed postojem. Raz ustalony porządek był nienaruszalny do końca podróży.

W trakcie drogi z Gośką nawiązała kontakt młoda Chinka. Gdzie się da i jak tylko okoliczności pozwalają młodzi Chińczycy nie przepuszczą okazji, by nie sprawdzić sie w swoim angielskim i nie zaczepić turysty na przyjacielska pogawędkę. Gdy dojechaliśmy na miejsce, Gośka umiała już pokazywać liczebniki dłonią w chiński sposób, wiedziała, że koleżanka jest Mandżurką, a teraz ma wakacje i jeździ po kraju, by zobaczyć jak najwięcej się da. Aktualnie jedzie tam gdzie my, czyli do Pingyao. Niestety, jej imię zginęło gdzieś w otchłani niepamięci i odmętach fonetycznych utrudnień.

W Taiyuan autobus dojeżdżał do dworca na północy miasta, a do Pingyao odchodził następny autobus z dworca na południu miasta. Niestety, wszyscy, którym pokazywaliśmy chińskie znaczki oznaczające poszukiwany przez nas dworzec, pokazywali nam coś na migi w taki sposób, że nie potrafiliśmy ich zrozumieć. Postanowiliśmy dotrzeć do jakiejkolwiek ulicy i wziąć taksówkę. Przy wyjściu czekała na nas Mandżurka, która w międzyczasie wszystkiego się dowiedziała i teraz zabrała nas na przystanek autobusowy, by razem z nami pojechać na odpowiedni dworzec. W autobusie miejskim kolejny Chińczyk zaczepił nas tradycyjnym „where are you from?” Odpowiedziałem, że z Polski, a on pokiwał głową i kontynuował rozmowę z Mandżurką. Tematem rozmowy była ewidentnie nasza grupka. Na miejscu Mandżurka pomogła nam kupić bilety, odnaleźć właściwy autobus i razem z nami zapakowała się do środka. Podczas drogi Bartek nawiązał kolejną znajomość z sąsiadką Mandżurki, która także zwiedzała Chiny na własną rękę. Gdy dojechaliśmy na miejsce dogadaliśmy się wszyscy, żeby spróbować przenocować w tym samym miejscu. Dzięki temu mieliśmy aż do hotelu prowadzącego nas za rączkę przewodnika, który pilnował, by żaden z rikszarzy nas nie oszukał.

Nasz hotel okazał się niezbyt atrakcyjnym miejscem dla naszych nowo poznanych towarzyszek, więc umówiliśmy się na wieczór na kolację i poszliśmy się odświeżyć. Nie szukaliśmy już innego lokum, bo za ten hotel zapłaciliśmy zaliczkę jeszcze w Datongu. W recepcji miały na nas czekać bilety kolejowe z Pingyao do Xi'an, ale nie czekały. Kobieta starała sie nam wytłumaczyć, że bilety dojdą do niej faxem, ale po doświadczeniach z Taihuai te tłumaczenia, zamiast uspokojenia tylko wzmogły nasz niepokój. Dodatkowo okazało się, że nie są na preferowana przez nas godzinę, a recepcjonistka stwierdziła, że jak chcemy to możemy iść na stację i spróbować kupić bilety na własną rękę. Tak zrobiliśmy, ale niestety zgodnie z przewidywaniami biletów nie dostaliśmy. Po sporej dawce nerwów bilety doszły w końcu faxem późnym wieczorem. Pozostawało pytanie, czy zdadzą się nam na cokolwiek wydrukowane odbitki biletów?

Wieczorem spotkaliśmy się przed hotelem z „naszymi” dwiema Chinkami i ruszyliśmy w poszukiwaniu jakiejś fajnej restauracyjki na wieczór. Wszyscy byliśmy w Pingyao po raz pierwszy więc wybór lokalu podyktowany był przede wszystkim przypadkiem. Niemniej tego wieczora doświadczyliśmy na własnej skórze kilku elementów różnych historii, o których by można sądzić, że są efektem zadziałania stereotypów o Chińczykach. Zaczęło się od długiego oczekiwania na kelnerkę, która z niejasnych powodów nie mogła podejść do naszego stolika. Gdy do niego w końcu podeszła dała nam menu dla obcokrajowców. Nasze Chinki poprosiły o chińskie menu i wtedy zaczął się kolejny problem. My mogliśmy dostać jedzenie jedynie z menu dla obcokrajowców. Tam były dania przygotowywane z innych, droższych składników, a produkty dostępne dla Chińczyków byłyby dla Europejczyków niezjadliwe. Tak tłumaczyła kelnerka, Mandżurki tłumaczyły na angielski, a my się obśmiewaliśmy w duchu z tych żołądkowych różnic. W końcu, nie chcąc przeciągać dłużej tej niezręcznej sytuacji zgodziliśmy się na menu europejskie i zamówiliśmy jakieś polecone przez Mandżurki dania.

Gdy czekaliśmy na jedzenie jedna z dziewczyn na chwilę zniknęła, by po jakimś czasie wrócić z małym pakunkiem i pytaniem, czy nie chcielibyśmy spróbować chińskiego ryżowego wina? Oczywiście z chęcią spróbowaliśmy dziwnie smakującego brązowego płynu, w którym dawało sie wyczuć smaki jęczmiennego słodu, spalonego karmelu, ciemnego piwa i parę jeszcze innych niezidentyfikowanych nut przyprawionych goryczą i korzeniami. Rozmowa nie toczyła się wartko, ale też nie zapadała w zasadzie ani na moment żadna niezręczna cisza. Ze względu na lepszą znajomość angielskiego ciężar rozmowy przejęła niemal w całości na siebie starsza Chinka, która wykazywała się zaawansowanymi umiejętnościami dyplomatycznymi gładko wychodząc z najtrudniejszych pytań. Na pytanie, dlaczego kelnerka sie tak denerwuje i tak pokrzykuje, usłyszeliśmy, że ona jest po prostu bardzo zmęczona i nieco „confused”, ale wcale nie jest na nas o nic zła. ;-) Bezrobocie w Chinach jakieś pewnie jest, ale to dlatego, że absolwenci szukają pracy, ktoś właśnie zmienił miejsce zamieszkania, albo nie chce pracować, ale oficjalnych danych na ten temat to ona nie zna. Usłyszeliśmy też, że kiedyś to były czasy, że z Chin ludzie wyjeżdżali na studia i po studiach zostawali za granicą, a teraz coraz częściej wracają po studiach do Chin, bo tu widzą swoja przyszłość. Generalnie z tego co słyszeliśmy, w Chinach jest super i nawet jeśli komuś się coś nie podoba to są to odosobnione przypadki.

W jej słowach było tyle spokoju, racjonalnej argumentacji, przekonania i wiary, że do dziś się zastanawiam, czy rozmawiała z nami szczerze, czy też powodowała nią ostrożność robiącego karierę naukowca. Była wszak doktorem biochemii i genetyki, albo czegoś w tym rodzaju. Rozważałem także jeszcze jedną opcję – że mieliśmy do czynienia z agentem prowadzącym rozpoznanie grupy turystycznej, sprawdzającym nasze nastawienie do Chin lub interweniującym w sytuacji bezpośredniego niekontrolowanego kontaktu młodej chińskiej studentki z grupą samodzielnych Europejczyków. Jak by nie było, jedno jest pewne – moglibyśmy się od Chińczyków sporo nauczyć w kwestiach solidarności narodowej, promowania swojej kultury, sprzedawania wizerunku i budowania pozytywnego wrażenia. Obojętne czy mieliśmy do czynienia z agentem czy ze zindoktrynowanym naukowcem – poziom dumy z własnego narodu i własnego kraju poparty konkretnymi przykładami, był nie do osiągnięcia przez żadnego znanego mi Polaka. Przy czym nie była to postawa zawierająca najmniejszy nawet element pogardy dla innych, jak to bywa u Europejczyków, to była duma i szacunek, i to budziło respekt.

wtorek, 6 listopada 2007

Dzień 8, Senne Taihuai

6 sierpnia 2007, poniedziałek

Założenie planu wycieczki było takie, że wykorzystamy Taihuai jako miejsce odpoczynku po pekińskim sprincie. Położone w górach ciche miasteczko wydawało nam się idealnym miejscem do takiego celu. Odpoczynek od biegu, odpoczynek od tłumów, odpoczynek od upałów. Pierwszy dzień pobytu wypadł niezbyt fartownie bo w niedzielę, kiedy to senne miasteczko przeżywało oblężenie chińskich turystów pragnących zgłębić tajniki wiary swoich przodków. Dziś miało być znacznie spokojniej, postanowiliśmy wybrać się do świątynek i klasztorów położonych z dala od centrum, na szczytach okolicznych wzgórz. Jednak Dorota z Bartkiem ciężko przeżyli noc, która wymęczyła ich sensacjami w konsekwencji kontaktu z tubylczymi mikrobami. Zawinił najprawdopodobniej wieczorny posiłek w miejscowej restauracji. W efekcie przerwę w zwiedzaniu spędzili w hotelowych łóżkach.

Mgliste poprzedniego dnia Taihuai przywitało nas równie mglistym porankiem. Z biegiem czasu jednak mgła jaśniała coraz bardziej, więc zgodnie z planem wjechaliśmy kolejką linową na najbliższe wzgórze, skąd można było podziwiać piękną panoramę całej doliny. Na ścieżce wijącej się pod krzesełkami oprócz spacerowiczów sunęły juczne konie, a pomiędzy skałami można usadziły się czerwone ceglane domki. W samym klasztorze jak to w turystycznym miejscu jeden oferował zdjęcia turysty z aureolą, zawieszonego nad doliną, drugi pozwalał robić zdjęcia swojej małej tresowanej małpce, inni sprzedawali kadzidła, inni wodę itd. Zabawna była scena gdy jakiś Chińczyk chciał zrobić zdjęcie białasowi, na co białas wyciągnął w jego kierunku otwartą rękę i kategorycznym tonem zawołał „five yuan! Five yuan!” Chińczyk trochę się zdziwił, skonfundował i zawstydzony wycofał się z zamiaru zrobienia zdjęcia.

Zeszliśmy po schodach mijając po drodze kilkunastu pielgrzymów padających co trzy kroki na twarz. Matka z córką ubrane po europejsku, chłopak wyglądający na studenta, stary mnich z długą brodą. Wszyscy wspinali się cierpliwie do kolejnego na ich drodze świętego miejsca.

Postanowiliśmy dotrzeć do świątyni położonej na wzgórzu na przeciwległym końcu miasteczka, omijając szerokim łukiem jego centrum. Minęliśmy targowe stragany, kobiety robiące w rzece pranie, łąkę, krzaki, jakieś slumsy i jakieś rezydencje. Wszystko w spokojnej symbiozie dotykało jedno drugiego rozwiewanymi na wietrze włosami. Dwa kroki mogły być postawione w zupełnie różnych światach. Z głównej ulicy znowu skręciliśmy w kierunku ledwo zarysowanej ścieżki. Jedynie intuicja podpowiadała, że tędy dojdziemy gdziekolwiek indziej niż na czyjeś podwórko. Sprawdziło się – ścieżka zaprowadziła nas na szczyt wzgórza do lamajskiej świątyni.

Okazało się to być chyba najmagiczniejszym miejscem w całej dolinie. Przynajmniej z tych, które widzieliśmy. Cisza, spokój, na dziedzińcu dwu mnichów składa z kolorowego papieru coś na kształt kapeluszy, inny mnich wykuwa chińskie znaki na kamiennych płytach, jeszcze inny bez ruchu kontempluje swoje istnienie na tym świecie. Oprócz nas ani jednego turysty. Matka z córką przyszły się tu pomodlić. Miałem ochotę zostać tu do końca dnia. Wewnątrz świątyni jak i w jej najbliższym otoczeniu rozwieszone tysiące kartek z modlitwami. Na zewnątrz murów wysoki maszt telekomunikacyjny był spod tych karteczek prawie niewidoczny. Surrealistycznej całości dopełniały dwie anteny satelitarne z ażurowymi talerzami oraz aparat telefoniczny leżący na murze. Wokół pomiędzy drzewami podziwiać można zarówno widoki miasta jak i surowych zielonych gór.

Po zejściu na dół, obejrzeliśmy jeszcze jedną świątynię, która niewiele różniła się od pozostałych poza dziwnymi mrocznymi i demonicznymi rzeźbami na ścianach, które przedstawiały chyba jakieś rośliny otaczające różne wcielenia buddy. Poza tym główny posąg Buddy był posadzony na olbrzymim smoku, co też było dość nietypowe, ale nigdzie nie znaleźliśmy wyjaśnienia tej symbolicznej anomalii. Zresztą i tak nie mieliśmy siły szukać, bo pod koniec tego dnia, gdy człapaliśmy noga za nogą w kierunku jakiejś restauracji, uświadomiliśmy sobie głębokie uczucie przesytu buddyjskimi świątyniami.

Nie chodzi przy tym o ich liczbę. Chodzi o ich ten sam, jednakowy, powtarzalny, architektoniczy i klimatyczny schemat. Ten sam układ budynków, te same przepiękne smocze, lwie, jelenie zdobienia, takie same żółto-czerwone kolory, takie same łuki dachów, a w środku takie same tłumy, takich samych chińskich turystów, tych samych sprzedawców pamiątek i wszędzie ten sam pospiech by obejrzeć wszystkie takie same posągi buddy, przy których możliwa jest jedynie ta sama zabawa pod tytułem „znajdź dziesięć szczegółów”. Jak na te kilka pierwszych dni, to było stanowczo za dużo. Tego dnia wrzuciliśmy nieco na luz i to była bardzo dobra strategia, by pod koniec wyjazdu nie marzyć tylko o powrocie.

poniedziałek, 17 września 2007

Dzień 7, Taihuai w tłumach

5 sierpnia 2007, niedziela

Taihuai to małe miasteczko na dnie kotliny otoczonej pięcioma świętymi górami, z których najwyższa ma 3050 m wysokości. Góry te, po chińsku nazwane Wutai Shan, pomimo swej wysokości wyglądają jak rozdmuchane trąbką Pana Kleksa polskie Bieszczady. Łagodne, pokryte zielenią zbocza, wznoszą się nad okolicę unicestwiając horyzont. Gdzie nie spojrzysz – góry. Podczas naszego pobytu prawie wcale nie było słońca i nawet przy przejaśnieniach widoczne były tylko najbliższe wzniesienia. Dalsze, te najważniejsze, zawsze były skryte za chmurami.

Całe miasteczko pokryte jest świątyniami, jest trochę świeckich mieszkańców, ale większość to mnisi oraz tłumy turystów. Przemysł świątynny na dużą skalę. Z jednej strony mieliśmy pecha, że trafiliśmy na weekend, kiedy masy Chińczyków przyjeżdżają tu, by poznawać tajniki własnych religii lub po prostu zwiedzać święte miejsce buddyzmu. Z drugiej strony było w tym też coś ciekawego: patrzeć i uczestniczyć w tych tłumach, w których modlitewne zapamiętanie przeplatało się klasyczną tłumną turystyką i z grupami o charakterze edukacyjnym, gdzie przewodnik objaśniał w jaki sposób się trzeba modlić i oddawać cześć Buddzie.

Ruszyliśmy więc w rejs po świątyniach. Przed Rewolucją Kulturalną było ich w okolicy ponad 200, teraz jest ich tu ponoć 40, ale ja mam wrażenie, że jest ich znacznie więcej. Co krok świątynia, za każdym rogiem klasztor, tutaj żeński, tutaj męski, tutaj malutki, a tam wielki kompleks. Wchodziliśmy także do tych na uboczu, ale i tak trzeba płacić za wstęp, za to było jednak w miarę spokojnie i był piękny widok na kotlinę. Doszliśmy do centrum i zaczęliśmy poruszać się według przewodnika. Najpierw do Luohou Si, gdzie Budda siedzi na wirującym kwiecie lotosu, który podczas obracania rozchyla swe płatki. Niestety, kwiat był nieruchomy. Po drodze inna świątynia o niezidentyfikowanej nazwie, gdzie były wyjątkowo kolorowe wielkie młynki modlitewne. Przy wejściu siedziała para mnichów, z których jeden popijał sobie coca-colę na tle wypasionego samochodu. On też chyba miał świadomość absurdu tej sceny, bo gdy zobaczył nas robiących mu zdjęcie, podniósł butelkę do góry i kiwając do nas głową serdecznie się uśmiał. Następnie ruszyliśmy do Białej Stupy w Tayuan Si. Nie było łatwo do niej trafić w labiryncie świątynek i klasztorków – nigdy nie wiedziałeś czy wchodząc gdzieś, przechodzisz dalej uliczką, czy wchodzisz do kolejnego sanktuarium? Biała Stupa to olbrzymia na prawie 50 m wysokości biała murowana bania w kształcie pękatej butelki osadzona na kwadratowej podstawie. Wzdłuż boków tej podstawy ustawione były młynki modlitewne - na takim młynku wypisana jest modlitwa, każdy obrót młynkiem jest równy zmówieniu tej modlitwy. Pielgrzymi obchodzą więc stupę dookoła kręcąc młynkami, ile sił w rękach. Ja też nie mogłem sobie darować i „zmówiłem” wszystkie umieszczone tutaj buddyjskie modlitwy.

Odkąd zobaczyłem buddyjskie stupy w Sanchi w Indiach, zastanawiałem się zawsze, po co one były budowane, jakie mają funkcje? Olbrzymia budowla w kształcie kopuły, do której nie da się wejść, można jedynie ją obejść dookoła, co kryje w środku? Czy jest tylko zaznaczeniem miejsca? Czy też skrywa jakieś święte szczątki? Czy jest tam jakieś tajemne wejście do tajemnej krypty? Dalej tego nie wiem, jednak gdzieś doczytałem się, że stupa pełni funkcję relikwiarza. Jednak jak może wyglądać relikwia buddyjska? Zagadki, zagadki. Kto pomoże je rozwiązać?

Przy Białej Stupie przycupnęliśmy sobie na chwilę, by odsapnąć, pokontemplować i poczytać przewodniki. Obserwowałem sobie grupę ubranych w mnisie szaty osób, która wyglądała jak rodzina. Najmłodsza "mniszka" wyglądała na jakieś cztery latka, ale dziarsko padała na kolana, następnie na twarz i ponownie od nowa ręce w geście modlitwy: na baczność, na kolanach i na płask na brzuchu na macie modlitewnej. Nieco później będziemy widzieć jeszcze nie raz osoby poruszające się w tym modlitewnym rytmie: trzy kroki w przód - złożone ręce nad głowę, skłon, na kolanach ponownie złożone ręce nad głowę – dotknięcie czołem ziemi, wyciągnięcie się na ziemi zupełnie na płask z rękami złożonymi nad głową – powstanie i trzy kroki do przodu. Niektórzy poruszali się kłaniając się co krok, inni co trzy kroki. Widzieliśmy takich pielgrzymów na głównej szosie, na górskich ścieżkach oraz na licznych w okolicy schodach prowadzących do świątyń.

Zabawnie wyglądali mnisi siedzący w tradycyjnych strojach w historycznym miejscu zapamiętale wystukując sms-y. Są przy tym niesamowicie bezpośredni, nie tylko gdy się ich o coś zapyta, ale także gdy oni chcą się czegoś dowiedzieć. W pewnym momencie do naszej siedzącej grupki podeszła młoda mniszka, delikatnym ruchem wyjęła z ręki Doroty, jak gdyby nigdy nic, nasz przewodnik i zaczęła go kartkować. Na nasze zdziwione spojrzenia odpowiedziała uśmiechem, pokiwała głową i wróciła do kartkowania. W końcu jej sie znudziło, grzecznie podziękowała, oddała przewodnik, spytała kontrolnie o coś, a skoro nie mogliśmy się porozumieć to pożegnała się i poszła.

Następnym punktem programu była Pusa Ding, świątynia do której na ostatnim odcinku prowadzą schody o 108 stopniach, czyli tyle samo, ile jest paciorków w buddyjskim różańcu. Mieliśmy nadzieje na widok na całą kotlinę, bo świątynia położona jest na wzgórzu wyrastającym pośrodku miasteczka, ale niestety klasztorne mury były zbyt wysokie, nie było okien na zewnątrz i jedynie sprzed bramy było cokolwiek widać. W tym miejscu poziom natężenia tłumów pobił wszelkie rekordy i szybko stąd uciekliśmy. Po drodze można było zaobserwować oprócz handlarzy sprzedających egzotyczne rzeczy do jedzenia, także próby tradycyjnej orkiestry chińskiej (niestety widzieliśmy ją z dala, nie udało się dotrzeć bezpośrednio do muzyków) lub turystów wnoszonych przez tragarzy w lektykach. Z tej ostatniej usługi korzystali chyba jedynie chińscy turyści.

Gdy wróciliśmy z góry, przy głównym placu, gdzie miasto przechodziło w klasztorny kompleks, zebrali się mnisi w celach dla nas nieznanych. Plac, nad którym góruje i ogarnia ciepłym spojrzeniem biały Milarepa, nie jest duży, a po obu jego stronach są kamienne tarasy, na których rozsiadł się całkiem spory tłumek mnichów. Po jednej stronie grupa ubrana w czerwono-żółte szaty, po drugiej grupa ubrana w szare habity z żółtymi wstawkami. Jedna i druga coś mantrowała, ale nie korespondowało to ze sobą w żaden sposób. Cała sytuacja wyglądała, jak by to były przygotowania do jakiś zawodów w mantrowaniu. Posiedzieliśmy jakiś czas z nimi, bo wyglądali niezwykle malowniczo, ale nie doszliśmy do odpowiedzi na pytanie o cel tego zgromadzenia.

Na zakończenie podjechaliśmy do świątynki położonej nieco za miastem, obok której znaleźliśmy buddyjski cmentarz. Cisza, spokój i piękny widok na miasteczko. Miły akcent na koniec dnia. Wieczorem poszliśmy jak codzień do knajpki na kolację. Czekaliśmy na swoje dania, gdy przy sąsiednim stoliku zasiadła do uroczystej kolacji dość liczna rodzina. Wyglądali na bardzo podekscytowanych, później się okazało, że to czyjeś urodziny. Do stolika podeszła para miejscowych grajków. Facet z gitarą elektryczną oraz kobieta z mikrofonem. Mieli także mały piec oraz listę utworów do grania. Jubilat długo nie mógł się zdecydować, w końcu wybierał jakąś piosenkę i z rzężącego głośnika poleciały przesterowane dźwięki disco-chinko. Musieliśmy wyglądać na zafascynowanych tym co się dzieje, bo w pewnym momencie zaczęli do nas machać zapraszającymi gestami i pokazywać, żebyśmy zaśpiewali razem z nimi. My broniliśmy się jak mogliśmy i serdecznie w naszym poczuciu, acz stanowczo odmawialiśmy. Bartek nawet już się łamał, ale niestety ja spanikowałem i powiedziałem stanowcze veto. Jak zwykle w takich sytuacjach, wydelegowana został najmłodsza Chinka, która łamanym angielskim najpierw nas pozdrowiła w imieniu grupy, wypytała skąd jesteśmy i zaprosiła do śpiewania. My po raz kolejny wymówiliśmy się brakiem umiejętności i w końcu dali nam spokój. Dopiero później doczytaliśmy się, że u Chińczyków to normalne, że często w restauracjach świętuje cała rodzina najprzeróżniejsze okazje, a gości zaprasza się do wspólnego śpiewania z gospodarzem. Umiejętności nie mają tu nic do rzeczy, a liczy się chęć sprawienia przyjemności gospodarzowi. Także okazaliśmy się sporymi gburami, bo nie przyjęliśmy przyjacielskiego zaproszenia do dzielenia się rodzinną radością.

piątek, 14 września 2007

Dzień 6, Wiszący Klasztor i inne

4 sierpnia 2007, sobota

Raniutko szybkie pakowanie i do samochodu. Niestety, o ile większość taksówek ma klimatyzację i to nastawioną na taką temperaturę, że można się przeziębić, to tym razem, na długą trasę do Wutai Shan dostaliśmy samochód bez klimy. Trochę złości, ale trudno, damy radę. Na szczęście plecaki się zmieściły do bagażnika starej Jetty i ruszyliśmy, najpierw do Drewnianej Pagody w Yingxian. Trochę mi ścierpła skóra, gdy przy wyjeżdżaniu z miasta, nasz kierowca dzwonił (chyba) do szefa i dopytywał się (chyba) o drogę (bo najpierw mocno się rozglądał, na rondzie zwolnił, za rondem stanął i dalej się rozglądając zaczął rozmawiać przez telefon). Jak on chce nas zawieźć gdzieś szmat drogi stąd jak nie wie jak z miasta wyjechać? Później się okazało, że facet (chyba) pochodził z okolic Wutai Shan, bo na ostatnich serpentynach jechał tak, że trzymaliśmy się siedzeń.

Najpierw jednak po dwugodzinnej drodze autostradą dotarliśmy do Yingxian. Już z daleka widać było górującą nad płaską okolicą wysoką na prawie 70 m pagodę. Z bliska nie robiła jednak wrażenia tak dużej. Z bliska wrażenie robiła misterna konstrukcja drewnianych belek. Nie wiem jak i nie wiem po co, tworzono tak skomplikowane drewniane łamańce, ale ponoć najstarsza chińska budowla z drewna, wysokości 20-piętrowego bloku, przetrwała w nienaruszonym stanie 1000 lat i 7 trzęsień ziemi. To się nazywa solidna robota. W ogóle z czasem patrząc na różne funkcjonujące na miejscu rzeczy zacząłem podejrzewać przebiegłych Chińczyków, że specjalnie zalewają nas tym chłamem, żeby za pomocą takiej dywersji podkopać funkcjonowanie zachodniego świata. Rzeczy funkcjonujące na miejscu nie wyglądały już na taki chłam, jaki dociera do Europy. I nie dotyczy to tylko tysiącletnich zabytków. ;-)

W pagodzie można wejść na drugi z 9 poziomów, lecz to w zupełności wystarcza by móc obejrzeć panoramę miasteczka. W każdą stronę świata inny widok. Z jednej strony widok na coś w rodzaju stepu. Nieco w prawo zaczynają się szare, łukowate i monotonnie jednolite dachy hutongów. Dalej hutongi przechodzą w osiedle bloków, by poruszając się po linii horyzontu wzrok dotarł do osiedla całkiem nowych blokowisk na kształt Ursynowa. Co ciekawe, wzdłuż głównych ulic odbudowano domy w tradycyjnym chińskim kształcie, tak że idąc ulicą człowiek ma wrażenie, że idzie ulicą starówki. Dopiero z tarasu widokowego widać, że za pojedynczym rzędem tradycji czają się klasyczne nowoczesne blokowiska.

Od kierowcy dostaliśmy godzinę na zwiedzanie, a jak zwykle dość mocno nam się to przedłużyło, więc był nieco zniecierpliwiony jak przyszliśmy do samochodu. Ruszyliśmy dalej w kierunku Wiszącego Klasztoru. Droga nie była już tak dobra, ale ciągle przejezdna. Raz tylko przejechaliśmy po jakimś fragmencie zastępczym, po dziurach i dołach pokrytych żwirem, na szczęście nie trwało to długo. Wjechaliśmy z powrotem na asfalt prosto w środek bajkowego wąwozu. Góry powiększały się coraz bardziej, wąwóz rósł w oczach jak by chciał nas za chwilę połknąć. W pewnym momencie nasz kierowca zaklął głośno i uderzył z całej siły w kierownicę. Rzecz u Chińczyków niespotykana, oni naprawdę starają się nie okazywać emocji. Coś się musiało stać. Z samochodem wygląda, że wszystko w porządku, pytająco zerkałem więc na kierowcę, intensywnie wypatrując przyczyny. Kierowca wyciągnął rękę przed siebie wskazując na gigantyczny korek na górskiej drodze.

Zatrzymaliśmy się u wlotu do doliny, gdy droga zaczęła się podnosić. Sznur ciężarówek busów i samochodów ciężarowych stał z wyłączonymi silnikami, a z naprzeciwka nie jechały żadne samochody. No to super. Nic nie możemy zrobić, bo nie mamy się jak dogadać, nasz kierowca nie mówi ani słowa po angielsku. Nie wiemy czy jest jakaś inna droga, czy to jakiś wypadek, czy też to w tutejszych górach normalne, czy też za chwilę wszystko ruszy? Kierowca tak jak my wpatruje się w wijącą się po stoku doliny drogę, rozmawia z miejscowymi, ale widać, że tak jak my, nie wie co robić. W końcu klepiąc się po nogach daje nam do zrozumienia że powinniśmy pójść piechotą. No dobrze, ale czy mamy dojść już do Wiszącego Klasztoru? Jak to jest daleko? Czy zostawić bagaże w jego samochodzie? Co robić? Nie ma się kogo spytać, nie ma się kogo poradzić. Żaden Chińczyk w okolicy nie mówi po angielsku, nikt nie może służyć za tłumacza. Tak stojąc i głośno się zastanawiając, co dalej robić, usłyszeliśmy w pewnym momencie znajome:
- Cześć!
- O! Cześć! Z nieba nam spadacie, nie wiecie czy daleko do klasztoru?
- Z tamtego miasteczka jest podobno 5 km, więc stąd będzie jakieś 1-2 km. Możecie spokojnie uderzać z buta.
- 2 km? No to nie ma się nad czym zastanawiać, idziemy! Dzięki wielkie!
- Nie ma sprawy, do zobaczenia w klasztorze!

Grupka studentów, zesłana nam przez Opatrzność poszła sobie pod górę, a my umówiliśmy się z kierowcą, że on na nas zaczeka w tym miejscu a później pojedziemy dalej. Kierowca był szczęśliwy, że w końcu zakumaliśmy, o co mu chodzi. Także ruszyliśmy i po kilkunastu minutach marszu byliśmy u wejścia do kolejnego turystycznego kompleksu. Tuż przed brama spotkaliśmy wracającego jednego ze studentów.
- Już z powrotem?
- Nie, ja to chrzanie, ja nie trawię takich tłumów. Jak spojrzałem na to co się dzieje w tym klasztorze, to wymiękłem, sorry, ale ja nie potrafię w takich warunkach, walę to.
- A skąd jedziecie?
- Z Mongolii, tam to jest tak jak lubię, przestrzeń, cisza, brak ludzi, naprawdę można odjechać. A tutaj? Odkąd wjechaliśmy do Chin to jakiś koszmar, wszędzie ludzie, tłumy, wszystko się kłębi... To nie na moje nerwy...

Pogadaliśmy jeszcze trochę o Mongolii i pożegnaliśmy się odchodząc w przeciwne strony. Przed widocznym w oddali, przyklejonym do ściany klasztorem, był jak wszędzie kombinat turystyczny: sklepy i knajpy. Wypiliśmy kawę i ruszyliśmy w górę po schodach. Klasztor rzeczywiście przyklejony do pionowej ściany, wsparty na tyczkach, sprawiał wrażenie trochę powiększonego domu dla lalek. Wąskie schodki, niskie stropy, małe cele. Nie było wydrążonych w skale głębokich komnat. Nie mam pojęcia gdzie mieszkali mnisi, zwłaszcza w zimie. Wyglądało to tak jakby były tylko cele modlitewne, w każdej stał jakiś posążek. Oczywiście nie było śladu po jakiejkolwiek atmosferze kontemplacji czy zadumy, bo kolejka przesuwająca się tylko w jedna stronę dyscyplinowała i skutecznie zniechęcała do jakichkolwiek refleksji. Przeszliśmy całość w stylu japońskim, tzn. Obfotografowaliśmy wszystko co się dało i uciekliśmy. Inaczej nie było można. Świadomość, że te budowle trwają przyklejone do ściany od 1400 lat trochę łagodziła ból tłumów. Z drugiej strony sam tłum w Chinach też jest egzotyczny, bo składa się w głównej mierze z Chińczyków.

Przy wyjściu dorwała nas jakaś Chinka i powiedziała, że nasz drajwer na nas czeka i jest tam. Wzrok pobiegł za jej palcem i natknął się rzeczywiście na naszego kierowcę. Trzeba przyznać, że organizacja u Chińczyków jest ich mocna stroną. Skąd ta kobieta wiedziała, że nasz kierowca czeka akurat na nas? W tym miejscu było sporo białasów. W jakiś sposób musieliśmy się wyróżniać ;-) Zjedliśmy cos na kształt obiadu i ruszyliśmy w dalszą drogę. Do przejechania było jeszcze ze 200 km. Szosa wiła się po pięknych górach, wyjeżdżała na płaskowyże, mijała lessowe tarasy i wydrążone w lessie mieszkalne jamy. W takich jamach podobno do dzisiaj mieszka jeszcze 40 mln ludzi. Przy ciekawszych widoczkach - gdy wszyscy wydawaliśmy z siebie głośne, pełne zachwytu westchnienia, łapiąc przy tym za aparaty – nasz kierowca zatrzymywał się na poboczu i mogliśmy na spokojnie porozkoszować się widokami i popstrykać fotki. Trzeba przyznać, że było to bardzo miłe ze strony kierowcy. Ostatni odcinek, jak juz wspominałem pokonaliśmy trzymając sie foteli, facet bowiem po serpentynach Wutai Shan pędził jak szalony trąbiąc na zakrętach. Przed zjazdem w dolinę musieliśmy zapłacić jeszcze po 90Y za bilet wstępu i zjechaliśmy do hotelu w Taihuai.

Wysiedliśmy z samochodu i nic nie zapowiadało burzy jaka za chwile miała się rozpętać. W Datongu zarezerwowaliśmy czteroosobowy pokój z łazienką w hotelu w Taihuai za 40Y. A tu hotel z pokojami dwuosobowymi, czysty, schludny, ale drogi – ponad 300Y za pokój. Powiedzieliśmy zatem twardo, że chcemy jechać do hotelu, który mamy zarezerwowany. OK, pojechaliśmy. Na miejscu hotelarz długo oglądał nasz kwitek rezerwacji, a w końcu zaprowadził nas kilkaset metrów dalej, do jakiegoś baraku, który wyglądał jak na naszych ogródkach działkowych, a kibel miał być w ty pierwszym miejscu. Roześmialiśmy się i powiedzieliśmy, że to miał być pokój z łazienką a nie jakiś cuchnący stęchlizną barak. Oczywiście znajomość angielskiego naszych rozmówców ograniczała się jedynie do podstawowych liczebników oraz słów „room” i „days”. Nie mogliśmy dojść do porozumienia, poprosiliśmy więc kierowcę o telefon do jego szefa w Datongu. Po długich rozmowach okazało się, że hotel nie chciał jednak zgodzić się na umówione warunki za tą cenę, twierdząc jednocześnie, że nie ma wolnych lepszych pokojów. Jedyną rzeczą, którą facet CITS w Datongu mógł dla nas zrobić to zwrot zaliczki. Kierowca oddal nam więc zaliczkę i pojechaliśmy do innego hotelu w poszukiwaniu miejsca. Po długich poszukiwaniach, dyskusjach i targach, postanowiliśmy wrócić do pierwszego hotelu i tam potargować się o cenę. Różnica w cenie nie była bowiem duża, natomiast różnica w jakości była znaczna. Wytargowaliśmy ostatecznie 200Y za pokój dwuosobowy, w którym postanowiliśmy spać we czwórkę. Łóżka były tak szerokie, że dwie osoby spokojnie się na nich mieściły. Kierowca okazał nam tyle cierpliwości i życzliwości, że postanowiliśmy na koniec oddać mu wytargowane w Datongu 50Y.

Wykończeni męczącym dniem z emocjonującym zakończeniem – zasnęliśmy po kolacji w knajpie szybko i bez problemu.

środa, 12 września 2007

Dzień 5, Datong

3 sierpnia 2007, piątek

Pierwsze kroki tego dnia skierowaliśmy do biura CITS. Postanowiliśmy spróbować dogadać się na przejazd do Wutai Shan. Okazuje się, że za 600Y możemy wynająć samochód, który zawiezie nas do Taihuai zahaczając po drodze o Drewnianą Pagodę w Yingxian oraz Wiszący Klasztor. Poprosiliśmy także o zarezerwowanie hotelu w Taihuai oraz Pingyao, a także zamówiliśmy rezerwację biletów kolejowych z Pingyao do Xi'an. Bilety miały na nas czekać w hotelu w Pingyao. Wszystko wyglądało na świetnie zorganizowane, zapłaciliśmy więc prowizję, znegocjowaliśmy cenę samochodu do 550Y i ruszyliśmy zwiedzać groty Yungang.

W grotach posągi buddy. Tysiące posągów buddy. Budda trzymetrowy, budda siedemnastometrowy, kilkaset buddów dwucentymetrowych, buddysie kolorowe i naturalnie kamienne, buddysie w całości i wybrakowane. Posągi i groty, groty i posągi. Najstarsze groty z V w. Gdzieniegdzie dziury po posągach ukradzionych przez archeologów. Część z zachowanymi lub odnowionymi zdobieniami barwnymi. Nie będę tu przepisywał przewodnika, bo nie to jest moim celem, więc poprzestanę na tym, że całość robi wrażenie. Jednak wykute w skale dżinijskie rzeźby w okolicach Gwalioru w Indiach zdecydowanie bardziej mi się podobały.

Po obejrzeniu grot wracamy do miasta, by liznąć trochę starówki. Poranne wrażenie było dość przygnębiające. Pył i kurz, ruina na podwórkach, najprzeróżniejsze pojazdy samoróbki, obraz zniszczonego przemysłowego miasta, przy którym Katowice w PRL-u były na naprawdę wysokim poziomie. Lądujemy na głównym placu i kierujemy się w stronę zaznaczonych na mapie świątynnych kompleksów. I tu niespodzianka. Plac jest równy, czysty, schludny i kolorowy. Po drodze mijamy kolorowe reklamy z chińskimi znakami, równo ustawione rowery i skutery przed bogatymi domami towarowymi, gdzieniegdzie na ustawionej na chodniku scenie promocyjne koncerty i konkursy. Życie tętni, zapachy jedzenia wokół, młode Chinki z utapirowanymi włosami, młodzi Chińczycy w modnych ciuchach i żelem na głowie. Pomieszane to wszystko z rozłożonymi bezpośrednio na ziemi sprzedawcami najróżniejszych, nikomu niepotrzebnych rzeczy.

Weszliśmy w boczną uliczkę i doszliśmy do świątyni. Wyglądała na niedawno odnowioną, a okazało się że to najprawdopodobniej po prostu jest nowa świątynia. Wewnątrz kręciło się sporo mniszek i mnichów i wyglądało na to, że szykują się do swojego nabożeństwa (?). Rzeczywiście, w pewnym momencie zebrali się w ostatnim głównym pawilonie, prowadzący mnich zaintonował mantrę i rozpoczęło się coś w rodzaju buddyjskiej mszy. Po obu stronach umieszczonego pośrodku posągu stały dwie grupy mnichów zwrócone do siebie twarzami. Jeden mnich uderzeniami w drewniany bęben nadawał rytm, a reszta śpiewała mantrę. Pieść zaczęła się bardzo powoli i dostojnie, by po kilkunastu minutach dojść do dość szybkiego tempa. Krępowałem się robić zdjęcia, ale ponieważ dwie starsze białe kobiety, które przed mszą rozmawiały z mniszkami, w ogóle się nie krepowały, więc uznałem, że jest zielone światło i oprócz zdjęć nakręciłem dwa krótkie fragmenty z dźwiękiem. (film pierwszy, film drugi) Nie wiedzieliśmy ile to wszystko jeszcze potrwa, więc zabraliśmy się do dalszej drogi.

Przy wyjściu próbowałem się jeszcze dowiedzieć jak dojść do Górnej Świątyni Huayuan, którą widzieliśmy na mapie oraz tuż za murem sąsiedniej ulicy, ale nigdzie nie mogliśmy znaleźć ścieżki, by dojść do bramy wejściowej. Ludzie wpatrywali się w znaki, które im pokazywałem na kartce, jakby to były jakieś tajemne zaklęcia i coś do mnie mówili po chińsku. Ja kręciłem głową i odpowiadałem im po polsku, że nic nie rozumiem i że w ten sposób się nie porozumiemy. W końcu chciałem odejść, ale jedna kobieta bardzo nalegała żebyśmy zaczekali pokazując ciągle na usta. Nie wiedziałem kompletnie o co chodzi, bałem się że będą chcieli dać nam coś do zjedzenia, czego ze strachu zjeść nie będziemy chcieli, ale też nie chciałem być gburem i sprawić im przykrości w ich własnej świątyni. Po jakimś czasie wysłany po coś chłopiec przyprowadził, na oko siedmioletnią, dziewczynkę, której już teraz cała grupa coś zawzięcie gestykulując tłumaczyła. Dziewczynka bardzo się wstydziła, zerkała na nas z zakłopotanym uśmiechem, ale w końcu dała się przekonać. Podeszła do nas i widać było jak walczy z olbrzymią tremą. Stojące za nią babcie nie dawały za wygraną i ciągle powtarzały tą samą namowę, wtórując mantrze dochodzącej z głębi świątyni. Zapadła w pewnym momencie cisza, nachyliłem się, by lepiej usłyszeć to, co zaraz niewątpliwie przekaże mi dziewczynka. W końcu, przełamując niezwykłe napięcie, wydobył się z małych ust dźwięk tych długo zbierających się do wyjścia na świat słów:

- Welcome to Datong! - roześmialiśmy się razem z gromadą stojących wokół Chińczyków. Dziewczynka także była szczęśliwa, że zrozumieliśmy jej słowa. Chciała już odejść, ale babcie znowu zaczęły się przekrzykiwać jedna przez drugą.
- Where are You from?
- From Poland.
- Aaa! Bolan! Bolan! - wyglądało na to, że jednak wiedzieli co to za kraj. Podziękowaliśmy serdecznie za gościnę i poszliśmy w końcu na poszukiwanie wejścia do Huayuan.

Zaczepiłem jeszcze jakiegoś sensownie wyglądającego przechodnia, który powiedział nam, że tą wąską brudną i zrujnowaną uliczką dojdziemy tam gdzie chcemy. No dobra. Poszliśmy więc na poszukiwanie Wejścia mijając po drodze Inny Świat. Był to świat rozpadających się hutongów, plotkujących na progach babć i dziadków, wspólnych latryn, do których wchodziły czasem elegancko ubrane młode Chinki. Świat pyłu, bitej drogi, rowerowych furmanek i pozornie bezpańskich psów, graniczący z wielkomiejskim życiem głównej ulicy. Rzeczywiście dotarliśmy w końcu do miejsca, w którym cywilizacja witała nas wielkim szyldem z cennikiem fryzur miejscowego fryzjera. Nie było na nim ani jednej fryzury z prostymi włosami. Na chodniku obok grupa Chińczyków obserwowała rozgrywkę chińskiej wersji szachów (Xiangqi). Gra ta, wogóle nie przypominająca międzynarodowych szachów, w Chinach niezwykle popularna występuje niemal na każdym rogu ulicy. Dwie osoby grają, a tłumek przyjaciół obserwuje z niezwykłym skupieniem posunięcia. Żadnych komentarzy, żadnych podpowiedzi, ewentualnie pojedyncze szmery bezpośrednio po ruchu. Skupienie na tyle duże, że gdy podeszliśmy do wspomnianej grupki, zrobiliśmy im zdjęcia i cicho się oddaliliśmy - ani gracze ani obserwatorzy nawet nie zauważyli tego faktu. Nikt nie podniósł nawet wzroku!

W końcu znaleźliśmy wejście do Dolnej Świątyni Huayuan. Nie było w środku niczego szczególnego poza tym, że niepozornie wyglądający drewniany pawilon miał prawie 1000 lat. Wejście do górnej świątyni było, gdy do niego dotarliśmy, niestety już zamknięte. Szkoda, bo to z kolei była ponoć największa swego rodzaju budowla w Chinach. Trudno. Zatem biegiem do Muru Dziewięciu Smoków, może uda się zobaczyć chociaż jego. Jutro przecież wyjeżdżamy dalej. Przeszliśmy uliczką targową, na której można było zaobserwować klasyczne targowe widoczki w postaci przystojnych dziadków i babć sprzedających warzywa z rowerów czy faceta sprzedającego pliki banknotów wydrukowanych tylko z jednej strony. Minęliśmy Wieżę Dzwonu i dotarliśmy do Muru. Miał on ochraniać miejscowy pałac przed złymi demonami, jednak biorąc pod uwagę fakt, że z całego pałacu zostały tylko terakotowe smoki, można podejrzewać, że ochrona nie obejmowała całości zabudowy. Same smoki podobały mi się o wiele bardziej niż analogiczna ściana w Zakazanym Mieście. Jest w nich jakaś lekkość, jakaś subtelność, która do mnie trafia.

Zachód słońca obejrzeliśmy przez okna klasycznej chińskiej herbaciarni. Niestety, poza wystrojem nie doznaliśmy niczego z magii ceremonii parzenia herbaty. Po prostu dostaliśmy szklanki, susz herbaciany i imbryk z wrzątkiem. Ale chwila oddechu, z zachodzącym nad dachami Datongu słońcem, była bardzo miła. Później jeszcze przeszliśmy się ulicą w nocy i tu kolejne zaskoczenie. Ulica tętniła życiem jeszcze bardziej niż za dnia! Przed sklepami z ciuchami, gdzie ceny były europejskie, rozstawione były stoiska na metalowych wieszakach z ciuchami w cenach chińskich. Knajpy uliczne ciągnęły się jedna za drugą na przemian z ciuchami. Gdzieniegdzie wciśnięte maty z zegarkami czy innymi niepotrzebnymi drobiazgami. I pomiędzy tym tłumy tłumy tłumy. Zastanawialiśmy się później czy to nie kwestia piątku i końca tygodnia?

Doszliśmy ponownie do głównego placu, a tam handel ustąpił wspólnym grom i zabawom. W jednym miejscu grają w siatkę, w drugim w kometkę, w trzecim przechodzą pomiędzy rozpiętymi linkami, gdzie indziej skaczą zbiorowo przez długą skakankę, w innym miejscu kopią do siebie piłkę, we wszystkim biorą dział wszystkie pokolenia. Rodzice i dzieci, nastolatki i dziadki. Grupy nie są podzielone wiekowo, ale zainteresowaniami. Nie ma tak, że nastolatki trzymają się osobno. Nawet wśród skaczących przez skakankę razem z trzydziestolatkami byli ich rodzice. Cały plac i główna ulica tętniły życiem. W smutnym przemysłowym mieście, gdzie swego czasu nie można było wychodzić na dwór bo można było zaczadzieć. Dziwny to jednak kraj. Nadzwyczaj żywotny.

poniedziałek, 10 września 2007

Dzień 4, Pałac Letni w Pekinie

2 sierpnia 2007, czwartek

Z rana pojechaliśmy na dworzec kolejowy, zostawić plecaki w przechowalni bagażu. Był to inny dworzec niż ten, na którym kupowaliśmy bilety. Gdy taksówkarz dowiózł nas na miejsce, ogarnęła mnie panika. Surrealistycznie olbrzymi ni to zamek, ni to biurowiec, wielki jak Pałac Kultury, przy sześciopasmowej autostradzie... Jak tu znaleźć wejście? Jak odnaleźć właściwy peron? Jak odnaleźć cokolwiek w takim molochu? Człowiek naczytał się tych wszystkich opowieści o dzikich Chińczykach, wpychających się bez kolejki wszędzie i w każdy sposób. Opowieści o wyścigach po peronie do odpowiedniego wagonu. Od razu przypomniał mi się niezwykle chamski Polak na warszawskim lotnisku, który ochrzanił nas, że: "nie pilnujecie swojej kolejki, a tam się ktoś przed was wepchał! Jak wy chcecie po Chinach jeździć, jak tacy niezorientowani jesteście!"

Taksówkarz wysadził nas przy samym wejściu. Zwarliśmy szyki i stanęliśmy w kolejce do bramki. Na każdym dworcu jest bowiem skaner bagażu i każdy plecak czy walizka większa od damskiej torebki musi być prześwietlona, jak na lotnisku. W miarę sprawnie to poszło i znaleźliśmy się wewnątrz hali. Nie było trudno zobaczyć boksy do przechowania bagażu, trudniej było się dogadać z obsługą. Probowaliśmy, jak wszędzie, negocjować ceny, ale akurat w tym miejscu nie było to chyba możliwe i musieliśmy zapłacić za kluczyk tyle, ile od nas chcieli. Nie było to mało, ale trudno, z plecakami nie pozwiedzamy. Teraz jeszcze pierogi i do cesarskiego Pałacu Letniego. Po drodze trzeba było zahaczyć o bank, by wymienić część dolarów na yuany, bo znalezienie bankomatu obsługującego nasze karty okazało się niemożliwe.

Wyszliśmy z dworca i wtedy zobaczyliśmy te tłumy przelewające się we wszystkich możliwych kierunkach. Przy wchodzeniu mieliśmy farta z powodu wczesnej pory, bo teraz kolejka do wejścia miała nie 10 ale jakieś 110 m długości. Jednak w przeciwieństwie do apokaliptycznych opisów, nikt się nie przepychał, nikt nie awanturował; faktycznie Chińczycy wykorzystywali każdą lukę, by położyć swój bagaż na taśmie skanera, ale dzięki temu wszystko odbywało się płynnie, sprawnie, szybko i spokojnie. Podążające w różnych kierunkach strumienie ludzi trzymały się swoich wirtualnych pasów i tylko my, białe dzikusy z Zachodu, zakłócaliśmy ten krwiobieg, chcąc zrobić zdjęcie albo zerknąć na druga stronę chodnika. Pod kładką dla pieszych (z dworca na drugą stronę ulicy) biegła autostrada, której kilka środkowych pasów wchodziło pod ziemię, by ominąć skrzyżowanie. Efekt był taki, że z jednej strony kładki była szeroka w sumie na 12 pasów ruchu ulica, a z drugiej strony kładki widać było normalna trzypasmową arterię, z szerokim pasem zieleni pośrodku, składającym się z pięknie przystrzyżonych rabat.

W China Bank bankomat był nieczynny, a jedyną osobą mówiącą po angielsku był jakiś miły pan z kolejki. Jednak na pytanie gdzie jest najbliższy czynny bankomat padła odpowiedź "tutaj za drzwiami, ale on jest nieczynny". Pozostawało więc stanąć w kolejce, aby wymienić dolary. Wspomniany pan okazał się nieocenioną pomocą, wyjaśnił wszystkie zawiłości biurokratyczne, które trzeba było wypełnić, a na koniec chciał nas przepuścić przed siebie, kolejny raz zadając kłam wszystkim historiom o bezceremonialności Chińczyków. Dobra, mamy kasę w kieszeni, jedziemy wreszcie do Pałacu Letniego.

Pałac Letni okazał się schowanym za mgłą olbrzymim kilkusethektarowym parkiem ze sporym jeziorem pośrodku, po którym kursowały statki wycieczkowe i pływało mnóstwo mniejszych i większych łódek. Miejsce tak naprawdę do leniwego snucia się przez cały dzień. My nie mieliśmy tego szczęścia, musieliśmy zdążyć na pociąg. Najpierw doszliśmy do Wyspy Południowego Jeziora na którą prowadzi słynny ponoć most Most Siedemnastu Łuków. Na moście pobawiliśmy się z gościem, który uczył dzieci podbijać patyk dwoma innymi patykami tak, by ten pierwszy cały czas był w powietrzu. Z wyspy przepłynęliśmy statkiem w pobliże Marmurowej Łodzi. Jest to kamienna atrapa parostatku, którą zafundowała sobie ostatnia chińska cesarzowa pod koniec XIX wieku wykorzystując na ten cel kasę na rozbudowę floty. Wyjątkowo dalekowzroczne myślenie inwestycyjne, wszak większość statków z tego czasu pocięto pewnie już na żyletki, a Marmurowa Łódź dzisiaj przynosi dochody z turystyki, choć arcydziełem sztuki kamieniarskiej nazwać jej nie mogę. Zagłębiliśmy się następnie w drobne parkowe ścieżki i dróżki. Jakiś starszy Chińczyk przysłuchując się naszym uwagom rzucił w końcu do nas pytanie:

- Russki?
- Nie, polski! - odpowiedzieliśmy chórem, ale on się nie zraził i dopytał:
- No pa russki gawaritie?
- Niemnożko, niemnożko, no gawarim - odparliśmy chórem, więc rozmowa toczyła się dalej.
- A wy skąd?
- A z Polski
- Z Warszawy?
- Tak, z Warszawy.
- O, ja byłem w Warszawie, ze 25 lat temu. Ładne miasto.
- Tylko trochę mniejsze od Pekinu.
- No tak, mniejsze. Naród mały to i stolica mała - pokiwał z politowaniem głową i przeprosiwszy nas pożegnał się, bo spotkał jakiegoś znajomego. No tak, co to za naród, który ma marne niecałe 40 mln ludzi? To mniej, niż jakaś mało ważna mniejszość narodowa w Chinach. Przy 1300 mln to plemię a nie naród. Ech te punkty odniesienia.

Najpiękniejsza w całym parku okazała się jednak okolica wzgórza Długowieczności. Pięknie zdobione daszki, misterne drewniane konstrukcje, jaskrawo kolorowe zdobienia i niesamowite widoki z góry na park i jezioro. Następnie powrót na dół przez kręcone skalne wąwozy i bambusowe alejki. Przy jeziorze nieco dziwiły tłumy Chińczyków wyciągających w górę ręce z aparatami. Choć drugiej strony nie wiadomo, czy byli to Chińczycy, czy może turyści z Korei albo z Japonii. Na chwilę wyszło słońce i momentalnie zrobiło się niesamowicie skwarnie. W tej sielskiej atmosferze turystycznego centrum, na jednym z dziedzińców cesarskich pawilonów byłem w pewnym momencie świadkiem wydarzenia, które całkowicie zburzyło we mnie obraz spokojnych Chińczyków.

Razem z tłumem turystów weszła rodzinka z dzieckiem, które cały czas płakało. Nie zawodziło w niebogłosy, jak to dzieci potrafią się wydzierać, po prostu płakało. Ponieważ nie jest to w Chinach powszechny widok, obserwowałem dzieciaka, żeby zrozumieć powody jego nieszczęścia. W pewnym momencie podszedł do niego szybkim krokiem młody facet, krzyknął do niego jedno słowo i kopnął dzieciaka w uda. Nie kopnął z całej siły, bo by dziecko zostało zmiecione, ale na tyle mocno, że dało się słyszeć mocne głuche klapnięcie kości. Efekt, jak można się było spodziewać, był odwrotny od zamierzonego: chłopak nie dość że zaczął płakać jeszcze głośniej to, chyba nie wiedząc już co się dzieje, zsikał się ze stresu na chodnik. Odpowiedzią faceta były głośne wymysły i kolejne kopniaki. Dopiero wtedy matka złapała dziecko na ręce cicho uspokajając ojca (?). Nikt nie reagował, nikt nie protestował, nikt niczego nie widział, nikt niczego nie słyszał. Adrenalina wydzieliła mi się dość mocno, jednak nie reagowałem, bo nie byłem u siebie. Czy to normalna praktyka? Czy takie są tu zwyczaje? Czy tak się traktuje tu dzieci? Tak się wychowuje chińskich twardzieli? Dalsza część pobytu wskazywała, że raczej był to wyjątek od reguły, ale dlaczego w takim razie nikt nie zareagował? Długo dochodziłem do siebie.

Na koniec, tuż przed wyjściem, w jednej z altanek pojawił się utykający na jedną nogę sympatycznie wyglądający staruszek. Przyniósł ze sobą długi wielki pędzel oraz miotłę. Dokładnie zamiótł chodnik pod altaną, a następnie maczając pędzel w kałuży zebranej w małym zagłębieniu, zaczął malować na zamiecionym chodniku chińskie znaki. Jeden znak na jednej chodnikowej płycie, w pionowym układzie, na naszych oczach powstawał tekst, którego nie mieliśmy szansy odczytać. Staruszek z tajemniczym uśmieszkiem w kącikach ust pokrywał coraz większą liczbę płyt, przenosząc się z jednego końca altany w drugi. W międzyczasie znaki powoli wysychały i znikały, ale nie wiem czy wtedy zaczynał pokrywać płyty od nowa czy rozpoczynał kontemplację swojego ulotnego dzieła, bo musieliśmy wracać do pociągu.

Na dworzec dostaliśmy się bez problemu, bo dla małych bagaży podręcznych (a nasze plecaki były już w środku) było osobne wejście, do którego kolejki nie było prawie żadnej. Szybko jeszcze przed drogą coś zjedliśmy w dworcowej knajpie, odebraliśmy bagaże (okazało się że trzeba coś dopłacić do poprzedniej ceny) i pobiegliśmy na peron. Dworce skonstruowane są w ten sposób, że dla każdego pociągu jest oddzielny rząd w oddzielnej poczekalni. Jakiś czas przed odjazdem pociągu zaczynają być wpuszczani na peron pasażerowie za okazaniem biletu. Dzięki temu na peronie są tylko pasażerowie pociągu, a i tak tłumek jest niemały. Ponieważ mieliśmy miejscówki, żadne apokaliptyczne opisy nie znalazły potwierdzenia w rzeczywistości i spokojnie oraz w bardzo cywilizowany sposób wsiedliśmy do pociągu do Datongu.

Po siedmiu godzinach wylądowaliśmy na stacji kolejowej w Datongu. Złapał nas jakiś koleś z tabliczką CITS w ręku oferując noclegi. Wiedzieliśmy, że to państwowe biuro turystyczne, więc po informacji o cenie podążyliśmy za nim. Wskazana przez niego młoda Chinka zaprowadziła nas do hotelu, gdzie za naprawdę rozsądną cenę spędziliśmy dwie noce w czteroosobowym dormitorze. Było w miarę czysto, niestety umiejscowione na korytarzu prysznic i kibel były w tej samej kabinie, co oznaczało, że bierzesz prysznic stojąc na kiblu (a raczej nad dziurą fekalną w posadzce). Jak dla mnie zbyt ryzykowna zabawa. Ale, co kto lubi...

piątek, 7 września 2007

Dzień 3, Świątynia Nieba i Wielki Mur

1 sierpnia 2007, środa

Zaczęliśmy od kompleksu Tiantan (Świątynia Niebios), pośrodku którego położony jest Qiniandian, czyli Pawilon Modłów Dorocznych. Centralny punkt Cesarstwa, środek Świata, miejsce w którym styka się Niebo z Ziemią. Śmieszny opis tego miejsca znalazłem na stronach chińskiego radia międzynarodowego. Kompleks obejmuje olbrzymi park, do którego dojechaliśmy wczesnym rankiem. Po wejściu na jego teren cały poranny uliczny harmider ucichł, a przestrzeń wypełniać zaczęły delikatne dźwięki dochodzące z nie wiadomo której strony. W końcu pomiędzy gałęziami drzew dostrzegłem jakąś grupkę postaci od której dochodziły dziwne dźwięki nieokreślonej muzyki. Gdy podeszliśmy bliżej, okazało się, że to trzy grupy emerytek tańczyły z wachlarzami coś w rodzaju baletu. Jedna kobieta była instruktorem, reszta starała się naśladować jej ruchy. Wychodziło to niektórym lepiej niektórym gorzej, jednak widać było, że chodzi w tym wszystkim o wspólnotę działania a nie o perfekcję wykonania. Postaliśmy tam trochę, zrobiliśmy zdjęcia i ruszyliśmy dalej. Nie wiem jak inni, ale ja pomyślałem sobie, że śmieszne babcie przygotowują się pewnie do jakiejś oficjalnej akademii. Jednak po przejściu kolejnych kilkudziesięciu kroków okazało się, że aktywności nie ograniczają się do baletów z wachlarzami i do tej jednej grupy emerytek, i raczej nie są przygotowaniami do zbliżającej się akademii.

Wyczulony na różne dziwne uliczne dźwięki, ciągnięty muzycznym magnesem przez zarośla i trawniki, wylądowałem na małym skwerku, na którym kilku staruszków rzępoliło aż uszy puchły na tradycyjnym instrumencie chińskim o wdzięcznej nazwie Er Hu. ( Dużo czasu zajęło mi później odnalezienie w Internecie jego nazwy ;-) Niektórzy starali się nauczyć określonego utworu, na co wskazywał rozstawiony przed muzykiem stojak z jakąś muzyczna notacją. Inni grali albo z pamięci albo to co im w duszy lub pod palcami grało. Do jednego siedzącego dziadka z instrumentem podszedł w pewnym momencie inny dziadek i zaczął razem z tym pierwszym śpiewać. Ja rozumiem, że muzyka chińska ma zupełnie inna skalę od europejskiej, ja rozumiem, że europejczyk musi się przyzwyczaić do tego, ale... Słyszałem później różnych ulicznych grajków, którzy umieli to robić i było to naprawdę przyjemne estetycznie przeżycie. Jednak tutaj zarówno instrumentalista jak i wokalista nie trzymali najmniejszych standardów czystości dźwięku. Podobnie zresztą było z innymi ćwiczącymi na skwerku osobami. Nie przeszkadzało to jednak nikomu w doskonaleniu własnego muzycznego warsztatu. Nikt się nie skarżył, nikt nie denerwował. Tutaj się przecież wspólnie gra na Er Hu i już. Nie zauważyłem żadnego instruktora czy kogokolwiek, kto by kierował tą kakofonią. Bardzo dziwne doświadczenie. Nagrany fragment duetu można posłuchać tutaj.

Nieco dalej rozlokowane były kolejne grupy tematyczne. Po muzykach trafiliśmy na grupę ćwiczących tai-chi. Nieco dalej była grupa tai-chi z czymś w rodzaju mieczy połączonych z nunczako. Następnie grupa wokalna przygotowująca się do wspólnego odśpiewania jakiegoś utworu; niestety zrobiło się już późno i nie doczekaliśmy aż grupa zacznie śpiewać. Brak czasu w Pekinie bardzo dał nam się we znaki i bardzo żałowaliśmy że nie możemy po prostu pokręcić się po parku dłużej. A w parku takich grupek było bez liku, babcie grające w zośkę, grupy taneczne, instrumentalne, wokalne, sportowe, najprzeróżniejsze. No ale trudno. Doszliśmy w końcu do głównego miejsca Świątyni Nieba.

Jak dla mnie chyba najpiękniejsza pozycja na całej trasie. Olbrzymi plac, pośrodku majestatycznie stojący ogromny pawilon, gdzie cesarz wchodził tylko sam, by modlić się o pomyślność i urodzaj. Pagoda przepiękna, odrestaurowana, proporcjonalna, idealna estetycznie i architektonicznie. To są moje wrażenia, a szczegóły dotyczące samej świątyni można znaleźć także na setkach innych stron, np.: blog sinologa, albo angielska Wikipedia.

Po obejrzeniu Tiantan pojechaliśmy obejrzeć Wielki Mur. Najpierw taksówka na dworzec autobusowy Dongzhimen, na którym różne osoby kierowały nas w różne miejsca, coś nam tłumaczyły, pokazywały na migi, zniecierpliwione pisały krzaczki, a my nic z tego nie rozumieliśmy. W końcu znaleźliśmy przystanek, z którego odjeżdżał nasz autobus nr 916 i pojechaliśmy do miejscowości Huairou, skąd do muru dojeżdżać miały już tylko busiki. W Huairou chcieliśmy coś zjeść, bo głód zaczynał dawać się we znaki naszym nerwom. Nie dość że głodni, nie dość że upał, to jeszcze przyczepił się do nas niezwykle upierdliwy facet, chcący koniecznie nas zawieźć do Mutianyu i przekonujący, że tu nie ma nic do jedzenia, a w Mutianyu jest. Potraktowaliśmy go jak zwykłego naganiacza i postanowiliśmy sami znaleźć miejsce z żarciem. Niestety, lokale które znaleźliśmy nie wyglądały dobrze, więc w poszanowaniu własnych żołądków szukaliśmy dalej. Oczywiście nic nie znaleźliśmy, wystawiając na ciężka próbę relacje pomiędzy wszystkimi nawzajem, a na koniec wsiedliśmy do busika tego upierdliwego gościa. Facet miał nerwowy tik polegającym na niezwykle wyrazistym mruganiu wytrzeszczonymi oczami, co wyglądało tak, jakby się nieustannie dziwił i mrugał, by się upewnić, że to co widzi jest prawdą. Koleś okazał się niezwykle sympatyczny i zabawny, w czasie drogi ciągle coś nam pokazywał i tłumaczył nieustannie się śmiejąc. Jego wesołość w połączeniu z mruganiem oczami ze zdziwienia, jakby nie mógł uwierzyć, że droga, którą jedziemy wygląda właśnie tak, a nie inaczej oraz widoki za oknem - to wszystko sprawiło, że cała nerwowość uleciała w góry. Gdy dojechaliśmy, zamówiliśmy pierogi (nie obyło się oczywiście bez negocjowania ceny) i ruszyliśmy w kierunku wyciągu, jadącego do położonego na grzbiecie góry Wielkiego Muru.

Po zejściu z krzesełek wyciągu i przejściu paru kroków poczułem się, jakby mnie ktoś włożył na pocztówkę. Piękne zielone góry i wijąca się po nich ikona Chin. Zawsze marzyłem, żeby zobaczyć kiedyś Mur na własne oczy, dotknąć go własna ręką, ale zawsze wydawało mi się to pragnieniem nierealnym. Teraz stałem na przeciwko i nie mogłem uwierzyć, że tu jestem. To nie dzieje się naprawdę. Uczucie stąpania po historycznym miejscu mieszało się z uczuciem spełnionego marzenia i kręciło mi się w głowie. Mur w tym miejscu nie jest wysoki, ma ok. 9m wysokości i ok. 6m szerokości na szczycie. Podobno może się na nim zmieścić 10 ludzi obok siebie. Gdy idzie się pod górę, są zrobione na całej szerokości schody. Mur obok wątpliwych funkcji obronnych, pozwalał Chińczykom przede wszystkim na szybkie przerzucanie wojska z jednego końca na drugi. System sygnalizacji świetlnej pozwalał także na szybkie przekazywanie informacji pomiędzy strażnicami.

Poszliśmy sobie szczytem Muru aż do końca wyremontowanego odcinka. Co kilkaset metrów mijaliśmy strażnicze wieże, każda podobna i każda inna. Za flankami rozciągał się cudowny górski zielony krajobraz. Próbowałem sobie wyobrazić codzienne żołnierskie życie w tych warunkach i nie mogłem się oprzeć poczuciu absurdu: wpatrujesz się w zielony gąszcz, z którego możesz dostać strzałę, by bronić takiego samego zielonego gąszczu po drugiej stronie. Depresyjne i beznadziejne zajęcie. Doskonale rozumiem, że Mur nie był ciężką przeszkodą dla najeźdźców. Doszliśmy do ostatniej strażnicy. Dalej, za tabliczką ostrzegającą przed niebezpieczeństwem, była już tylko ruina. Oczywiście jak większość, także i ja nie mogłem sobie odmówić wejścia. Zrujnowany fragment trzyma się nawet całkiem nieźle. Są zachowane flanki i fragmenty chodnika, który po prostu zarośnięty jest krzakami. Prowadząca bokiem ścieżka wskazuje, że ten niewyremontowany odcinek nie jest nie do przebycia. Niestety, pozostałe osoby nie chciały pozwiedzać dzikiego odcinka, więc musiałem zadowolić się krótkimi odwiedzinami. Poza tym brak czasu także skłaniał do powrotu.

Na ostatniej wyremontowanej wieży zostałem jeszcze zaatakowany przez walecznego chińskiego chrząszcza. Siedział sobie grzecznie taki 10-centymetrowy bydlak na flance, a ja, podły, po zrobieniu fotek - zdmuchnąłem go na zewnątrz Muru. Po chwili chrząszcz wyleciał znienacka i zaatakował mnie lotem koszącym. Zrobiłem unik, jednak on manewrem przez lewe skrzydło zawrócił po szerokim łuku i przypuścił ponowny atak. Miałem w ręku jakiś kawałek gazety, zacząłem się więc bronić, machnąłem kilka razy i trafiłem bydlę, przypierając go do ziemi. Waleczny chrząszcz nie zrezygnował i po odbiciu od posadzki przypuścił ponowny atak. Zacząłem uciekać wykonując szybkie uniki i machając gazetą. Na szczęście po drugim trafieniu agresor uznał, że jednak nie da mi rady i odpuścił. Odetchnąłem z ulgą, napiłem się wody i, wyczerpany, rozpocząłem powrót.

Przespacerowaliśmy do drugiego wyciągu krzesełkowego, którym zjechaliśmy na dół. Na dole jeszcze drobne zakupy, czapki, chusty, ozdobne pałeczki itp. Wieczorem sprzedawcy łatwiej schodzili z ceny, więc byliśmy zadowoleni. Zrobiło się na tyle późno, że kierowca busika, dla którego nie było żadnych problemów i cieszył się jak dziecko, gdy mówił, że na nas zaczeka, teraz zaczął się niecierpliwić. Wsiedliśmy więc prędko do samochodu i wróciliśmy do Huairou, by zdążyć na autobus do Pekinu. Na przystanku zatrzymał się inny autobus, z którego kierowca wołał, że do Pekinu nas zawiezie za 4Y. Ponieważ na 916 musielibyśmy jeszcze trochę poczekać, poza tym 916 był droższy - skusiliśmy się i to był nasz błąd. 916 był klimatyzowany a ten nie. 916 miał wygodne siedzenia a w tym moje nogi się nie mieściły. 916 jechał z Pekinu godzinę, tym jechaliśmy dwie godziny. Tak to bywa jak człowiek chce zaoszczędzić trochę czasu i pieniędzy.

Wieczorem w Pekinie postanowiliśmy w końcu iść na kaczkę po pekińsku. Wybraliśmy knajpkę w hutongach na południe od placu Tiananmen. Według mapy powinniśmy skręcić w uliczkę pośrodku południowej pierzei placu. Doszliśmy na miejsce, a tam niespodzianka, uliczka zagrodzona płotem nad którym ustawiony jest olbrzymi billboard z wizualizacją bramy do kompleksu handlowego, jaka powstać ma w tym miejscu. No dobrze, w takim razie dojdziemy z drugiej strony. Przeszliśmy kawał drogi, a płot od budowy ciągle się ciągnął. Druga uliczka też zagrodzona, to samo z trzecią. Niestety okazało się, że tak jak można przeczytać w wielu miejscach, tak i ta dzielnica hutongów poszła pod młotek i jest w trakcie wyburzania pod nowe zabudowania, mające być gotowe przed przyszłoroczna Olimpiadą. Ostatecznie na kaczkę po pekińsku wróciliśmy więc kompletnie wyczerpani do hotelowej restauracji. To był długi dzień.

środa, 5 września 2007

Dzień 2, Zakazane Miasto

31 lipca 2007, wtorek

Wstaliśmy rano i piechotką na Plac Tananmen. Plac robi wrażenie swoją wielkością (ponoć to największy plac na świecie?) Śmiesznie wyglądają na nim dziesiątki chińskich wycieczek, w których jednakowo ubrani szkolni turyści prowadzeni są jak wojskowe oddziały pod kierunkiem przewodników dumnie trzymających wyciągnięte w górę chorągwie. Do mauzoleum Mao Zedonga nie weszliśmy, być może było zbyt wcześnie, być może było w remoncie, poza tym nawet gdyby było otwarte to kolejki ponoć są tu straszne, co jestem w stanie sobie wyobrazić obserwując tłumy wycieczek spacerujących po placu. Po obejściu całego placu daliśmy się wciągnąć tłumowi przez Bramę Niebiańskiego Pokoju do Zakazanego Miasta.

Olbrzymi to jednak teren. I robi wrażenie. Żaden film ani zdjęcie nie oddaje charakteru i klimatu tego miejsca. Organizacja przestrzeni, olbrzymie place, centralne pałace i stojące nieco z boku zabudowania mieszkalne dla cesarskiej rodziny i służby - to sprawia, że odbierasz to miejsce jako coś wyjątkowego. Pałace europejskie są monumentalne w pionie, Zakazane Miasto jest monumentalne w poziomie. Spójność architektoniczna sprawia z jednej strony, że odczuwasz jedność wszystkich budynków, z drugiej strony po kilku godzinach czujesz się nieco zagubiony widząc kolejny podobny pawilon, w którym mieszkał kolejny chiński cesarz. Na szczęście w orientacji pomaga elektroniczna przewodniczka mówiąca płynna polszczyzną przez wygodną słuchawkę. Rozpoznaje ona lokalizację turysty i serwuje romantyczne lub pikantne historie związane z danym pawilonem.

Zdecydowanie najpiękniejszym miejscem Zakazanego Miasta jest położony na północnym skraju ogród. Zieleń, skałki, małe malownicze altany, stare powyginane drzewa - aż zazdrość brała dla nauczyciela języka angielskiego, który uczył ostatniego cesarza - dostał on do swojej dyspozycji jeden z pawilonów ogrodu.

Po wyjściu z Zakazanego Miasta pojechaliśmy zobaczyć buddyjską świątynię Yonghegong. Pawilon za pawilonem, a w każdym następnym coraz większy Budda. Razem z bocznymi pawilonami poznawaliśmy architektoniczny schemat chińskiej świątyni, który miał się później powtarzać do końca wyjazdu w nie tylko buddyjskich świątyniach. Nawet meczet w Xi'an był zbudowany wg tego schematu. To, czego później już nie zobaczyłem to były figury buddy uprawiającego miłość. Naprawdę ładna i ciekawa rzecz, aczkolwiek nie bardzo jestem sobie w stanie wyobrazić lekcji wychowania seksualnego młodych cesarzy, jakie podobno odbywały się przy tych figurach. Niestety bateria w aparacie mi siadła, więc po wyjściu z cesarskiego pałacu nie zrobiłem już żadnych zdjęć.

Później odwiedziliśmy wieże Dzwonu oraz Bębna. Wieże takie stały kiedyś w każdym mieście i za pomocą dzwonu oznajmiano początek dnia, a za pomocą bębna koniec dnia. A może odwrotnie? Nie pamiętam. Na wieży Bębna co pół godziny bębnią, więc poczekaliśmy na koncert, ale ten okazał się być jedna wielka żenadą. Wyglądało to tak, jakby przypadkowe osoby przyszły sobie pobębnić po kilkuminutowych ćwiczeniach. Bez ładu i składu. Później jeszcze szczyt wzgórza Jingshan usypanego z ziemi wykopanej z fosy wokół Zakazanego Miasta. Piękny widok na pałac i cały Pekin. Na koniec pojechaliśmy do południowej dzielnicy hutongów, gdzie w miłej knajpce zakończyliśmy dzień.

wtorek, 4 września 2007

Dzień 1, lądowanie w Pekinie

W Chinach byliśmy przez 3 tygodnie. Wykupiliśmy jedynie bilety na samolot i fru. Oczywiście wcześniej we czwórkę przedyskutowaliśmy co chcemy na miejscu zobaczyć. Ostrych tarć w tym względzie nie było, bo przy pierwszej wizycie kanon jest jasny, a różne odchylenia łatwo storpedować brakiem czasu. Plan był zatem napięty, a relacja będzie ex-post. Mapę wyprawy zamieszczam niżej. Będę w miarę wolnego czasu starał się ją uzupełniać, na razie zawiera orientacyjny zarys najważniejszych punktów i nie jest jeszcze kompletna. Niestety osadzona tutaj w formie interaktywnego obrazka sprawia, że blog się rozsypuje. Zatem musi pozostać na razie goły link:

Zobacz mapę z trasą wycieczki

Z informacji praktycznych: 1 Y (juan) = ok. 0,38 zł, więc ceny w Y dzieliłem w przybliżeniu przez 3 i zaokrąglałem w górę ;-)

30 lipca 2007, poniedziałek.

Lądowanie w Pekin o 5:30 rano. Połamani i zmęczeni szukamy informacji jak dojechać do centrum oraz bankomatu, by wyjąć jakiekolwiek pierwsze pieniądze. Okazuje się, że na lotnisku tylko jeden bankomat przyjął tylko jedną z naszych kart. Trochę kasy zatem mamy, do miasta dojedziemy. Stojącym przy wyjściu z lotniska taksówkarzom dziękujemy. Szukamy informacji o autobusie u Chinki stojącej za ladą czegoś w rodzaju kasy biletowej. Dostajemy numer autobusu i za chwilę jedziemy autostradą do miasta. Mamy ze sobą nazwy wszystkich kluczowych miejsc zapisane w "krzaczkach" i odpowiednio powiększone tak, by można je było pokazywać nawet z daleka. Dzięki temu kierowca autobusu wie, gdzie chcemy dojechać i wysiadamy w odpowiednim miejscu. Dalej na piechotę szukamy wybranego w przewodniku hotelu. Otaczający nas smog nie nastraja optymistycznie. Prognozy na najbliższe dni są, delikatnie mówiąc, wilgotne. W klimatyzowanym autobusie dało się wytrzymać, ale na zewnątrz temperatura powietrza jest tropikalna, wilgoć osiada nie tylko na twarzach, a ceglany pył zatrzymuje się na zębach.

Niestety, pierwszy hotel jest zajęty w całości, w drugim zostały już tylko najdroższe pokoje po 1200Y. Zostawiliśmy dziewczyny z bagażami w hotelu i wyruszyliśmy sprawdzić jeszcze inne lokalizacje. Chcieliśmy dojechać do innej opisanej w przewodniku hotelowej dzielnicy, ale trzej taksówkarze pod rząd tylko kręcili głowami i nie dali się przekonać żeby nas tam zawieźć. Czyżby dzielnica "czerwonych latarni"? No dobrze, w tej sytuacji pozostawał jedynie spacer po okolicy i znalezienie kogoś mówiącego po angielsku, kto by nas skierował do jakiegokolwiek hotelu w okolicy. Niestety, nie było z tym łatwo, ale w końcu udało się i miły młody chłopak ze sklepu optycznego pokazał nam ulicę, na której miało być podobno dużo hoteli. Faktycznie, po kilkudziesięciu metrach zobaczyliśmy pierwszy. W środku odór chloru, brak okien, ale cena całkiem przystępna, ok. 280Y za dwuosobowy pokój. No dobra, ale warto sprawdzić coś innego. Dalej minęliśmy kilka hoteli, które albo się budowały, albo remontowały, albo wyglądały na zbyt drogie. Doszliśmy w końcu do Donghua Hotel i tam ostatecznie po delikatnych negocjacjach postanowiliśmy zostać. Hotel był czysty, niedaleko Zakazanego Miasta i niezbyt drogi. Aczkolwiek nocne telefony z propozycją foot-masage były nieco zaskakujące. Później okazało się, że i tak był to najdroższy nocleg na całej trasie.

Po prysznicu i kilku godzinach snu wyruszyliśmy na pierwszy spacer po mieście. Trafiliśmy do jakiegoś dziwnego centrum handlowego, gdzie miała być podobno ciekawa i dobra knajpka, ale zamiast niej było 50 innych przeróżnych knajp, więc po długich dyskusjach postanowiliśmy zjeść smażoną na blasze ośmiornicę z cebulą i ryżem. Ponieważ nie znaliśmy cen, posiłek ten okazał się być naszym chyba najdroższym posiłkiem w całych Chinach. Później zajrzeliśmy jeszcze na kawę (żeby nie ryzykować to weszliśmy do chińskiego KFC) i nocnym spacerkiem wzdłuż bogato zaopatrzonych sklepów na jasno oświetlonych ulicach, przeszliśmy do dworca kolejowego, gdzie po ostrych bojach kupiliśmy bilety kolejowe do Datongu.

Na kolejowym dworcu przeszliśmy chrzest bojowy w zdobywaniu biletów. Oczywiście najpierw nie mogliśmy znaleźć opisywanej w różnych relacjach kasy dla obcokrajowców. Wszędzie tłumy, budynek wielki, każdy kieruje nas gdzie indziej, w końcu jednak się udało - okazało się że w jednym z 50 tysięcy okienek siedzi mila pani znająca język angielski. Zaopatrzeni w chińskie krzaczki z nazwami miejscowości oraz kartkę i długopis w końcu kupiliśmy bilety do Datongu. Niestety pociąg jechał dzień wcześniej niż chcieliśmy oraz nie nocą tylko w ciągu dnia, w związku z czym mieliśmy o półtora dnia krótszy pobyt w Pekinie. Trudno, trzeba dostosować plany, zrobić selekcję i dalej. Na koniec znaleźliśmy bardzo miłą knajpkę w południowych hutongów, gdzie w towarzystwie miejscowych Chińczyków zjedliśmy za grosze całkiem spory i smaczny obiad. Ale co jedliśmy? Nie mam pojęcia - karta była w krzaczkach - zdaliśmy się na gust kelnerki ;-)

piątek, 27 lipca 2007

Za chwilę Chiny

Dzieje się. Staje się. Droga wypełnia swoje przeznaczenie. Droga wiedzie na Wschód. Droga wybrana świadomie? Czy ja wybrany przez Drogę? Trzeba się z Drogą pogodzić. Dać się jej unieść, dać jej nauczyć mnie siebie, wzajemne wzbogacanie, słodkie niejednoznaczności. Dlaczego Chiny?

Zjedzony przez wieśniaków dinozaur, wioski zalane przez powódź, koszmarny upał przy pochmurnym niebie, smog w miastach i smok na polach, tłok w pociągach, problemy z biletami, pekińskie pierogi z kartonem zamiast mięsa, jadalne karaluchy i pasikoniki, a w razie problemów ze zdrowiem – ochrona szpitala może cię pobić łomami na korytarzu. Niezbyt zachęcająca perspektywa.

Ale z drugiej strony Zakazane Miasto, Wielki Mur, Terakotowa Armia, posągi Buddy, ojczyzna Konfucjusza, Mencjusza, Sun Zi, Lao Tsy i taoizmu. Obawy Witkacego, zalew żółtej rasy, Państwo Środka, sens człowieka umieszczony w umiejetności współdziałania a nie w autorozwoju, inny świat, inna cywilizacja, inne Wszystko. Obawy obawami, ale ciągnie niezwykle, tym bardziej im obaw więcej, tym bardziej im więcej uprzedzeń. Poznać dotknąć posmakować zobaczyć powąchać... Trzy tygodnie. Mniej niż kropla w morzu.

Chiny, dlaczego tam? Dlatego bo.

czwartek, 5 lipca 2007

Zapach tropików

W środku nocy sen o dotknięciu świata abstrakcyjnych powieści rozpoczął swoja materializację. Przekraczając próg samolotu przekraczali granicę jawy i snu, równie niezauważalnie, jak co wieczór każdy z nas niezauważalnie zapada w sen. Ciemność za oknami czyniła nieodróżnialnym to miejsce od jakiegokolwiek innego miejsca na ziemi. Racjonalnie uświadamiana wiedza, że znajdują się w innym świecie, była stłumiona ciemnością, nocną porą i podobieństwem wszystkich lotnisk. W korytarzu prowadzącym do sali odpraw było coś innego od znanej z rodzinnych stron cywilizacji, ale też coś niesamowicie znajomo prowizorycznego i dla kogoś przylatującego znad Wisły, w tym niedookreśleniu przestrzeni i zapachów nie było nic egzotycznego. Może jedynie jakieś poczucie cofnięcia się o dwadzieścia-trzydzieści lat wstecz, do inscenizacji jakiegoś filmu Barei.

Cyprian wciągał nozdrzami powietrze, jak hart poszukując osławionego zapachu tropików.

Dużo wcześniej, gdy siedzieli na lotnisku we Frankfurcie podziwiając i głośno komentując wyrafinowanie garderobianych gustów japońskich turystów, gdy zajadali się przygotowanymi przez troskliwą mamę selerowymi kotletami, w których nie było nawet wspomnienia mięsa, lecz pomimo to pałaszowanymi z należytym zaangażowaniem, gdy tak siedzieli czekając na swój samolot, mający zawieźć ich do mistycznej krainy pielgrzymek hippisów wszelkiej maści, pogrążeni byli ciągle w rozbawionym nastroju wycieczki, która da im pretekst, by móc zabłysnąć w towarzystwie podobnych im młodych bezdzietnych trzydziestolatków, których stać na to, by udawać bywałych w świecie i na tyle odważnych i zorganizowanych, żeby na drugi koniec świata pojechać bez opieki zawodowego przewodnika. Kraj docelowy był jednocześnie na tyle odległy, nie tylko w przestrzeni ale i w mentalności niedzielnych podróżników, że nieustająco, tak powszechni na lotniskach: Żółtki, Arabowie, Murzyni, postrzegani byli jako zjawy nie z tego świata zabłąkane tutaj w poszukiwaniu wrażeń lub interesów przy akompaniamencie cyfrowych aparatów i kakofonii polifonicznych dzwonków. Ich ubrania należące do euroamerykańskiego kanonu turystycznej mody poza możliwością wyrażenia uznania bądź dezaprobaty dla gustu właściciela, sprawiały wrażenie obecności w międzygalaktycznym terminalu StarTrek, w którym różne człekokształtne kosmiczne istoty zmierzały w sobie tylko znanych kierunkach. Gdyby zjawiła się dziewczyna z trąbą słonia zamiast nosa, poza początkowym zainteresowaniem nie wzbudziłaby żadnej niepoprawnej politycznie sensacji. Lecz nikt z trąbą słonia się nie zjawiał, a czas płynął, nieubłaganie wykańczając selerowe kotlety i komentarze cynicznych turystów znad Wisły, zamierzających zdobyć kolejne trofeum w zimnej kolekcji turystycznych wrażeń.

Dopiero gdy stanęli w kolejce do samolotu, porażającej swoją długością i wzbudzającą archaiczną już dzisiaj refleksję, jak tyle ludzi może zmieścić się do latającej maszyny, dopiero wtedy dostrzegli, że różnorodność ludzka jest, zgodnie zresztą z oczekiwaniami, dużo większa niż ten mini przegląd lotniskowych fenotypów. Cyprian wtedy właśnie pierwszy raz zobaczył na żywo sari. Wszelkie komentarze na temat ubraniowych gustów towarzyszy podróży ucichły. Wobec braku punktów odniesienia w postaci ruchomych manekinów na różnej maści ekranach, ta manifestacja kolorów i swobody falującego przy każdym ruchu materiału onieśmielała naturalnością, odmiennością i pięknem. Trochę kontrastowali ze swoimi kobietami mężczyźni, prężni i wyprostowani, chociaż pulchni i niewysokiego wzrostu, jednak w tradycyjnie europejskich garniturach i krawatach. Tym bardziej wyróżniała się rodzina sikhów, z głową rodu obnoszącą okazały biały truban i jeszcze bardziej okazałą siwą brodę, przepuszczającą na zewnątrz uważne i dystyngowane spojrzenia czarnych jak smoła oczu. W tym towarzystwie pojedynczy post-hippisi czy zabłąkani turyści znad Wisły wyglądali nie mniej egzotycznie niż okutani w zwiewne sutanny muzułmańscy Murzyni czekający na samolot gdzieś do wschodniej Afryki.

W tym przedsionku obcego świata nie było jednak w powietrzu nawet cienia tego, na co czekał Cyprian z ciekawością i niecierpliwością dziecka spodziewającego się wizyty wujka z Ameryki. Sterylna klimatyzowana przestrzeń pochłaniała wszelkie zapachy, nie oszczędzając nawet subtelnej woni kilkudniowego niemytego ciała, nasączonego nie zawsze skutecznym antyperspirantem. Siedem godzin lotu oddzielało go od dotknięcia lepkiego i gęstego w swej konsystencji tropikalnego powietrza. Niestety, po wyjściu z samolotu, po przekroczeniu progu wyobraźni, po wejściu w realność do tej pory jedynie wyobrażoną – nie poczuł nic poza zapachem chloru. Lizol - który w innych okolicznościach przejęzyczył na izolbet, równie toksyczny i równie nieprzyjemny, wbijał się w podniebienie, przewiercał uszy, zatykał myślenie, osiadając przez ubranie na skórze - miał stać się nieodłączną częścią tej podróży, do tego stopnia, że pod koniec, to samo lotnisko miało być zupełnie pozbawione tej, tak rzucającej się w pierwszej chwili na nozdrza, zapachowej nuty sterylizacji. Tropiki pachniały chlorem.

Był marzec, środek nocy, stalowoszare ściany obejmowały czule pasażerów, zarówno tych zagubionych poszukiwaczy wrażeń, jak i tych, którzy wracali do swych rodzin, po trudach zdobywania handlowych partnerów lub wykształcenia. W miarę jak kolumna ludzi oddalała się od samolotu chlor dusił coraz bardziej. Ach, wyjść z tych pomieszczeń jak najszybciej! Ale jeszcze plecaki, jeszcze waluta, jeszcze znaleźć taksówkę do hotelu... Świat wirował, niepewność zmieszana z zagubieniem łączyła się ze zmęczeniem i zmianą klimatu. W głowie huczały wentylatory i zalecenia znajomych, którzy wcześniej przechodzili przez to samo. Położyć się spać w wygodnym łóżku i jak najszybciej zobaczyć ten kraj z bliska w świetle zwrotnikowego słońca. Lecz najpierw trzeba znaleźć pre-paid-ową taksówkę, która pokona te 30 kilometrów dzielących lotnisko od wyznaczonego hotelu w centrum turystycznej dzielnicy Starego Delhi.

c.d.n.

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka