aktualizacja w weekendy ;-)

piątek, 1 grudnia 2006

Dubaj 2006

następny odcinek >>>

Pierwsze wrażenie po wylądowaniu, było takie, że ponoć jedno z największych lotnisk na świecie – we Frankfurcie – jest jakimś zacofanym zaściankowym porcikiem w porównaniu do wielopoziomowego, porażającego przestrzenią, czystością i nowoczesnością lotniska w Dubaju. Tak, jak na większości dużych lotnisk, także tutaj można obejrzeć wszystkie odcienie ludzkiej skóry, wszelakie fenotypy z każdego zakątka świata. Długi marsz ku wyjściu znaczą kolejne drogowskazy, kolejne ruchome chodniki, kolejne poczekalnie, kolejne reklamy, sklepy, szyldy, ekrany i informacje. Niby wszystko takie jak wszędzie, a jednak ilość i jakość tych wszystkich elementów sprawia, że coś nie pasuje, coś się nie zgadza. Świadomość faktu, że przyleciałeś do jednego z najbogatszych miast na świecie niczego nie zmienia – Europa to zaścianek globu, Europa schodzi na drugi plan.

Druga rzecz, to wszechogarniająca, wszechstronna i odurzająca opieka Renaty, która nas gości. Spóźniła się na spotkanie służbowe, byśmy mogli być odebrani z lotniska. Zawiozła nas do domu, rozpakowaliśmy się, dostaliśmy coś do jedzenia i miejscowy telefon komórkowy, byśmy mogli się normalnie porozumiewać. Po południu mieliśmy pojechać na safari, została więc zamówiona taksówka, dostaliśmy pieniądze na rachunek i po krótkiej drzemce wylądowaliśmy w jakimś hotelu, skąd mieliśmy wyruszyć na pustynię. Niestety spadł deszcz i wycieczka na piasek w tych warunkach straciła sens, zostaliśmy zatem zabrani na zakupy do malla, gdzie mogliśmy obejrzeć między innymi sztuczny stok narciarski.

W mallu czułem się jak w Londynie. Europejskie marki na szyldach, odrobina cepelii z różnych regionów świata, ludzie we wszystkich możliwych kolorach skóry. Może nieco więcej kobiet w czarnych abajach i facetów w białych kitlach, ale poza tym ten sam kosmopolityzm. Nie można w ogóle złapać klimatu, nie ma poczucia pobytu na końcu świata, wrażenie dodatkowo potęguje marka Carrefour'a przy wejściu do supermarketu. Globalna wioska, globalny handel, globalna kultura.

I w tym miejscu pojawił się pierwszy niepokój. W Dubaju znajduje się 30% wszystkich światowych dźwigów. Wszędzie widać budowy, z ziemi wyrastają całe stada drapaczy chmur, jedne ukończone, inne przyoblekają w ciało elewacji żelbetowe szkielety, jeszcze inne dopiero budują swój kościec zawieszony na migoczących żurawiach. Efekty widać, a są one wynikiem działań w zasadzie ostatnich 30 lat. Ropa pojawiła się nagle. Zyski z ropy były niewyobrażalne, były tą wymarzoną perłą która odmieniła życie nie tylko jednej beduińskiej rodziny ale całego narodu. Ropa wytworzyła gigantyczne rezerwy budżetowe pozwalające na niewyobrażalna w innych krajach pomoc socjalną, na rezygnację z podatków w przypadku inwestycji, na inwestycje infrastrukturalne wewnątrz kraju, na... w zasadzie na wszystko co tylko wymyśli wyobraźnia. Jak takie bogactwo skończyło się w innych krajach? Jak skończyło się się w Iranie, który też przecież ma ropę? Jak skończyło się w Kongu, który ma złoto i diamenty? A jak skończyło się u rdzennych beduińskich Arabów?

Pierwsza rzecz: planowe i racjonalne działanie. Arabowie maja pełną świadomość tego, że ropa nie jest im dana raz na zawsze. Wiedzą, że ta kasa kiedyś się skończy, że jest to szansa, ale na zainwestowanie w rzeczy, które będą przynosić dochód w czasach, gdy ropa się skończy. Wtedy zostanie infrastruktura dla innych rzeczy. Europejczycy uważają się za racjonalnych, podczas gdy Arab jest synonimem religijnego fanatyka, zwalczającego racjonalność jako cechę zgniłego Zachodu. Tymczasem to co widzę w Dubaju nie tylko przeczy temu stereotypowi. To napawa przerażeniem: europejska ksenofobia, zacofanie, ciasnota umysłowa, stereotypowe myślenie – to cechy które zwykliśmy przypisywać Polacy Polakom, a tymczasem cała kultura Zachodu jawi sie właśnie w ten sposób. Racjonalność planu rozwoju Zjednoczonych Emiratów Arabskich oraz jego skuteczność i widoczne na każdym kroku efekty, przy oficjalnym braku demokracji... to musi budzić niepokój.

Druga rzecz przeciwstawna: frak dobrze leży w trzecim pokoleniu. Tak mawiają. Nowy Jork, Paryż, Londyn – to metropolie będące efektem pracy wielu pokoleń. Dubaj, który lada dzień przegoni (jak już nie przegonił) tamte miasta pod względem zarówno nowoczesności, wielkości, jak i różnorodności etnicznej i kulturowej mieszkańców został wybudowany w przeciągu jednego pokolenia. W środku pustyni wyrosły gigantyczne wieżowce, mapa okolicy pocięta jest siatką istniejących i budujących się ulic, z których większość to trzypasmowe autostrady. Kolejne kwartały, najpierw przebadane archeologicznie, zapełniane są domami, parkami rozrywki, stadionami itp. itd. Ludzie z całego świata przyjeżdżają tu pracować w firmach, które nie płacą tu podatków (jest jeden mały haczyk: każda nowo zarejestrowana firma musi mieć miejscowego partnera). Co będzie jak skończy się ropa, zastępująca dochody z podatków? Życie Dubaju zmieni się w normalne życie normalnego miasta, w którym będzie najnowocześniejsza infrastruktura do prowadzenia wszelkich interesów. Co się jednak stanie jak światowe firmy nie zechcą zostać w mieście, które kosztuje tyle samo co inne, ale nie ma poza tym nic prócz piasku? Czy uda się utrzymać ten ściągnięty ulgami podatkowymi biznes, gdy skończą się ulgi? Czy też miasto zostanie zasypane przez piaskowe burze przybierając wygląd pejzaży Beksińskiego? Łatwo przyszło – łatwo poszło. A za tysiąc lat archeolodzy będą się zastanawiać co się stało, że takie miasto tak nagle opustoszało?

Trochę trudno mi wyobrazić sobie solidne trwanie miasta bez solidnej historii. Bez solidnego ugruntowania i uzasadnienia jego istnienia w tym właśnie miejscu. Czersk może byłby stolicą Polski, gdyby się od niego Wisła swego czasu nie odsunęła. Czy Dubaj przetrwa koniec ropy?

Tak czy siak, niepokoi i frapuje to miasto, trochę jak wieża Babel (w postaci Burj Dubaj, który ma być najwyższy na świecie) – dobry plan, konsekwentnie realizowany, aż się wierzyć nie chce, że nie ma w tym ludzkiej pychy i zacietrzewienia. A jeśli jednak nie ma, to racjonalność działania w połączeniu z tak silną i żywa podbudową w postaci muzułmańskiej wiary, burzy spokój Europejczyka, tak ufnego w swoje rzekome przywiązanie do rozumu i poszanowania prawdy.

następny odcinek >>>

6 komentarzy:

  1. Mnie też fascynuje Dubai, chociaż nigdy tam nie byłem, śledzę z zapartym tchem wiadomości stamtąd. Władcy Dubaju mają ducha, którego tak bardzo brakuje naszym polskim animatorom wydarzeń w kraju. Udało im się tam wyzwolić energię ludzką.
    A u nas egoizm każdych kolejnych elit (a może wciąż tych samych) sprawia, że ludziom tak naprawdę nie opłaca się angażować energii i życia dla rozwoju.
    Naprawa sytuacji w Polsce wymaga bardzo radykalnych zmian, ale elity ich nie robią. Czeka nas tu los niewolników, albo znów tragiczna bałkanizacja.

    OdpowiedzUsuń
  2. Masz rację! Jednak jest to sprzężenie zwrotne: jakie społeczeństwo takie elity, jakie elity takie społeczeństwo. Jednak roztrząsanie co było pierwsze: jajko czy kura? nic tu nie da. Jedyne wyjscie w obecnej chwili to postawa diderotowska i dobre uprawianie własnego ogródka ;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Uprawianie własnego ogródka to za mało, aby nastąpiły pozytywne zmiany. Potrzeba ustanowić ordynację wyborczą (np. na wzór brytyjski), poluźnić obywatelom fiskalne jarzmo, zreperować prawo. To są warunki przekroczenia masy krytycznej zmian.

    OdpowiedzUsuń
  4. Podczas mojego pierwsza dnia pobytu w Dubaju pomyslalam tak samo. Tak jak szybko "to wszystko tu wyroslo" tak szybko jedna dnia zostanie zasypane przez piasek. Mysle jednak to wrazenie ma wiele osob a spowodowane moze byc to faktem, ze nie miesci sie nam w glowie - jak to bylo mozliwe-! Chociaz z drugiej strony wielki upadek jest tu bardzo prawdopodobny z uwagi na kilka faktow a najwazniejszy z nich to ten:
    1. to nie jest dom dla 90% mieszkancow a czlowiek z natury nie dba o to co nie jest jego - smutne ale prawdziwe

    OdpowiedzUsuń
  5. Masz rację, anonimowy, jednak jest to początek drogi. Zobaczymy jak to się rozwinie. Inną sprawą jest, że Dubaj to nie tylko gigantyczna strefa wolnocłowa i raj podatkowy, ale także główny port tranzytowy dla narkotyków z Afganistanu i grup terrorystycznych typu Al-Kaida czy Talibowie. To jest niezły węzeł i tygiel interesów. Cały cymes polega na tym że ten tygiel funkcjonuje w miare spokojnie i bezkonfliktowo, w przeciwieństwie np. do Izraela. Kolejny dowód, że umiejetna dystrybucja dóbr zapewnia społeczny spokój ;-)

    OdpowiedzUsuń
  6. dubajdlapolaka.pl wszystko o dubaju

    OdpowiedzUsuń

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka