aktualizacja w weekendy ;-)

poniedziałek, 21 sierpnia 2006

Takeshi Kitano i jego Lalki

Kiedyś na spotkaniu u mojego kumpla z czasów dzieciństwa, jeden z jego gości, nie wiedząc co ze sobą zrobić, otworzył kolejną puszkę piwa i zapytał: To co? Może jakiś film puścimy? Filmu oczywiście nie obejrzeliśmy, ale zacząłem z nim rozmawiać o kinie egzotycznym. On stwierdził, że jest fanem kina wschodnioazjatyckiego i że jest tam naprawdę sporo filmów, które na zachodzie są kompletnie nie znane, a których jakość, przy tym co dociera do europejczyków, jest jak jakość diamentu przy graficie. Jako przykład przywołał reżysera Takeshi Kitano, jako twórcę niezależnego i płodzącego filmy naprawdę wysokiej jakości według własnych scenariuszy. Przewrotność ich fabuły i głębokość spojrzenia połączona z humorem, który długo po Kitano zaczęto nazywać Tarantinowskim, są całkowicie nam obce, bo nieznane. I najnowszy wtedy film Kitano pod tytułem "Zatoichi" jest jednym ze słabszych jego filmów, co pokazuje brak rozeznania decydentów wybierających filmy, albo po prostu wybór jest dostosowywany do rzekomego poziomu odbiorcy w Europie. Następnie otrzymałem wykład o twórczości Kitano, gdzie natłok informacji w połączeniu z trudnością powtórzenia (nie mówiąc o zapamiętaniu) kolejnych nazwisk i tytułów sprawił, że nie wyniosłem z tej rozmowy nic ponad to, że Kitano wielkim reżyserem jest.

Wczoraj zostałem namówiony przez moja drugą połowę na kino. Poszliśmy na rzekomo fantastyczny film pod tytułem "Lalki". Dopiero w kinie zobaczyliśmy, że to film sławnego Takeshi Kitano. Fantastycznie! Zaczynają sprowadzać jego filmy! Gutek dostrzegł wreszcie gwiazdę. Diament wschodnioazjatyckiego kina będzie dostępny także dla nas! No dobrze. Uprzedziłem połowicę, że to reżyser filmów o Yakuzie, że mogą się strzelać ale niekoniecznie, i że w takim razie cieszę się, że dałem sie namówić na "Lalki" (ale nie z powodu potencjalnych strzelanek)... No cóż...

O czym jest ten film? Przede wszystkim o miłości, o wierności, o spełnieniu. Mógłby być też dobrą ilustracją do powiedzenia, autorstwa chyba Marka Twaina, że jak Bóg chce kogoś ukarać to spełnia jego marzenia. Tu, spełnienie miłości oznacza zakończenie drogi. Film powinien spodobać się fanom ekranizacji "Władcy Pierścieni". Tam w pierwszej części bohaterowie szli szli szli. W drugiej części biegli biegli biegli. A w trzeciej dołączyły do nich konie i bohaterowie jechali jechali jechali. A wszystko w olśniewających pejzażach, fantastycznej upoetycznionej przestrzeni. "Lalki" nawiązują do pierwszej części. Jest w filmie kilka fajnych pomysłów, ale niektóre są nierozwinięte, urwane w połowie, inne zaś rozwleczone do granic wytrzymałości widza. W zasadzie tylko jeden wątek podstarzałego bossa yakuzy jest dobrze i konsekwentnie dramaturgicznie poprowadzony i rozwiązany. Reszta, z głównym wątkiem na czele jest po prostu niestrawna. I podobnie jak we "Władcy" strona wizualna nie ratuje. To nie jest "Hero", gdzie malarskość obrazu jest arcydziełem. Być może są tu obecne różne kulturowe odniesienia, które dla mnie są nieczytelne, ale "Sny" Kurosawy też są seria alegorii, które u większości wywołują tytułową senność, ale skomplikowana symbolika się broni jako dzieło filmowe, jako seria obrazów. "Lalki" niestety się nie bronią. Nużą. Szczególnie po takich filmach jak "Pusty dom" albo "Łuk" gdzie też się pozornie niewiele dzieje, a ile się dzieje! Tutaj niestety, mam wrażenie, że trochę za mało było materiału na film. Może gdyby go skrócić chociaż o połowę, cos by z tego wyszło. A tak? Pozostaje w głowie jedynie scena z plakatu i czerwony sznur, na którym widz ma ochotę sie powiesić.

Czy przestałem lubić Takeshi Kitano? Nie. Jak dotąd mam poczucie, że nie miałem okazji go nawet zapoznać. Dalej czekam na jego film, który mnie powali, który mnie zachwyci. "Zatoichi" jest ładny, sprawny i poprawny. Ale jedynie poprawny. Nie zachwycił mnie i nie rozczarował. Już "Old-Boy" był bliski temu, ale to nie był film Kitano. A jeśli chodzi o opowieść kolegi przyjaciela - dalej czekam na potwierdzenie słów jego.

czwartek, 17 sierpnia 2006

Przypadek Grassa

Pominę milczeniem skandaliczną próbę demaskacji Herberta. Ocena tego przypadku jest tak jednoznaczna że nie warta uwagi. Zatrzymać się chcę nad innym rozpalającym ważne głowy przypadkiem. Günter Grass i Waffen SS.

Dlaczego mamy pretensje do Grassa, że tak późno się przyznał do swojej służby w szeregach Waffen SS? Lepiej by było gdyby odkryli to kiedyś historycy? Lepiej by było, gdyby spekulacjom na temat fabrykowania dowodów, prawdy historycznej i wagi autorytetu nie było końca? Grass pokazał swoje człowieczeństwo. Grass nie jest świętym. Jest grzesznikiem. Grass to nie Wojtyła. Całe życie poświęcone dla pojednania, całe życie negowanie udziału nazistów w jakimkolwiek życiu publicznym, ma zostać przekreślone przez młodzieńczy nieodpowiedzialny wybryk? W czasie ogólnie panującego szaleństwa? Wałęsa też podpisał kiedyś jakieś papiery w SB i co? Czy ta młodzieńcza parafka na kawałku papieru w intencji podpisującego mówiąca: walcie się - przekreśla późniejszą działalność, późniejszy dorobek? Kto jak nie Grass ma prawo mówić: nie wolno dopuścić nazistów do publicznego życia! Zrobił coś co ciążyło mu zawsze, wiedział, że przeciwnicy odbiorą mu prawo głosu, że gdyby wcielić w życie jego pogląd  on także nie powinien się odzywać. Ale się odzywał. Teraz jego głos powinien zabrzmieć jeszcze dobitniej: wszyscy szafarze ideologii  uważajcie! Ludzie, nieważne czy inteligentni czy prości  są wobec ideologii bezbronni. Potrzebujemy moralnych autorytetów dlatego, że tak trudno ocenić każdą decyzję, którą w życiu należy podjąć. Gdy autorytety zastępowane są szaleństwem  zagubienie nie jest udziałem tylko maluczkich. Inny niż Grass przykład? Heidegger.

Przypadek Grassa jest świetną ilustracją tego, że łatwo jest oceniać po latach. W trakcie dziania się rzeczy  łatwość prawdy nie jest już taka oczywista. Zawsze należy wątpić, zawsze należy myśleć, zawsze się zastanawiać. I nigdy nie być pewnym. Albowiem wszyscy żyjemy w platońskiej jaskini.

A gdyby Grass się nie przyznał? Czy byłby wtedy nieskazitelnym autorytetem? Boccaccio opisuje przypadek pewnego jegomościa, który tuż przed śmiercią, daleko od domu, wyspowiadał się księdzu i nawkładał mu do ucha wielkie historie własnej świętości. Umarł i został wystawiony na publiczny widok jako przykład świętego godnego naśladowania. Dopiero rozpoznanie przez przypadkowego ziomka położyło kres temu bałwochwalstwu rozpustnego trupa. Czy wolelibyśmy żeby z Grassem było podobnie? Wolelibyśmy tkwić w niewiedzy i w fałszu, ale za to mieć kogo wychwalać za niezłomną postawę? A tu okazało się że to człowiek z krwi i kości, który pomimo całego swojego wielkiego umysłu zbrukał się haniebnym uczestnictwem. A może wyciągnijmy wnioski z tego dramatu człowieka, z ubezwłasnowolnienia jednostki przez historię? Nie? To za trudne? Łatwiej rzucać kamienie?

Oczywiście, że można podejść do całej historii jak do świetnie rozplanowanej kampanii marketingowej, ale nawet gdyby tak było, nawet jeśli takie były prawdziwe pobudki, to warto się zastanowić po pierwsze: kogo sobie wybieramy na autorytety? po drugie: abstrahując od pobudek  co nam mówi ta historia, co możemy z niej wynieść dla siebie? I z tym pytaniem dyndającym pod hitlerowską albo komunistyczną żarówką zostawiam ten temat pozornie naświetlony, a faktycznie nie wychodzący z mroku.

środa, 16 sierpnia 2006

Słowo o Steinbach

Nie można się w ogóle skupić na czymkolwiek. Zbyt dużo tych osobistych spraw nie do załatwienia. Zbyt głęboki ten ocean nieporozumienia. Mówienie niczego nie rozwiązuje. Mówienie coraz więcej gmatwa. Dlatego pozwolę sobie na ucieczkę od tych rzeczy, które kłując w serce nie pozwalają w nocy zasnąć i moczą prześcieradło słoną wodą tłumionego szlochu. Ucieczki nie są czymś chwalebnym, ale czasem pozostają jedynym wyjściem. Murti-Bingiem z konieczności. Prawda nie zawsze wyzwala. Prawda niegotowych popycha do dalszego kłamstwa.

Dosyć jednak tych mętnych osobistych wycieczek, które są jałową próbą odreagowania, bez możliwości przekazania czegokolwiek komukolwiek. Zbyt daleko idąca ogólnikowość zawsze nudzi, pora zatem zakończyć te jałowe dywagacje i skupić się na konkrecie. Bez narracji nie ma spotkania.

*

W Berlinie otwarto wystawę o straszliwym losie wypędzonych. Eriki Steinbach "Wymuszone drogi. Ucieczka i wypędzenie w Europie XX wieku". Zestawiono rzezie Ormian i inne oczywiste okropności z losem Niemców wysiedlonych po drugiej wojnie światowej z Ziem Wyzyskanych. W odpowiedzi polski premier pojechał do Stuthof, a p.o. prezydenta Stolicy odwołał wizytę w Berlinie. Trochę to wygląda tak: Kowalski bije Iksińskiego kijem po głowie krzycząc wszem i wobec, że Iksiński jest bandytą. Biedak sie oburza, ale wiadomo przecież, że im głośniej będzie zaprzeczał tym mniej będą mu wierzyć. Przecież Kowalski nie biłby Iksińskiego bez powodu? To przecież nie ludzkie. Iksiński w końcu sie wkurza na tyle, ze rzuca sie na Kowalskiego i łamie mu nos. Kowalski krzyczy: a nie mówiłem? To bandyta!!! Gdy Polacy w końcu się wkurzyli i wybrali Prezydenta i partię, która śmie twierdzić, że Kowalski nie ma prawa bić bez powodu Iksińskiego  wtedy wszyscy oświadczyli: popatrzcie! Polacy to głupki! Zacofani faszyści i ksenofobi! A najgłośniej, jak zawsze w takich sytuacjach, będą krzyczeć wszyscy Kowalscy tego świata. Z Niemcami na czele.

Co odróżnia Polaków od innych europejskich nacji? To, że jak w dobrej polskiej rodzinie, bracia staną nie po stronie ziomka Iksińskiego, tylko przyłączą się do Kowalskiego i chętnie sami skopią leżącego Iksińskiego. Jak ten naród przetrwał 1000 lat? To jest dla mnie zagadką. Polakom, a zwłaszcza tak zwanym elytom można na pewno zarzucić brak narodowej solidarności. Nie można natomiast zarzucać faszyzmu czy ksenofobii!!!

Czy jednak protesty się na coś zdadzą? Myślę, że ruch premiera z odwiedzinami Stuthof w reakcji na otwarcie berlińskiej wystawy był bardzo dobry. W przeciwieństwie do wcześniejszych reakcji na satyryczne artykuły w jakiejś gazecie. Jedynym wyjściem w takiej sytuacji to walnąć Kowalskiego dokładnie w ten sposób, jak on walił dotąd innych. Czy naprawdę tak trudno jest spreparować satyryczny artykuł o raszpli Merkel, której kartoflany nos jest wprost proporcjonalny do wielkości jej partii? Czy naprawdę tak poważnie musimy podchodzić do młodzieńczych przygód Grassa i odbierać mu honorowe obywatelstwa? Czy naprawdę nie możemy poprzestać na odpowiednio rozreklamowanych żartach o tym, że Niemiec, nawet jeśli dostał nagrodę Nobla, niestety jest umoczony w zbrodnię, że niestety dawno minęły czasy Ottona III, gdy Niemcy potrafili myśleć nieco bardziej humanitarnie i dalekowzrocznie? Że nie byłoby Hitlera bez Bismarcka i jego idei Wielkich Niemiec? Że zbrodnia wpisana jest w każde mocarstwowe myślenie, a w niemieckie w szczególności? W przypadku Rosjan to jest manipulacja garstki masami spragnionymi cara. W przypadku Niemiec jest to niestety cała filozofia skażona manią wielkości.

Że tego typu poglądy nie muszą być prawdziwe? Że to wypaczanie obrazu Niemca? A kogo to obchodzi? To artykuł satyryczny przecież! Rząd nie może ograniczać wolności prasy, zabraniać nikomu pisać tego co chce! A może jest jakaś na tyle subtelna, że niedostrzegalna, różnica między niemiecką satyrą a polską? Że takie myślenie nie sprzyja pojednaniu i europejskiej integracji? Przecież ja sobie tylko jaja robię. Przecież mi wolno, bo żyjemy w wolnym świecie. Tym bardziej, że nie ma tu nawoływania do nienawiści, tu jest proste stwierdzenie oczywistego faktu: Niemcy to hitlerowcy. Tak samo jak Polacy to ksenofobi.

Zaskoczyła w tym całym zamieszaniu, kretyńska z reguły, Młodzież Wszechpolska, która rzeczowo, konkretnie i spokojnie stanęła sobie ze zdjęciami z Powstania Warszawskiego i innymi obrazami całkowicie usprawiedliwionego, bo niemieckiego, bestialstwa. Zgadzam się z młodymi Niemcami: dość rozliczania, patrzmy w przyszłość. Ale czy to dotyczy jedynie jednej strony? Czy też ten apel po raz kolejny jest wyrazem moralności Kalego: jak nam wypominają zbrodnie  to źle, jak my wypominamy złe traktowanie podczas ponoszenia konsekwencji naszej zbrodni  to dobrze. Nie, to juz nawet nie jest moralność Kalego. To jest jakaś forma europejskiego terroryzmu. Ekstremiści nie widzą nic zdrożnego w mordowaniu i paleniu ambasad z powodu urażonych uczuć kilkoma obrazkami. Niemcy nie widzą nic zdrożnego w zestawieniach wypędzonych na skutek powojennego przesuwania granic rodaków z rzeziami Ormian. To jest ciągle ten sam typ myślenia jak w przypadku klasyfikacji Żydów do komór gazowych. To jest dowód, że Niemcy nie są gotowi na traktowanie ich jak normalny europejski naród. Ta wystawa i stosunek do niej samych Niemców to jest dowód, że pokuta nie została jeszcze odprawiona, że warunek rozgrzeszenia w postaci skruchy jeszcze nie został spełniony.

Ale głowa do góry. Obozy zagłady są na polskiej ziemi, zatem to Polacy przecież są za nie odpowiedzialni. Nie Niemcy. Niemcy to taki kulturalny naród: Beethoven, Goethe, Grass...

czwartek, 10 sierpnia 2006

Sens bloga...

Jaki sens jest pisać o bieżących wydarzeniach? O weselach, spotkaniach, o kupowaniu wodomierzy, umywalki, czy wanny? O bieganiu po sklepach za odpowiednią glazurą i wybieraniu szaf do przedpokoju? O upierdliwym szefie i głupiej ekspedientce w sklepie lub na poczcie? O kolorze nieba albo kształcie kałuży, która zagradza drogę na autobusowy przystanek? Nie wiem, jaki to ma sens, podobnie jak nie wiem jaki sens ma całe życie, rozmowy z kolegami, piwo w bramie czy kolejny raport z działań. Takie działania odwracające uwagę od upływu czasu, od poczucia marności, od świadomości końca i od szukania sensu, którego każdy chciałby mieć poczucie. Świat nie ma immanentnego sensu, świat ma taki sens jaki my mu nadamy – powiedział kiedyś pewien filozof i miał rację. Problem tylko w tym, że nie zawsze jest czas, by tego sensu szukać. Bo najpierw trzeba zapełnić żołądek, a następnie się wyspać. A to zabiera coraz więcej energii, szczególnie jak człowiek jest na dorobku. I pozostają jedynie jakieś formy zastępcze, dające poczucie jakiejkolwiek namiastki intelektualnej aktywności, pozostawiającej namiastkę śladu. Pozostają wiersze pisane do szuflady, pozostają listy do gazety, pozostają wreszcie blogi...

piątek, 4 sierpnia 2006

Jałowość

A wiec stało się to co miało się stać – pomyślał Rezon – wreszcie zostały wypowiedziane na głos te słowa, które do tej pory wisiały w powietrzu, zatruwając atmosferę swoim sączącym się powoli niewypowiedzianym jadem. Nie spełniam oczekiwań, przychodząc do pracy kilkanaście minut po czasie i nie ma znaczenia, że sąsiedni stolik używany jest godzinę krócej niż powinien. Nie ma znaczenia, że stanąłem na głowie by doprowadzić do końca projekt, któremu wszyscy rzucali kłody pod nogi i wymyślali coraz to nowe założenia. Projekt od którego podobno zależało być albo nie być mojego szefa, który teraz nie czuje skrupułów, by zakomunikować mi radośnie, że moje zaangażowanie jest poniżej wszelkiej krytyki. Co jeszcze można zrobić? Gdy jakiś czas temu, zaangażowany w społeczny projekt całą energię poświęcałem na realizację celów, które bynajmniej nie były tożsame z celami firmy, wtedy nie było problemu, że zbyt mało się angażuję i jakąś część w pracy poświęcam na „prywatne” sprawy. Teraz, gdy nie miałem czasu podrapać się w czubek nosa, gdy małżeństwo prawie się rozpadło, bo zbyt się zaangażowałem w pracę, teraz usłyszałem, że jakość mojej pracy spadła w stopniu nie do zaakceptowania.

To coś jak bohater Mahabharaty, który dziwił się że w niebie spotkał wszystkich tych, z którymi walczył, a w piekle tych, za których walczył. Istnienie nie zna sprawiedliwości. Jedynie wyjście to przestać istnieć. Ateista Witkacy strzelił sobie w łeb. Oświecony Siddhartha wszedł w stan nirwany, a jakie wyjście mam ja? Człowiek niepewny swojej drogi i swojego losu? Co mi pozostaje prócz obalenia jabola pod świętą gruszą wyrosłą na prozaicznej wierzbie?

Tak wspominając swój podły los Rezon otworzył kolejną butelkę wina patykiem pisanego i przechylił ją, wlewając w ściśnięte rezygnacją gardło, konserwujące wszystkie troski związki siarki rozpuszczone w popłuczynach po jabłkowym soku.

czwartek, 3 sierpnia 2006

Adrenalina

Dopiero jak człowiek uświadomi sobie swoją śmiertelność, zaczyna naprawdę żyć. Dopiero poznanie ograniczeń uwalnia człowieka do. Daje możliwość rozwinięcia skrzydeł tam, gdzie jest to wykonalne, bez bezsensownego walenia głową w mur. Nie czyni szczęśliwym, ale daje poczucie spokoju i kontroli. Taki człowiek zaczyna wynajdować sobie różne formy aktywności, które zaspokoją podświadomą potrzebę ustawicznego stresu, zaczyna wiele ryzykownych, bądź przekraczających jego możliwości działań, by mieć poczucie dyskomfortu, do którego jest przyzwyczajony od dzieciństwa: poczucia braku i niespełnienia. Uzależnienie od adrenaliny jest często opisywane przez wolontariuszy biorących udział w niebezpiecznych misjach.

Ostatnio rozmawiałem ze znajomym o tym, że jeszcze wszystko przed nami, że to co się działo dotychczas – to już się działo i nie mamy już na to wpływu, że to co mamy do zrobienia jest ciągle przed nami, a osiągnąć możemy to co chcemy, bo chcieć to móc. Zapytał mnie tylko: a co ty na jakimś kursie pozytywnego myślenia byłeś? I wyprowadził mnie lekko z autoterapeutycznego zacięcia, z transu dobrych racjonalizacji, z mantry uspokajających zdań. Mogłem mu szczerze odpowiedzieć, jak Polak Polakowi: nie, wszystko mi się wali i pali pod nogami, próbuję oszukać samego siebie, przekonując do mojego kłamstwa także innych, ale jak widać chyba znowu mi nie wyszło. Wzruszyłem więc ramionami i wróciłem do swoich stresujących zajęć, absorbujących życiowe energie, marnotrawiąc życie, które z takim bólem zostało mi ofiarowane raz jeden jedyny. A świadomość śmierci? Pozwala mi olać tych wszystkich moralizujących konowałów skrzeczących mi nad głową jakieś bzdury o niewykorzystanym potencjale, o marnowaniu szans czy lokowaniu wysiłków w niewłaściwych miejscach. Jakie to ma znaczenie, skoro jutro mogę zakończyć tą przygodę życia, a za 50 lat i tak będę miał poczucie, że nic nie osiągnąłem. Kryzys wieku średniego będzie mi obcy, bo działać zamierzam zacząć dopiero na emeryturze, a dziś żyję po prostu nie czekając na cuda.

A adrenalina? Teraz dostarczają mi jej urzędnicy. Nigdy nie przypuszczałem ile energii może kosztować hamowanie się przed wybuchem na kretyńskie wymagania lub zalecenia realizowane zgodnie z założeniem włoskiego strajku. A wszelkie przepisy doskonale się do tego nadają i stosowane przez odpowiednie osoby są doskonałym narzędziem psychicznego sadyzmu. A że zawodowo mam do czynienia z urzędnikami (to chyba objaw masochizmu) to niestety mogę tylko powiedzieć, że prawo iż dobry pieniądz jest coraz bardziej wypierany przez zły pieniądz nigdzie nie jest tak prawdziwe jak przy wymianie kadr urzędniczych. I tak od pozytywnego myślenia doszedłem znowu do wulgarnego utyskiwania na biurokrację.

wtorek, 1 sierpnia 2006

Powstanie Warszawskie

Nie pamiętam rok, czy dwa lata temu usłyszałem Lao Che. Jak to się stało, że młodzi przecież ludzie, z pokolenia abnegatów zbyt młodych, by załapać się na uwłaszczenie i zbyt starych by styropian był im obojętny, zbyt młodych by załapać się na peerelowską martyrologię i zbyt starych by peerelu nie pamiętać, z pokolenia, o którym mówiło się, że wszystkie wartości zwisają im i powiewają, że szanse dawno przegrane i energia zmarnotrawiona, że z tego pokolenia znalazła się garstka osób, która zrobiła taką płytę jak Powstanie Warszawskie. Świeżość, energia, emocje, przy zachowaniu artystycznej równowagi, planu i skupienia, połączone z artyzmem wykonania, z odpowiednim doborem środków w odpowiednich miejscach – to wszystko rzuca na kolana pod ciężarem wartości (o których coraz rzadziej się dziś mówi) artystycznych. Jeśli dodać do tego plotki jakoby płyta powstawała w towarzystwie środków tak dobrze znanych Witkacemu – wrażenie skończoności tego para-punkowego dziełka jest w dwójnasób zdumiewające.

Cały wytrysk różnego rodzaju gadżeciarstwa oraz słusznych inicjatyw, który zaczął się obchodami 60-lecia Powstania, nie przysłużył się płycie Lao Che, bo wpisał ją w obcy zamierzeniom nurt wydarzeń, zgodnie z prawami historii porywający wszystko na swojej drodze jak gwałtowna powódź. Chłopcy pracowali przez trzy lata nad dziełkiem, które miało być po prostu dobre, a stało się polityczne. Trudno. Ale nie poprzestawajmy na pierwszych wrażeniach i spróbujmy się wsłuchać w te odgłosy, czasem trudne, czasem wulgarne, zawsze znajome, a jakże inne. Jeśli chodzi o emocje jakie mogły towarzyszyć naszym poprzednikom w trakcie tego naprawdę ważnego wydarzenia – ta płyta przekazała mi znacznie więcej niż jakikolwiek dotychczasowy film, książka czy opowieść. Naprawdę polecam, szczególnie w taki dzień jak dziś, gdy o godzinie W nikt już się nie zatrzymuje na dźwięk warszawskich syren.

Młodzi ludzie ze straconego pokolenia mają więcej szacunku dla historii niż zaganiani ważni i kulturalni mieszkańcy współczesnej stolicy. Dzisiaj tak patetycznie, ale po prostu tak się czuję co roku, gdy patrzę przez okno na te mrówki bezrefleksyjnie pędzące do swoich nieważnych celów pomimo dobitnego i oczywistego w swojej wymowie hołdu syren.

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka