aktualizacja w weekendy ;-)

poniedziałek, 25 września 2006

Remonty

Nie ma czasu usiąść i pomyśleć choć przez minutę o niebieskich migdałach, a co dopiero stukać w klawisze... Remont mieszkania jest dość traumatycznym przeżyciem i zgodzą się z tym chyba wszyscy, którzy go przechodzili. Trauma remontu nie polega chyba jednak tylko na patrzeniu, jak Twoje mieszkanie jest niszczone, jak wszystko pokrywa się pyłem, przed którym nie sposób uciec, który wnika we wszystko i pokrywa ciało juz po pięciu minutach przebywania w remontowanym mieszkaniu. Trauma polega głównie na tym, że nigdzie indziej nie czułem się tak zlewany przez kogokolwiek. Robotnicy, których jestem klientem, wyznają dokładnie przeciwne zasady, tym które obowiązują w normalnym, to znaczy niezdrowym i połączonym z wyścigiem szczurów, biznesie. Mają totalnie gdzieś dotrzymywanie terminów, robienie rzeczy zgodnie z wytycznymi, czy jakiekolwiek myślenie o pomyślności klienta. Oczywiście przy rozmowie potakują każdemu Twojemu słowu, na każdą spieprzoną rzecz znajdą tysiące uzasadnień i każdy termin przesuwa się nie z ich winy.

To, że jeden kaloryfer przykręcany jest przez cały dzień, a praktycznie przez te 20 minut, gdy jestem na miejscu i patrzę hydraulikowi na ręce - to nie ma żadnego znaczenia - dzisiaj było mnóstwo roboty. No w sumie fakt. Odpakowanie grzejnika i wypicie piwa zajmuje kupę czasu. Podobnie elektryk, który robotę przeznaczoną na 3 dni (wg jego słów) wykonuje w trzy tygodnie, nie widząc w tym nic niestosownego ani nic dziwnego. I nie ma znaczenia fakt, że o godzinie 14 w sobotę zostaje uprzedzony, że przyjdę jeszcze raz o godzinie 18 - nie przeszkadza mu to wykuć 20 cm rowka pod kabel i usnąć jak dziecko na zapylonej podłodze przy otwartych drzwiach. Aż się przestraszyłem czy mu się cos nie stało. Ale nie. Te 20 cm rowka to był fajrant na dzisiaj i tego dnia był juz zbyt zmęczony, a następny raz przyszedł po 3 dniach.

Najgorzej jak weźmiesz robotników z polecenia - wtedy głupio jest ich wyrzucić, ochrzanić, zrobić cokolwiek, bo przecież robią ci po znajomości po kosztach. Zadzierając z nimi po pierwsze narażasz się na to że zamurują ci jajko w ścianie, a po drugie robisz przykrość znajomości. Ale bez znajomości nie masz już żadnej gwarancji i w efekcie kierując się instynktem wybierasz coś znanego niż coś obcego. Skutki potrafią być opłakane. Użerasz się i tak, a ręce są spętane.

poniedziałek, 18 września 2006

dosyć ideologizowania

Dosyć już jałowego wołania na puszczy o prawdę, o poszanowanie dla właściwych znaczeń pojęć, o właściwą pamięć historyczną. Zawsze gdy biorę udział w tego typu słownych przepychankach rozmówcy sprowadzają każdy problem do kwestii w rodzaju: ten twój PiS którego tak bronisz też kradnie, Kurski kupił sobie leśniczówkę za pół darmo, a radio Rydzyka założone jest za kasę agenta, więc PiS jest jeszcze gorszy od SLD i wszystkich poprzedników razem wziętych, bo wyciera sobie gębę farmazonami o sprawiedliwości, mając na widoku tylko własny interes. Gdy zwracam uwagę, że mi nie chodzi o obronę PiS-u, a o obronę pewnych wartości, których w Polsce nie ma, obojętnie czy po prawej czy lewej stronie, bo zło nie zostało nazwane w odpowiednim momencie złem – znowu słyszę: tak! Po 17 latach PiS-owi w głowie tylko rozliczenia i poszukiwania urojonych układów, a gospodarka leży! W Polsce nie da się porozmawiać na jakikolwiek temat ideologiczny, bo od razu latają ciupagi politycznych szufladek. Nie wiem, czy jest to przypadłość polska (powiedzenie, że gdzie dwóch Polaków tam trzy zdania powinno być zastąpione zdaniem, że gdzie dwóch Polaków, tam trzy dyskusje), czy też jest to przypadłość post-sovieticusa, ale to pewnie jacyś mądrzy ludzie zdefiniują.

Tymczasem z wszelkich tych dysput i z wszelkich tekstów wyziera jedynie wszechogarniająca obezwładniająca nuda. Zatem chyba trzeba coś z tym zrobić i albo wprowadzić element sensacji, albo po prostu zaprzestać tych pseudo-intelektualnych zabaw, będących efektem erupcji frustracji niedowartościowanego ego. A ponieważ do sensacji mam predyspozycje jedynie podczas podróży - zatem nie pozostaje mi nic innego jak po prostu się zamknąć.

środa, 13 września 2006

Tatry

Zawsze marzyłem, aby przejść się po skałach, o których pisał stary Witkiewicz, z których spadł Karłowicz i o których opowiadali znajomi. Ładna pogoda, góry i adrenalina zagłuszająca zmęczenie. Marzenie o Granatach czy Kościelcu pewnie jeszcze jakiś czas zostanie nie zrealizowane, ale kilka dni temu przeszedłem się wreszcie po skałach, na które moja druga połowa miałaby chęć ale brakuje odwagi. Pojechaliśmy z grupą znajomych w słowackie Tatry Wysokie.

Pierwsza rzecz: kupa ludzi jak to w Tatrach, choć jednak bardziej rozciągnięta w przestrzeni. Ludzie wszędzie na szlaku, ze zdecydowaną przewagą Polaków. Zaskoczyła mnie spora liczba Węgrów i niska frekwencja samych Słowaków. Mniej niż w polskich górach było także trampkowiczów i pań na szpilkach. Być może w te rejony trudno jest dotrzeć w kilka godzin.

Druga rzecz: schroniska dużo bardziej surowe, o architekturze blaszanego baraku. Szczególnie te w wysokich górach. Nie bardzo rozumiem, jak nie zawalają się pod śniegiem te płaskie dachy. I zaopatrzenie przynoszone faktycznie na plecach. W jednym schronisku widzieliśmy rekordy tragarzy, którzy na własnych plecach przynieśli do poszczególnych schronisk od 160 do 201 kg. Niestety w pierwszej chwili nie skumaliśmy o co chodzi i nie zapisałem jako ciekawostki które schronisko jaki dzierży rekord.

Trzecia sprawa: góry. Dziś już chyba nikt nie chodzi w góry by szukać samotności kontemplacji i skupienia. Nie sposób tego zaznać w tym zadeptanym przez turystów regionie. Jeszcze może w Gorganach czy Czarnohorze (z tych najbliższych nam gór) można iść przez tydzień nie spotykając żywej duszy. Ale tam też pewnie się to zmieni, jak codzienność trosk zejdzie do poziomu pozwalającego korzystać z życia. Jest jednak w wysokich skalistych górach coś, co pozostanie chyba niezmienne, pomimo widocznych z daleka sunących wydeptanymi ścieżkami ludzkich mrówek. Tą rzeczą przyciągającą jak magnes jest przejmujący i nieprzemijający majestat. Szczególnie teraz, gdy jakiekolwiek resztki majestatu szargane są z niezwykłą zaciekłością, gdy ostatnie wyspy zamieniane są w bagno, teraz to doświadczenie wielkości pozbawione ludzkiego udziału, ludzkiego wymiaru pozwala uporządkować sobie świat i wartości własnego marnego życia.

poniedziałek, 11 września 2006

Absurdy

Życie jednak za szybko się toczy, nie pozwalając nawet na chwilę refleksji, kontemplacji czy zabawy w kronikarza. Z jednej strony to smutne, z drugiej strony budujące: dobrze że coś sie dzieje, wszak życie to ruch a nie stagnacja. Aczkolwiek przechery z pijącym i leniwym elektrykiem potrafią wyprowadzić z równowagi.

Z równowagi wyprowadzają także inne rzeczy. W zasadzie ostatnio nierównowaga jest stanem tak permanentnym, że gdybym znalazł się nagle w świecie normalności pewnie poruszałbym się kołysząco jak marynarz powracający z długiego rejsu. Gdy widzę jak Giertych, którego ojciec był członkiem PZPR, opluwa Jacka Kuronia, twierdząc, że nie jest on dla niego autorytetem, a jeśli dla kogoś jest  to nie powinien, to rodzi na mojej twarzy politowanie. Gdy słyszę Leppera stającego w obronie Kuronia, to czuję rozbawienie. Ale gdy nad Jego grobem staja ramie w ramię Mazowiecki, Michnik oraz Kwaśniewski, gdy w obronie dobrego imienia Kuronia występuje Oleksy twierdząc, że bez niego nie byliby tu gdzie są  wtedy coś mi się robi dziwnego. Ja rozumiem, że pewne wartości nadrzędne powinny łączyć ale jest pewien rodzaj jakiegoś poczucia przyzwoitości, który nie pozwala mi przyjąć takiego stanu rzeczy. Ja bym zrozumiał gdyby np. zabójca Popiełuszki stanął nad jego grobem i przemówił, że ten człowiek odmienił jego życie, że ta zbrodnia była nie potrzebna, że nigdy nie zdejmie z siebie brzemienia winy, ale teraz docenia wartości jakie chciał przekazać ks. Jerzy i apeluje do wszystkich o poszanowanie dla księdza (i np. o przebaczenie dla siebie). Ale deklaracje tych aparatczyków ostatnich lat PRL-u brzmią niestety jakże odmiennie. Przejaskrawiając to trochę tak, jakby Himmler czy Goebels nawoływali aby nie kalać dobrego imienia hitlerowskich opozycjonistów bo to sie nie godzi. Nawet gdyby tak wołali, nie godziłoby się ich dopuszczać do głosu. Bo to obniża rangę tamtych bohaterów. Dziwi mnie, dlaczego takie umysły jak Mazowiecki albo Geremek tego nie pojmują. Michnik już mnie nie dziwi. Chcę natomiast wierzyć, że jest to jednak głupota a nie coś innego...

Druga sprawa to koalicja wyborcza ugrupowań takich jak SLD, PSL, UP i Demokraci.pl. No niestety nie wiem jak na tym wyjdą te partię, obawiam się że jedynie wzmocnia SLD, bo Demokraci stracili w moich oczach całą swoja wiarygodność. Jej resztki istniały jeszcze, pomimo skoligacenia się z Belką czy Hausnerem, ale teraz już niestety przesadzili. I niestety po raz kolejny muszę przyznać rację pomysłowi PiS dotyczącym dekomunizacji. Gilowska nawet jeśli donosiła będąc zwykłą peplą  miała kłopoty. Mocodawca osób, którym donosiła, jak Kiszczak, Miller, Oleksy czy Kwaśniewski  chodzą po Rzeczpospolitej w pełni chwały. A mnie krew zalewa. To tak jakby uznać, że SS byłoorganizacją zbrodniczą, a Hitler już nie jest zbrodniarzem, bo nie współpracował z SS. Fakt, on przecież jedynie wydawał jej rozkazy.

Świat jest pełen absurdów, a nasz mały polski grajdołek jest jakimś niesamowitym zagłębiem takich absurdów, dlatego trzeba jak najszybciej wreszcie zrobić to co nasi sąsiedzi zrobili na początku wolności. Teraz jest za późno? Dlaczego? Bo aparatczycy juz się pourządzali? Bo są już starzy i schorowani? Czy mam olać nazwanie Katynia ludobójstwem tylko dlatego że było to ponad 60 lat temu? Czy mafia prószkowska powinna być zostawiona w spokoju bo pobudowała sobie pałace, w których mieszkają niewinne jej dzieci? Znacznie lepiej bym się czuł jednak gdyby słowom i pojęciom przywrócić ich pierwotne znaczenia. Nawet jeśli to takie nie postmodernistyczne.

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka