aktualizacja w weekendy ;-)

piątek, 24 listopada 2006

Marzenia?

W szeregi moich myśli zakrada się rezygnacja. Tracę zainteresowanie kolejnymi aspektami życia. Uciekam w świat literatury, rozmawiam tylko przez internet. Kontakty z żywymi ludźmi to zawsze jedynie pozór, gra, aktorstwo. Tak zwanych „prawdziwych relacji” brak. Brakuje ich coraz bardziej. Coraz bardziej przewrażliwiony jestem na przejawy braku zainteresowania moją osobą ze strony świata. Coraz bardziej dotykają mnie coraz mniejsze gesty olania. Zagłębiam się w jakiejś chorobie, której nazwy nie znam. I nawet mnie to nie interesuje.

Czy o czymś jeszcze marzę? Marzę jedynie o chwili spokoju, o kilku dniach, w czasie których nikt nie będzie ode mnie chciał bym cos dla niego zrobił, ani nie będzie miał do mnie o coś pretensji. Marzę o śnie, marzę o nic nie robieniu. Marzę o takim czasie, po którym poczuję ta nudę, która pcha człowieka do działania, tą fantastyczną nudę, która sprawia, że czujesz w sobie energię do przeniesienia góry i czekasz tylko na impuls. Nuda to trampolina, na której rozbujane pragnienia dostają kopa do realizacji. Czy to są marzenia zdrowego człowieka?

Czy nie brak mi w życiu na przykład miłości? Albo pieniędzy? Albo przyjaciół? Albo sensu życia? Albo innego gówna, które pochłania identyfikację każdego nastolatka doprowadzając go na skraj samobójstwa. (Kurcze, może to nie najszczęśliwsze spostrzeżenie w czasie, gdy gdańskie wypadki mogą nasunąć błędne interpretacje) Nie, całą energię wkładam w zabicie w sobie tamtych pragnień. Jak nie możesz wroga pokonać to musisz go pokochać. Albo: wyzwól się z pragnień, one bowiem czynią cię nieszczęśliwym. No to staram się wyzbyć. Czy chcę żeby mi się udało? Nie wiem. Dlatego napisałem, że marzę JEDYNIE o spokoju. Czy to nie jest pragnienie psa? Nie wiem, nie umiem dogadać się z psami...

sobota, 18 listopada 2006

Droga w Alpy

Obudził mnie rajd szalonego kierowcy po wąskich uliczkach Cieszyna, próbującego znaleźć jakąś mniej znaną drogę do przejścia granicznego. Kolejka bowiem do tegoż przejścia zajmowała chyba całe miasto, a autobusy mają bodaj pierwszeństwo, czy coś takiego. A może kierowca liczył, że jakoś się przepchnie. Zresztą nie wiem na co liczył kierowca, ważne jest, że mnie obudził. I dobrze. Nie chcę spać, a teraz się okazało, że jednak usnąłem. Zresztą, co tu się dzieje? Gdzie on jedzie? Czy on na pewno wie co robi? Rany! Przecież on się tu nie zmieści tą landarą! Normalnie nienormalny! Ale co tam, przecież to on jest kierowca. Nie zajmuj się nim. Popatrz na miasto. Tyle samo tu napisów polskich co czeskich. Czy tam słowackich. Co za różnica. Jedno licho. Nie ważne. Jakie odrapane te domy. I jakieś takie małe. Może tutaj ludzie są mniejsi? A w ogóle to gdzie się podziali wszyscy ludzie? Ani jednej żywej duszy. Czy to środek nocy? Przecież jest widno. A może to rano? Ale przecież mieliśmy tu dojechać wieczorem. Nic nie rozumiem. Wymarłe miasto. Aaa! Aaale mi się ziewnęło. Boże, gdzie on jedzie? Przecież tu też są samochody. Chce staranować osobowe? Zmieścił się. Dziwny gość. Jedzie pod prąd? A może to jest jednokierunkowa? Nie ważne. O, widać terminal. Dziwne wrażenie po tych wąskich uliczkach - takie duże i przestronne przejście. Rzut oka w tył na resztę autobusu. Połowa śpi, a reszta w skupieniu obserwuje przejście. Czyżby i oni byli pod wrażeniem wyczynów kierowcy? A może się czegoś boją? A czego tu się bać? Hm. Czy na pewno mam wszystko w porządku w paszporcie? W sumie nic w bagażu nie mam, ale wiadomo? Nie przekraczam w końcu granicy codziennie. Ciekawe ile to będzie trwało? Przyczepią się do czegoś? Dobra, cicho. Kierowca z pilotką poszli załatwiać coś. Co? Wracają.

- I co?
- I nic. Musimy podjechać tam na miejsce i czekać na celnika.
- Aha.

Podjeżdżamy. Czekamy. Co tak cicho? Wszyscy w skupieniu patrzą milcząc w okna, czekają, nie wiem, przeznaczenia? Idzie. Podchodzi. Wchodzi.

- Dzień dobry. Granica państwa. Kontrola celna. Proszę przyszykować paszporty. Mają państwo coś do oclenia?

Długo chodzi i przygląda się zdjęciom. Zagląda głęboko w oczy, aż na dno twojej duszy. Rozpozna mnie czy nie rozpozna? Wiem, że na zdjęciu jestem niepodobny, ale to naprawdę ja. Tak kiedyś wyglądałem. Naprawdę. Nie patrz tak, bo zaraz się spalę. Naprawdę niczego nie przewożę. Naprawdę nie uciekam przed wojskiem ani przed więzieniem. Jadę sobie na wycieczkę. Tak po prostu. Chcę zobaczyć kawałek świata. Nic poza tym. Jestem porządnym obywatelem. Nic złego nie zrobiłem. No, może parę razy nie oddałem pieniędzy jak mi kioskarz wydał za dużo reszty. Ale tak poza tym jestem w porządku. Uff! Poszedł dalej. Co za ulga. Może mnie nie zawrócą z granicy. Nie lubię celników. Czy tam wopistów. Co za różnica. Wszystko jedno. Nie lubię jak ktoś chce coś znaleźć u mnie nie wiadomo co i w ogóle. Nie lubię i już. Tak po prostu. Cholera, spadaj! Nie cierpię mundurów. W każdej postaci. Przyprawiają mnie o dreszcze. Dreszcze obrzydzenia, niechęci i strachu. Głupie bubki. Kurdę. A zresztą co ja się tak denerwuję? A bo to jest o co? Taka jest ich praca. Niech się tam gapią. I tak niczego nie wygapią.

Z tyłu dało się słyszeć jakieś poruszenie. Coś się dzieje, na razie jeszcze nie wiem co. Celnik wychodzi z autokaru. Za nim pilotka i jeszcze jakieś, chyba przypadkowe, dwie osoby. Kierowca również. Przez chwilę rozmawiają na zewnątrz i kierowca otwiera bagażnik autokaru. Wyciągają jakieś rzeczy. Rutynowa kontrola przypadkowego bagażu. Dziewczyna otwiera plecak i pokazuje wnętrze celnikowi. To jednak mu nie wystarcza. Chce, żeby dziewczyna wyjęła rzeczy z plecaka. Widać, że dziewczyna zaczyna się denerwować. Tłumaczy celnikowi, że ma tak upchane wszystko w plecaku, że później nie powkłada tego wszystkiego do środka z powrotem. Celnik jest nieugięty i spokojnie lecz stanowczo prosi o wyjęcie rzeczy. Dziewczyna zaczyna wyjmować i płakać. Spazmatyczne skurcze rozpaczy harmonizują z ruchami rąk opróżniającymi plecak z misternie upakowanej zawartości. Celnik w tym czasie bada torbę drugiej osoby. Gdy bałagan przed autokarem zrobił się wystarczający zadowolony urzędnik pozwolił na złożenie ubrań z powrotem do walizek. Oddał paszporty pilotce wycieczki, zasalutował i odszedł.

Chwilę jeszcze trwało zanim nieszczęśnicy pozbierali swoje zabawki i zajęli swoje stare miejsca w autokarze. Poruszenie wśród gawiedzi trwało znacznie dłużej. Wszyscy, no może prawie wszyscy, zaczęli się zastanawiać, dlaczego właśnie ich wyciągnął ten k... oraz w jaki sposób udało jej się ukryć tą wódkę, którą miała w plecaku. Tym bardziej, że nie było tego wcale mało. Dużo może też nie, ale wystarczająco dużo, by przekroczyła ta ilość dopuszczalne normy. Na wszystkich padł blady strach. Przecież jeszcze granica czeska, później słowacka i później jeszcze wiele granic. A jeśli na każdej będzie taki kocioł? O rany! Ja też mam upchany plecak. Może nie mam tam żadnych nielegalnych rzeczy, ale przecież to nic przyjemnego wyjmować wszystko i wkładać, wyjmować i wkładać, wyjmować i wkładać. No ale nic. Może nie będzie tak źle. Może później dadzą nam spokój. Chociaż Pepiki przecież podobno są okropni i jeszcze do tego potwornie nie lubią Polaków. Kurcze, dobrze, że nie brałem z Warszawy żadnych niezbędnych bądź co bądź używek. No dobra. Ruszamy. Most. Ciekawe jak nazywa się ta rzeka? Nigdy nie byłem dobry z geografii. Wcale nie taka mała. Nie mogę sobie przypomnieć. W ogóle w którym miejscu tej południowej granicy leży Cieszyn?! Zawsze Cieszyn i Cieszyn, ale gdzie on tak właściwie jest to też nie wiem. Nic ważnego w końcu oprócz przejścia tu nie ma. Dobrze, że mnie tutejsi nie słyszą... Ale kompromitacja. Dobrze, że nikt mnie nie słyszy. Całkiem ładny most. Całkiem świeżo wygląda. Dalszy ciąg kontrastu z resztą miasta. Ciekawe jak wygląda część czeska? Szlaban. Celnik. Boże, znowu. Nie. Tym razem popatrzył tylko i puścił. Nawet nie podstemplował paszportów. Jak to!? A ja chcę mieć stempel z kontroli granicznej! Halo! Zaraz! Stempel proszę! Dobra, dobra... już nic nie mówię. Jedźmy już, bo mam chyba dosyć tej granicy.

Pojechaliśmy. Po drugiej stronie rzeki szare, socjalistyczne bloki, aż żal patrzeć. Uregulowana dolinka. Wyrównane brzegi. I topole wzdłuż drogi. Nie ma na co patrzeć. Wszędzie tylko cywilizacja, której dosyć mam już w swoim rodzinnym mieście.

Wyjechaliśmy w końcu z tego miasteczka i sunęliśmy po zakrętach wąskiej, mimo że międzynarodowej drogi. Dzień chylił się ku końcowi, szarówka powoli przechodziła w mrok, a mrok powoli przechodził w ciemność. Patrzyłem na rozpływające się z oknem pejzaże, które w miarę oddalania się od granicy robiły się coraz bardziej bezkształtne i ciemne. W końcu mogłem obserwować tylko czubki topoli widocznych na tle nieba w tej okolicy bez jednego światełka. Patrzyłem więc na takie same, ostro zakończone kształty, szukając pierwszej gwiazdy na niebie. Mimo woli zacząłem liczyć mijane drzewa. Przesuwały się zbyt szybko, więc liczyłem tylko co drugie. Później zacząłem liczyć co trzecie. W końcu zacząłem mnożyć otrzymane wyniki przez dwa i przez trzy, żeby wiedzieć ile już drzew minęliśmy. Moje myśli oderwały się w pewnym momencie ode mnie i popłynęły gdzieś za tą nieprzekraczalną linię drzew, których nie sposób było zliczyć, a za którymi była tylko ciemna pustka, niczym wszechświat i jego próżnia, wcale nie taka pusta bo wypełniona jakimiś Bóg-wie-jakimi cząstkami i innymi falami o których się nawet filozofom nie śniło, a ja wcale śnić o nich nie chcę, bo ja nic nie chcę, albo sam nie wiem co ja chcę i w ogóle bez sensu to wszystko i do niczego, a w ogóle to znowu się zatrzymujemy i ja nie wiem dlaczego, czy coś się stało, czy może tak co pięć minut będziemy się zatrzymywać... gdzie my jesteśmy?

Zatrzymaliśmy się na jakimś parkingu-nie parkingu, przy jakiejś karczmie-nie karczmie, a wszystko wokół mrok spowijał nieprzyjemny, czemu trudno się dziwić zważywszy na porę. Ludzie wysypali się już częściowo na zewnątrz, gdy ja jeszcze próbowałem dojść do siebie starając się umieścić dłonie w dwóch końcach autobusu. Prawie mi się to udało, ale ściągnąłem swe kończyny do normalnych rozmiarów i wyszedłem również przywitać się z czeską ziemią. Czeskie powietrze miało tu zapach charakterystyczny dla centralnego skrzyżowania wielkiego miasta, w przeciwieństwie do oświetlenia otoczenia, które było charakterystyczne dla zapadłej wioski na suwalszczyźnie o pierwszej w nocy. Jedyne światełko wydobywało się z okna niewielkiego budynku, w którym mieściła się przydrożna karczma, a który w mroku przypominał zamek prowincjonalnego czarnoksiężnika, prowadzącego karczmę tylko w celu zwabienia surowców do swoich czarnoksięskich praktyk. Ci co się obudzili i postanowili się przejść, poszli jeden za drugim prosto w kierunku drzwi. Stojąc przed autokarem widziałem jak pojawiało się na chwilę i natychmiast znikało jeszcze jedno światełko pochodzące z wnętrza domu. Jestem krótkowidzem i, szczególnie się to nasila gdy jestem zmęczony, dość słabo widzę, delikatnie rzecz ujmując. Nie walczę jednak z tym, bo i tak nie ma w zasadzie jak, nie buntuję się, pogodzony z własną ślepotą nadrabiam to co (nie)widzę wyobraźnią. Wyobraźnia nie służy mi jednak, jak to zwykle bywa w takich przypadkach, do tworzenia rzeczy, których tak naprawdę nie ma, ale do odtwarzania rzeczywistości na podstawie zachowanego w pamięci "normalnego" oglądu świata. Nie zdziwiło mnie więc senne powolne podążanie wszystkich sylwetek w kierunku budynku i jednostajne znikanie ich w pojawiającej się na chwilę świetlnej plamie. Ja też czym prędzej podążyłem tym tropem i, jak inni, dotknąłem zimnej klamki zajazdu. Przeszedł mnie dziwny dreszcz, ale to na pewno z zimna i z niewyspania. Nacisnąłem klamkę, drzwi uchyliły się z nieprzyjemnym skrzypnięciem i zalała mnie fala światła. Wszedłem do środka. Wieczór pomimo lipca chyba jakiś dziwnie chłodny albo potworną wilgoć tutaj mają, bo momentalnie zaparowały mi okulary. Nie znacie tego fantastycznego stanu, gdy w okularach nic nie widać, bo zaparowane, a bez okularów też nic nie widać, bo ślepota. Zdjąłem więc je czym prędzej i wycierając szkła w koszulę zagłębiłem się w otchłań pieczary. Przy stolikach siedziały jakieś dziwne, opasłe postacie przesłonięte częściowo przez olbrzymie świetlne kule. Były to (domyślałem się tego raczej niż widziałem) jakieś sznureczki małych żaróweczek rozlewające się w moich krótkowidzących oczach w olbrzymie, okrągłe kałuże światła. Wytarłem pobieżnie okulary i wtedy mogłem spróbować poczuć się pewniej nawiązując z tym światem wzrokowy kontakt.

Pewniej się jednak nie poczułem. Opasłe postacie okazały się ciemnymi typami o wyglądzie Rumcajsa. Popijając z litrowych kufli miejscowe piwo patrzyli półprzytomnie swoimi szklanymi oczami gdzieś tuż obok mojej głowy. Próbowałem się jakoś uchylić przed tymi spojrzeniami, ale średnio mi wychodziło, bo Rumcajse (wszyscy wyglądali tak samo) podpierali swoimi krzesłami prawie wszystkie ściany. Zgłębiając się coraz bardziej dotarłem wreszcie do miejsca, gdzie byli "nasi". Gdy do nich podchodziłem odwrócili się do mnie z tępym wzrokiem i spytali:

- Masz korony?
- Nie - odpowiedziałem zgodnie z prawdą.

- No to nic nie kupisz. - Odwrócili się na pięcie i bez słowa podążyli w nieznanym kierunku, jako że drzwi były zupełnie gdzie indziej. Spojrzałem na barmankę. Była to tęga kobieta, już niemłoda, o dzikim spojrzeniu i grubej bliźnie po nożu na lewym policzku. Ta blizna nadawała jej twarzy jakiegoś demonicznego charakteru. Nie mogłem się powstrzymać, aby nie zatrzymać na niej wzroku odrobinę dłużej niż to jest odpowiednie w takich sytuacjach. Ona także patrzyła wtedy na mnie, aż po krzyżu zaczęły mi łazić mrówki. Gdzieś w tym uszkodzonym kąciku jej ust pojawiło się coś na kształt pobłażliwie szyderczego uśmiechu i spuściłem oczy zawstydzony i zaniepokojony. Postanowiłem zwiedzić "lokal" w poszukiwaniu toalety oraz z czysto turystycznej motywacji. Poszedłem w tym samym kierunku, w którym oddalili się pozostali uczestnicy mojej wycieczki. Przechodziłem przez straszliwie pokręcone sale, gdzie wszędzie, przy stolikach siedziały parami lub samotnie takie same Rumcajsy. Wszyscy wyglądali jakby byli mechanicznymi lalkami podnoszącymi powoli lecz miarowo swoje napełnione do połowy kufle do ust, wydając przy tym osobliwe pomruki. Doszedłem w końcu do jakichś wahadłowych drzwi, na których nie było żadnej tabliczki. Uchyliłem je delikatnie i zajrzałem co jest za nimi. Wzbudził moje zaufanie fakt, że przy poruszeniu nie wydały z siebie żadnego dźwięku, a schody prowadzące na dół były wyłożone czystymi kafelkami. Wszedłem i śmiało zacząłem schodzić na dół. Gdy zamknęło się za mną wahadło drzwi zapanowała kompletna cisza. Wszystkie głosy z zewnątrz przestały do mnie dochodzić i po chwili zaczęło mi dzwonić w uszach. Dotarło to jednak do mnie gdy już byłem dosyć daleko od wejścia, więc pomyślałem, że to na skutek oddalenia. Schodziłem tak i schodziłem mijając kolejne zakręty schodów aż w końcu zaczęło mnie to niepokoić. Stanąłem zastanawiając się co mam robić i gdzie ja właściwie idę?

Dzwoniącą w uszach ciszę zastąpił jednostajny, cichy szum niewiadomego pochodzenia. Nie wiem czemu, ale byłem przekonany, że barmanka wskazała mi właśnie tą drogę do toalety: drzwi na końcu. Ten szum to na pewno hydrofory - pomyślałem i uspokojony poszedłem dalej. Jeden zakręt schodów, drugi, trzeci... Robi się coraz chłodniej, a światło jest jakby odrobinę słabsze. Szum narasta. Wyróżnić w nim można teraz jakby pojedyncze uderzenia przebijające się spod niejednostajnego już szumu. Znowu się zatrzymałem. Kurczę, to nie jest normalne, żeby do kibla schodziło się tak głęboko. Schody jak na jakąś wierzę, tylko do dołu. A może to zejście do lochów. W sumie z zewnątrz wyglądało to jak jakiś zameczek. W sumie tu są góry i może piwnica z kiblami jest rzeczywiście tak nisko, bo dom zbudowany jest na stromym zboczu. Ale kto tak buduje domy? No nic. Widocznie ktoś miał fantazję. Ale co właściwie mam robić? A jak to nie jest zejście do kibla? A jak tu nie można wchodzić? W sumie, biorąc pod uwagę barmankę i tych gości barowych nie wiem czy bym chciał się spotkać tutaj z właścicielem albo z cieciem. No nie wiem. Iść czy nie iść, oto jest pytanie. Dobra. Przecież to nie średniowiecze. Powiem, że zabłądziłem najwyżej. Przecież to było jedyne wyjście po tej stronie sali, a ci wszyscy od nas musieli się gdzieś podziać. Przecież ich nie zjedli. Nie zdążyliby w tak krótkim czasie. Najwyżej ich dopiero gotują. Chociaż przecież najpierw trzeba wypatroszyć, wcześniej rozebrać, umyć... nie, zjeść ich na pewno nie zdążyli. Powiem najwyżej, że szukam znajomych, którzy gdzieś tu się podziali.

Tak sobie myślałem schodząc powoli w dół, coraz mniej pewnym będąc tej decyzji. Poczułem jednak, na razie delikatny, później nieco mocniejszy znajomy zapach chloru zmieszanego z zapachem publicznego szaletu. Pomyślałem: dobra nasza, dziwne tu mają rozwiązania architektoniczne, ale chyba trafiłem na miejsce. Serce straciło chyba ochotę na wyrwanie się z klatki, krok mój wrócił do swojej normalnej sprężystości. Nie wiem ile pięter przeszedłem, nie było po drodze żadnych okien, ani żadnych innych znaków orientacyjnych pozwalających zorientować się w przebytej drodze. Uznałem, że to strach tak wpłynął na moje doznania i uspokoiłem się na dobre.

Za wcześnie.

Dotarłem wreszcie na sam dół tych piekielnych schodów. Kończyły się one na niewielkiej salce dwa na dwa metry, gdzie na każdej ścianie były zamknięte drzwi. Grube, drewniane, okute, z wielką kłódką na żelaznej sztabie. W swojej bezradności i zrezygnowaniu, jakie mnie natychmiast dopadły, począłem po kolei próbować je otworzyć. Okazało się, że dwoje z nich było zamknięte, natomiast jedne dały się otworzyć. Po prostu sztaba z kłódką była tylko atrapą. Po co?

Wszedłem do długiego korytarza oświetlonego jakimś strasznie słabym światłem. Włożyli chyba żarówki dziesięciowatowe. Ledwo cokolwiek widać. Podłoga także wyłożona kafelkami, ale tutaj wyglądała na mokrą. Istotnie zostawiałem na niej swoje ślady, które po chwili zamazywały się zupełnie. Gdy zrobiłem kilka kroków, drzwi za mną zamknęły się z tak przeraźliwym dźwiękiem, że mało nie zakrztusiłem się własnym sercem. Popatrzyłem na nie pełen wyrzutu, ale opanowałem chęć rzucenia się na nie i wyskoczenia z powrotem na zewnątrz. Przecież skobel był tylko atrapą, a innego rodzaju zamknięcia w nich nie było. Nie przesadzajmy, żyjemy w cywilizowanym świecie, gdzie zapadnie i pułapki obejrzeć można w muzeum. Chyba jednak zaczynam mieć już dosyć tej wycieczki i zaczynam chcieć jak najszybciej załatwić co trzeba i wrócić do autokaru. Zwiedzanie zaczęło być trochę za bardzo stresujące, tym bardziej, że czasu już upłynęło chyba sporo. Dobra. Zagęść ruchy. Znajdź ten cholerny kibel i wyjdź stąd czym prędzej. Jeden zakręt w lewo, jeden w prawo, znowu w prawo, w lewo... co jest... Po bokach metalowe drzwi. Za drzwiami jakiś hurgot jakichś silników-niesilników, a przede mną korytarz bez końca. Mam już chyba dosyć. Może wyjdę na zewnątrz i odleję się pod krzakiem. Ale już tyle przeszedłem, że szkoda się wracać tuż przed dojściem do celu, który już na pewno blisko... Blisko? A może, kurczę, nigdy tam nie dojdę. Niedojda. Będę tak szedł i szedł jak błędny rycerz i będzie o mnie krążyć legenda, jako o włóczędze knajpianych podziemi...

No wreszcie! Ile można! Kto to widział tak daleko kibel robić! Kółeczko i trójkącik na jednych drzwiach. Klasyka. Wchodzę. No tak. Brudny kibel w małej klitce i malutka umywalka. Nawet mydła nie ma, nie mówiąc o jakimś ręczniku. Czy ja za dużo nie wymagam? No, wychodź mały, bo zaraz się zsikam w majtki. Ooo, taaak. Co za ulga. Mmm. Ktoś kiedyś powiedział, że dobrze się wysikać to jak pół orgazmu, co wcale nie znaczy, że podwójne wysikanie to jak cały orgazm. Coś w tym jest. Mimo wszystko. Noo. Teraz można zacząć myśleć. Właśnie... jeśli to są jedyne otwarte drzwi, to gdzie podziali się wszyscy ci, co poszli przede mną? O-o? Zaraz... na górze ich nie było. Widocznie musiałem ich nie zauważyć. Widocznie usiedli gdzieś przy jakimś stoliku. Hm. Wydawało mi się, że dobrze patrzyłem. Ale nic. Boże! Teraz wracać tą samą długą i straszną drogą. Jeszcze spuścić wodę... rany! Ale pryska! Mogliby to jakoś mądrzej zrobić. Woda w tym kranie też typowo lodowata. Aż kostnieją palce. I oczywiście wytrzeć mogę jedynie we własny sweter. Dobrze czasem mieć ubranie, którego nie żal. OK. No to na razie, kibelku paskudny. Mam nadzieję, że więcej się nie zobaczymy.

Pchnąłem klamkę najdelikatniej jak potrafiłem, żeby nie ubrudzić mokrych, dopiero co umytych rąk. Drzwi uchyliły się lekko, lecz z cichym stęknięciem. Zdecydowanie dałem kroka przez próg szaletu i chlupnąłem z rozbryzgiem w podłogę. Otoczyła mnie zewsząd woda, w uszach i przed oczami miałem jedynie bąbelki powietrza, czułem jak powoli zapadam się w zimną toń coraz głębiej i głębiej. W końcu bąbelki mnie opuściły i zobaczyłem rozmazaną olbrzymią salę. Na podłodze ułożona była czarno-biała terakotowa szachownica, ściany zaś były zbyt daleko, żeby przez warstwę wody można było dostrzec szczegóły. Dziwnym trafem wpadnięcie do wody nie zerwało mi całkiem okularów z nosa, jednak i tak woda dostatecznie zniekształcała obraz bym nie mógł w zasadzie nic rozpoznać. Byłem tak zaskoczony tym upadkiem, że dopiero po dłuższej chwili wyzwolił się we mnie instynkt samozachowawczy, który kazał mi płynąć w kierunku powierzchni. Na razie ciągle opadałem, a zaczynało mi już brakować powietrza, więc począłem machać rękami by zamienić opadanie na unoszenie się w kierunku powierzchni. To miotanie się sprawiło, że brak tlenu dał mi się na tyle we znaki, że odruchowo zaczerpnąłem haust wody. To zdaje się w ten sposób można się utopić w łyżce wody. Czułem jak woda wypełnia moje płuca, a ja... ja tracę... tracę dość niesympatyczne poczucie głodu tlenowego! Zaczynam oddychać wodą! Kurczę, co się dzieje? Czy tak wygląda śmierć? Ale przecież ja żyję! Żyję pod wodą! A może to nie woda? Może to jakieś gęste powietrze? Przestałem opadać i zawisłem w połowie drogi między powierzchnią a posadzką. Co się stało? Nie wiem, ale strach również zniknął. Zimno mi nie jest, mogę oddychać, mogę popłynąć, gdzie tylko zechcę... ale myślę przecież jak żywy człowiek. Chyba, że martwi też się tak nad wszystkim zastanawiają. Bo ja wiem? Popłynę do przodu, przecież nie będę tu tak tkwił do końca... czego? Poczułem nagle jakieś szarpnięcie. Jedno, później drugie i trzecie. Ból w karku. Zdrętwiałe nogi. W krzyżu też nie najlepiej. Co się dzieje? Następne szarpnięcie. Ciemność zastąpiła oślepiająca jasność. Mrużę oczy, wzrok powoli się przyzwyczaja. Gdy wreszcie mogę coś dojrzeć dochodzi do mnie widok jakiejś półki czy szafki stojącej przede mną za jakimiś dużymi fotelami, przy czym ja znalazłem się nie wiadomo jak w jednym z nich, w drugim rzędzie. Za półką czy szafką przesuwają się jakieś świetliste widoki. Po chwili dochodzi do mnie, że to parking, na który wjeżdża właśnie nasz autokar. Dzień już mocno zaawansowany, a na niebie ani jednej chmurki. Wybiegłem pierwszy z autobusu, bo byłem najbliżej drzwi. Stanąłem trzy kroki od niego i oddychałem głęboko wdychając ostre górskie powietrze od którego aż się w głowie kręciło. Nie jestem pewien, ale ja chyba nie tylko od tego powietrza miałem zawroty głowy.

Przede mną rozpościerał się magiczny widok. Za budynkami stacji benzynowej, która była na tym parkingu, wznosiły się aż pod samo niebo dwa potężne masywy skalne, które miały w tym miejscu co najmniej kilometr wysokości względnej. W promieniach wschodzącego słońca mieniły się jaskrawoczerwonymi barwami, kontrastując z niesamowicie intensywnym błękitem nieba...

Pozostali ludzie zaczęli wysypywać się z autokaru. Każdy reagował mniej więcej tak samo. Rozejrzałem się dookoła. Spojrzałem jeszcze raz na góry i dałem odpocząć oczom ukrywając twarz w dłoniach.

- Ooo! A co to za bajka? - usłyszałem i spojrzałem w kierunku głosu. To był jeden z tych, którzy zniknęli mi z oczu w knajpie w moim śnie. Gdy pierwsze wrażenie minęło rozeszliśmy się na zwiedzanie okolicy, sklepu i szaletów. Poczułem, że ja również muszę "odcedzić kartofelki".

2000

środa, 15 listopada 2006

Szklanka

Obudził się czując, że zsuwa się po krawędzi jakiejś gładkiej powierzchni. Dopiero po chwili ze zdumieniem spostrzegł, że zapada się w głąb czegoś, co przypominało szklankę. Próbował zatrzymać jakoś nieubłagany ruch w dół, ale bezskutecznie. Szklanka pochłaniała go i w końcu został unieruchomiony z nogami wiszącymi pół centymetra nad dnem naczynia i ściśniętymi przez szklane ściany ramionami. Wtedy zobaczył, że przygląda mu się jakiś człowiek. Twarz jego była niewspółmiernie duża w stosunku do tego, co zwykło się widzieć na co dzień. Cała reszta podążała rozmiarem za twarzą. Uwięziony poczuł się jak Guliwer w Krainie Olbrzymów i dopiero wtedy zaczął rozglądać się po otoczeniu aby... właściwie nie wiedział po co. Oczom jego ukazał się widok zdumiewający. Właściwie zdumiewający był brak widoku. Szklanka stała na stole. Co prawda widać było tylko pokrytą drewnianą wykładziną sporą powierzchnię, lecz nie ulegało wątpliwości, że był to stół. Obok stołu, prawdopodobnie klęcząc na podłodze znajdował się ten Olbrzym. To dziwne, ale jego ogrom nie przerażał. Tym bardziej, że twarz jego okrągła wyraz miała łagodny. Piegowaty nos i pełne dziecięcej ciekawości oczy wyglądały spod rudej, kędzierzawej czupryny. Jego obecność byłaby właściwie dla uwięzionego obojętna, gdyby nie fakt, że tylko Olbrzym mógł w tej chwili pomóc w wyjaśnieniu sytuacji, wymykającej się na razie wszelkim tłumaczeniom. Tym bardziej, że oprócz blatu stołu i niego nie było nic. Nic. Szara pustka. Nie mgła, nie ściana, po prostu nieskończona pusta przestrzeń. Właściwie wyglądało to tak, jakby Świat składał się z blatu, szklanki z więźniem i Olbrzyma, a właściwie części Olbrzyma, gdyż widoczny był tylko jego korpus z głową wspierający się łokciami na stole, z dłońmi położonymi wzdłuż krawędzi blatu. Więzień zatrzymał w końcu dłużej wzrok na jedynej oprócz niego postaci i począł odwzajemniać jego milczącą obserwację. Po dłuższym czasie tej gry w Kamienną Twarz, Olbrzym odezwał się obojętnie:

- Chyba cię szklanka wciągnęła.
- Chyba tak. A ty? Co tu robisz? - spytał również obojętnie uwięziony.
- Patrzę sobie. Jak widzisz niewiele jest tu do oglądania.
- No tak. Zawsze tu tak sterczysz.
- Zawsze. Gdzie indziej nie mogę.
- Właściwie mogłoby cię tu nie być - stwierdził zaskakująco uwięziony, chyba w celu sprowokowania Olbrzyma do czegoklowiek.

Duży nic nie powiedział, tylko dalej się przyglądał. Więzień tymczasem zdał sobie sprawę, że posiada coś w rodzaju Wolnej Dłoni, nie związanej z jego ciałem, istniejącej niezależnie od pozostałych, a nad którą ma pełną kontrolę. Dotarło do niego także jeszcze parę rzeczy, o których nie miał dotychczas zielonego pojęcia. Zaczął sobie wyobrażać, jak śmiesznie i fascynująco zarazem, wyglądali by ludzie, którym można by coś z ich ciała wymazać, wytrzeć, jak gumką do ścierania, na przykład nogi, ale tak, by dalej pełniły swoją funkcję, jednak nie byłoby ich widać. Ludzie mogliby wtedy chodzić po ulicy niekompletni. Ruchy normalne, ale między głową a nogami brakuje brzucha. Jest w tym miejscu pusta przestrzeń. Głowa zawieszona w powietrzu. Pomyślał o Olbrzymie. A gdyby jemu wytrzeć coś taką gumką? Nie wiedzieć czemu nazwał w swoich myślach "taką gumkę" "gumką metafizyczną".

- Ty - odezwał się do Olbrzyma. - Po co mnie tu trzymasz?
- Ja cię nie trzymam.
- To mnie wypuść.
- Nie wiem jak.
- Wyciągnij mnie ze szklanki.
- Nie mogę się puścić stołu. To ostatnie co pozostało.
- Co "pozostało"??? Z czego? Po czym?
- No, po wszystkim - odpowiedział Olbrzym, jak by to była najbardziej oczywista rzecz na świecie.
- Aha. Słuchaj, a jakbym i ciebie wymazał?
- Ciekawe jak.
- Mam tu taki mazak metafizyczny, którym mogę cię wymazać. Wytrzeć jak gumką do ścierania. On zamienia fizyczne w duchowe.
- Nie powinieneś tego robić.
- Czemu?
- Nie miałbyś wtedy na kogo patrzeć. Ani z kim rozmawiać. Poza tym to niehumanitarne.
- Niehumanitarne? A to dlaczego? Przecież ja cię nie unicestwiam. Ja ci tylko wytrę kawałek, na przykład ręce.
- Głupio bym wyglądał taki niekompletny.
- A ja to nie wyglądam głupio?!!! - krzyknął oburzony więzień i zdenerwowany, swoją Wolną Dłonią chwycił mazak i zaczął wymazywać szyję Olbrzyma.

- Bez sensu - odezwał się bez emocji Olbrzym. - Zachowujesz się bez sensu. I tak już nic wokoło nie ma, a ty wymazujesz jeszcze to, co zostało, choć zostało już naprawdę niewiele. Postępujesz nieracjonalnie, mówię ci, daruj sobie. To jest bez sensu, co ty robisz.

- A czy tu w ogóle coś ma sens? - stwierdził retorycznie uwięziony i kontynuował proces wymazywania. Gdy skończył widoczne były tylko ramiona oparte o blat stołu, nieruchome, statyczne. Począł teraz podziwiać swoje dzieło: wyizolowane ze swojego ciała ręce. Nad nimi unosił się głos nieustannie powtarzający coś o braku sensu...

IX.1998

piątek, 10 listopada 2006

Houellebecq i "Możliwość wyspy"

„Recenzje z Możliwości Wyspy trafiły na pierwsze strony magazynów literackich wiele miesięcy przed publikacją. Dzięki błyskawicznym przekładom książka ukazała się w kilku krajach jednocześnie. W ciągu ośmiu dni od premiery wydawca francuski sprzedał cały nakład – 200 tys. egzemplarzy. Autor zapowiada adaptację filmową we własnej reżyserii.”

To tyle z okładki tej książki, którą zmęczyłem ostatnio powodowany wewnętrznym imperatywem poznania czegoś co jest dyskutowane nawet w wielkonakładowych dziennikach. Nie zachęciły mnie drukowane tam fragmenty powieści, nie zachęciły mgliste recenzje. Jednak aby mieć zdanie na jakiś temat – trzeba ten temat poznać, chociaż liznąć. Pisarze, których szanuję, wypowiadający się się na temat twórczości Houellebecqa nie maja o nim wysokiego zdania. Po przeczytaniu książki dołączyłem do nich, choć pewnie z zupełnie innych powodów.

Co mi się nie podoba? Niekonsekwencja i bałaganiarstwo. Bohater obudził się i z przerażeniem stwierdził, że nie ma przy nim psa. Okazało się, że pies ociera się się o drzewo kilka kroków dalej wściekle ujadając. Ujadanie bohatera nie obudziło? Albo stopione lody arktyki i antarktydy zatopiły prawie całą Azję zostawiając tylko Tybet. A Europa? Europa pogrążyła się w wojnach. Przecież wiadomo, że Europa leży znacznie wyżej niż Tybet. Takich rzeczy jest w powieści mnóstwo i niestety sprawiają one, że wszystko się czyta nie jak przekaz intelektualisty ale jak opowiadanie uczniaka. Dbałość o szczegół i trzymanie się praw fizyki pozwoliło Lemowi zbudować światy, które porażały swoim filozoficznym przesłaniem. Można było wejść w wykreowany świat bez wątpliwości, zapominając o jego fikcyjności, wniknąć w jego system wartości i poczuć co jest nie tak, albo zastanowić się nad przesłaniem. Niestety u Houellebecqa te drobne niekonsekwencje sprawiają, że wykreowany świat momentalnie rozpada się z hukiem jak przerwany budzikiem sen, wracasz na jawę i stwierdzasz: ale głupi ten sen. Niestety, aby pochylić się nad wartością przekazu autora musi on zadbać także o stronę formalną.

Może Houellebecq powinien skupić się na eseistyce publicystycznej, zostawiając literaturę literatom. Albowiem (choć to już można zrzucić na karb tłumaczenia) również językowa strona powieści pozostawia wiele do życzenia. Stanowczo Houellebecq nie jest mistrzem słowa. Nie jest również mistrzem artystycznej konstrukcji powieści. Pomysł to nie wszystko. Powieść to nie konceptualizm.

Recenzje na Biblionetce

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka