aktualizacja w weekendy ;-)

sobota, 18 listopada 2006

Droga w Alpy

Obudził mnie rajd szalonego kierowcy po wąskich uliczkach Cieszyna, próbującego znaleźć jakąś mniej znaną drogę do przejścia granicznego. Kolejka bowiem do tegoż przejścia zajmowała chyba całe miasto, a autobusy mają bodaj pierwszeństwo, czy coś takiego. A może kierowca liczył, że jakoś się przepchnie. Zresztą nie wiem na co liczył kierowca, ważne jest, że mnie obudził. I dobrze. Nie chcę spać, a teraz się okazało, że jednak usnąłem. Zresztą, co tu się dzieje? Gdzie on jedzie? Czy on na pewno wie co robi? Rany! Przecież on się tu nie zmieści tą landarą! Normalnie nienormalny! Ale co tam, przecież to on jest kierowca. Nie zajmuj się nim. Popatrz na miasto. Tyle samo tu napisów polskich co czeskich. Czy tam słowackich. Co za różnica. Jedno licho. Nie ważne. Jakie odrapane te domy. I jakieś takie małe. Może tutaj ludzie są mniejsi? A w ogóle to gdzie się podziali wszyscy ludzie? Ani jednej żywej duszy. Czy to środek nocy? Przecież jest widno. A może to rano? Ale przecież mieliśmy tu dojechać wieczorem. Nic nie rozumiem. Wymarłe miasto. Aaa! Aaale mi się ziewnęło. Boże, gdzie on jedzie? Przecież tu też są samochody. Chce staranować osobowe? Zmieścił się. Dziwny gość. Jedzie pod prąd? A może to jest jednokierunkowa? Nie ważne. O, widać terminal. Dziwne wrażenie po tych wąskich uliczkach - takie duże i przestronne przejście. Rzut oka w tył na resztę autobusu. Połowa śpi, a reszta w skupieniu obserwuje przejście. Czyżby i oni byli pod wrażeniem wyczynów kierowcy? A może się czegoś boją? A czego tu się bać? Hm. Czy na pewno mam wszystko w porządku w paszporcie? W sumie nic w bagażu nie mam, ale wiadomo? Nie przekraczam w końcu granicy codziennie. Ciekawe ile to będzie trwało? Przyczepią się do czegoś? Dobra, cicho. Kierowca z pilotką poszli załatwiać coś. Co? Wracają.

- I co?
- I nic. Musimy podjechać tam na miejsce i czekać na celnika.
- Aha.

Podjeżdżamy. Czekamy. Co tak cicho? Wszyscy w skupieniu patrzą milcząc w okna, czekają, nie wiem, przeznaczenia? Idzie. Podchodzi. Wchodzi.

- Dzień dobry. Granica państwa. Kontrola celna. Proszę przyszykować paszporty. Mają państwo coś do oclenia?

Długo chodzi i przygląda się zdjęciom. Zagląda głęboko w oczy, aż na dno twojej duszy. Rozpozna mnie czy nie rozpozna? Wiem, że na zdjęciu jestem niepodobny, ale to naprawdę ja. Tak kiedyś wyglądałem. Naprawdę. Nie patrz tak, bo zaraz się spalę. Naprawdę niczego nie przewożę. Naprawdę nie uciekam przed wojskiem ani przed więzieniem. Jadę sobie na wycieczkę. Tak po prostu. Chcę zobaczyć kawałek świata. Nic poza tym. Jestem porządnym obywatelem. Nic złego nie zrobiłem. No, może parę razy nie oddałem pieniędzy jak mi kioskarz wydał za dużo reszty. Ale tak poza tym jestem w porządku. Uff! Poszedł dalej. Co za ulga. Może mnie nie zawrócą z granicy. Nie lubię celników. Czy tam wopistów. Co za różnica. Wszystko jedno. Nie lubię jak ktoś chce coś znaleźć u mnie nie wiadomo co i w ogóle. Nie lubię i już. Tak po prostu. Cholera, spadaj! Nie cierpię mundurów. W każdej postaci. Przyprawiają mnie o dreszcze. Dreszcze obrzydzenia, niechęci i strachu. Głupie bubki. Kurdę. A zresztą co ja się tak denerwuję? A bo to jest o co? Taka jest ich praca. Niech się tam gapią. I tak niczego nie wygapią.

Z tyłu dało się słyszeć jakieś poruszenie. Coś się dzieje, na razie jeszcze nie wiem co. Celnik wychodzi z autokaru. Za nim pilotka i jeszcze jakieś, chyba przypadkowe, dwie osoby. Kierowca również. Przez chwilę rozmawiają na zewnątrz i kierowca otwiera bagażnik autokaru. Wyciągają jakieś rzeczy. Rutynowa kontrola przypadkowego bagażu. Dziewczyna otwiera plecak i pokazuje wnętrze celnikowi. To jednak mu nie wystarcza. Chce, żeby dziewczyna wyjęła rzeczy z plecaka. Widać, że dziewczyna zaczyna się denerwować. Tłumaczy celnikowi, że ma tak upchane wszystko w plecaku, że później nie powkłada tego wszystkiego do środka z powrotem. Celnik jest nieugięty i spokojnie lecz stanowczo prosi o wyjęcie rzeczy. Dziewczyna zaczyna wyjmować i płakać. Spazmatyczne skurcze rozpaczy harmonizują z ruchami rąk opróżniającymi plecak z misternie upakowanej zawartości. Celnik w tym czasie bada torbę drugiej osoby. Gdy bałagan przed autokarem zrobił się wystarczający zadowolony urzędnik pozwolił na złożenie ubrań z powrotem do walizek. Oddał paszporty pilotce wycieczki, zasalutował i odszedł.

Chwilę jeszcze trwało zanim nieszczęśnicy pozbierali swoje zabawki i zajęli swoje stare miejsca w autokarze. Poruszenie wśród gawiedzi trwało znacznie dłużej. Wszyscy, no może prawie wszyscy, zaczęli się zastanawiać, dlaczego właśnie ich wyciągnął ten k... oraz w jaki sposób udało jej się ukryć tą wódkę, którą miała w plecaku. Tym bardziej, że nie było tego wcale mało. Dużo może też nie, ale wystarczająco dużo, by przekroczyła ta ilość dopuszczalne normy. Na wszystkich padł blady strach. Przecież jeszcze granica czeska, później słowacka i później jeszcze wiele granic. A jeśli na każdej będzie taki kocioł? O rany! Ja też mam upchany plecak. Może nie mam tam żadnych nielegalnych rzeczy, ale przecież to nic przyjemnego wyjmować wszystko i wkładać, wyjmować i wkładać, wyjmować i wkładać. No ale nic. Może nie będzie tak źle. Może później dadzą nam spokój. Chociaż Pepiki przecież podobno są okropni i jeszcze do tego potwornie nie lubią Polaków. Kurcze, dobrze, że nie brałem z Warszawy żadnych niezbędnych bądź co bądź używek. No dobra. Ruszamy. Most. Ciekawe jak nazywa się ta rzeka? Nigdy nie byłem dobry z geografii. Wcale nie taka mała. Nie mogę sobie przypomnieć. W ogóle w którym miejscu tej południowej granicy leży Cieszyn?! Zawsze Cieszyn i Cieszyn, ale gdzie on tak właściwie jest to też nie wiem. Nic ważnego w końcu oprócz przejścia tu nie ma. Dobrze, że mnie tutejsi nie słyszą... Ale kompromitacja. Dobrze, że nikt mnie nie słyszy. Całkiem ładny most. Całkiem świeżo wygląda. Dalszy ciąg kontrastu z resztą miasta. Ciekawe jak wygląda część czeska? Szlaban. Celnik. Boże, znowu. Nie. Tym razem popatrzył tylko i puścił. Nawet nie podstemplował paszportów. Jak to!? A ja chcę mieć stempel z kontroli granicznej! Halo! Zaraz! Stempel proszę! Dobra, dobra... już nic nie mówię. Jedźmy już, bo mam chyba dosyć tej granicy.

Pojechaliśmy. Po drugiej stronie rzeki szare, socjalistyczne bloki, aż żal patrzeć. Uregulowana dolinka. Wyrównane brzegi. I topole wzdłuż drogi. Nie ma na co patrzeć. Wszędzie tylko cywilizacja, której dosyć mam już w swoim rodzinnym mieście.

Wyjechaliśmy w końcu z tego miasteczka i sunęliśmy po zakrętach wąskiej, mimo że międzynarodowej drogi. Dzień chylił się ku końcowi, szarówka powoli przechodziła w mrok, a mrok powoli przechodził w ciemność. Patrzyłem na rozpływające się z oknem pejzaże, które w miarę oddalania się od granicy robiły się coraz bardziej bezkształtne i ciemne. W końcu mogłem obserwować tylko czubki topoli widocznych na tle nieba w tej okolicy bez jednego światełka. Patrzyłem więc na takie same, ostro zakończone kształty, szukając pierwszej gwiazdy na niebie. Mimo woli zacząłem liczyć mijane drzewa. Przesuwały się zbyt szybko, więc liczyłem tylko co drugie. Później zacząłem liczyć co trzecie. W końcu zacząłem mnożyć otrzymane wyniki przez dwa i przez trzy, żeby wiedzieć ile już drzew minęliśmy. Moje myśli oderwały się w pewnym momencie ode mnie i popłynęły gdzieś za tą nieprzekraczalną linię drzew, których nie sposób było zliczyć, a za którymi była tylko ciemna pustka, niczym wszechświat i jego próżnia, wcale nie taka pusta bo wypełniona jakimiś Bóg-wie-jakimi cząstkami i innymi falami o których się nawet filozofom nie śniło, a ja wcale śnić o nich nie chcę, bo ja nic nie chcę, albo sam nie wiem co ja chcę i w ogóle bez sensu to wszystko i do niczego, a w ogóle to znowu się zatrzymujemy i ja nie wiem dlaczego, czy coś się stało, czy może tak co pięć minut będziemy się zatrzymywać... gdzie my jesteśmy?

Zatrzymaliśmy się na jakimś parkingu-nie parkingu, przy jakiejś karczmie-nie karczmie, a wszystko wokół mrok spowijał nieprzyjemny, czemu trudno się dziwić zważywszy na porę. Ludzie wysypali się już częściowo na zewnątrz, gdy ja jeszcze próbowałem dojść do siebie starając się umieścić dłonie w dwóch końcach autobusu. Prawie mi się to udało, ale ściągnąłem swe kończyny do normalnych rozmiarów i wyszedłem również przywitać się z czeską ziemią. Czeskie powietrze miało tu zapach charakterystyczny dla centralnego skrzyżowania wielkiego miasta, w przeciwieństwie do oświetlenia otoczenia, które było charakterystyczne dla zapadłej wioski na suwalszczyźnie o pierwszej w nocy. Jedyne światełko wydobywało się z okna niewielkiego budynku, w którym mieściła się przydrożna karczma, a który w mroku przypominał zamek prowincjonalnego czarnoksiężnika, prowadzącego karczmę tylko w celu zwabienia surowców do swoich czarnoksięskich praktyk. Ci co się obudzili i postanowili się przejść, poszli jeden za drugim prosto w kierunku drzwi. Stojąc przed autokarem widziałem jak pojawiało się na chwilę i natychmiast znikało jeszcze jedno światełko pochodzące z wnętrza domu. Jestem krótkowidzem i, szczególnie się to nasila gdy jestem zmęczony, dość słabo widzę, delikatnie rzecz ujmując. Nie walczę jednak z tym, bo i tak nie ma w zasadzie jak, nie buntuję się, pogodzony z własną ślepotą nadrabiam to co (nie)widzę wyobraźnią. Wyobraźnia nie służy mi jednak, jak to zwykle bywa w takich przypadkach, do tworzenia rzeczy, których tak naprawdę nie ma, ale do odtwarzania rzeczywistości na podstawie zachowanego w pamięci "normalnego" oglądu świata. Nie zdziwiło mnie więc senne powolne podążanie wszystkich sylwetek w kierunku budynku i jednostajne znikanie ich w pojawiającej się na chwilę świetlnej plamie. Ja też czym prędzej podążyłem tym tropem i, jak inni, dotknąłem zimnej klamki zajazdu. Przeszedł mnie dziwny dreszcz, ale to na pewno z zimna i z niewyspania. Nacisnąłem klamkę, drzwi uchyliły się z nieprzyjemnym skrzypnięciem i zalała mnie fala światła. Wszedłem do środka. Wieczór pomimo lipca chyba jakiś dziwnie chłodny albo potworną wilgoć tutaj mają, bo momentalnie zaparowały mi okulary. Nie znacie tego fantastycznego stanu, gdy w okularach nic nie widać, bo zaparowane, a bez okularów też nic nie widać, bo ślepota. Zdjąłem więc je czym prędzej i wycierając szkła w koszulę zagłębiłem się w otchłań pieczary. Przy stolikach siedziały jakieś dziwne, opasłe postacie przesłonięte częściowo przez olbrzymie świetlne kule. Były to (domyślałem się tego raczej niż widziałem) jakieś sznureczki małych żaróweczek rozlewające się w moich krótkowidzących oczach w olbrzymie, okrągłe kałuże światła. Wytarłem pobieżnie okulary i wtedy mogłem spróbować poczuć się pewniej nawiązując z tym światem wzrokowy kontakt.

Pewniej się jednak nie poczułem. Opasłe postacie okazały się ciemnymi typami o wyglądzie Rumcajsa. Popijając z litrowych kufli miejscowe piwo patrzyli półprzytomnie swoimi szklanymi oczami gdzieś tuż obok mojej głowy. Próbowałem się jakoś uchylić przed tymi spojrzeniami, ale średnio mi wychodziło, bo Rumcajse (wszyscy wyglądali tak samo) podpierali swoimi krzesłami prawie wszystkie ściany. Zgłębiając się coraz bardziej dotarłem wreszcie do miejsca, gdzie byli "nasi". Gdy do nich podchodziłem odwrócili się do mnie z tępym wzrokiem i spytali:

- Masz korony?
- Nie - odpowiedziałem zgodnie z prawdą.

- No to nic nie kupisz. - Odwrócili się na pięcie i bez słowa podążyli w nieznanym kierunku, jako że drzwi były zupełnie gdzie indziej. Spojrzałem na barmankę. Była to tęga kobieta, już niemłoda, o dzikim spojrzeniu i grubej bliźnie po nożu na lewym policzku. Ta blizna nadawała jej twarzy jakiegoś demonicznego charakteru. Nie mogłem się powstrzymać, aby nie zatrzymać na niej wzroku odrobinę dłużej niż to jest odpowiednie w takich sytuacjach. Ona także patrzyła wtedy na mnie, aż po krzyżu zaczęły mi łazić mrówki. Gdzieś w tym uszkodzonym kąciku jej ust pojawiło się coś na kształt pobłażliwie szyderczego uśmiechu i spuściłem oczy zawstydzony i zaniepokojony. Postanowiłem zwiedzić "lokal" w poszukiwaniu toalety oraz z czysto turystycznej motywacji. Poszedłem w tym samym kierunku, w którym oddalili się pozostali uczestnicy mojej wycieczki. Przechodziłem przez straszliwie pokręcone sale, gdzie wszędzie, przy stolikach siedziały parami lub samotnie takie same Rumcajsy. Wszyscy wyglądali jakby byli mechanicznymi lalkami podnoszącymi powoli lecz miarowo swoje napełnione do połowy kufle do ust, wydając przy tym osobliwe pomruki. Doszedłem w końcu do jakichś wahadłowych drzwi, na których nie było żadnej tabliczki. Uchyliłem je delikatnie i zajrzałem co jest za nimi. Wzbudził moje zaufanie fakt, że przy poruszeniu nie wydały z siebie żadnego dźwięku, a schody prowadzące na dół były wyłożone czystymi kafelkami. Wszedłem i śmiało zacząłem schodzić na dół. Gdy zamknęło się za mną wahadło drzwi zapanowała kompletna cisza. Wszystkie głosy z zewnątrz przestały do mnie dochodzić i po chwili zaczęło mi dzwonić w uszach. Dotarło to jednak do mnie gdy już byłem dosyć daleko od wejścia, więc pomyślałem, że to na skutek oddalenia. Schodziłem tak i schodziłem mijając kolejne zakręty schodów aż w końcu zaczęło mnie to niepokoić. Stanąłem zastanawiając się co mam robić i gdzie ja właściwie idę?

Dzwoniącą w uszach ciszę zastąpił jednostajny, cichy szum niewiadomego pochodzenia. Nie wiem czemu, ale byłem przekonany, że barmanka wskazała mi właśnie tą drogę do toalety: drzwi na końcu. Ten szum to na pewno hydrofory - pomyślałem i uspokojony poszedłem dalej. Jeden zakręt schodów, drugi, trzeci... Robi się coraz chłodniej, a światło jest jakby odrobinę słabsze. Szum narasta. Wyróżnić w nim można teraz jakby pojedyncze uderzenia przebijające się spod niejednostajnego już szumu. Znowu się zatrzymałem. Kurczę, to nie jest normalne, żeby do kibla schodziło się tak głęboko. Schody jak na jakąś wierzę, tylko do dołu. A może to zejście do lochów. W sumie z zewnątrz wyglądało to jak jakiś zameczek. W sumie tu są góry i może piwnica z kiblami jest rzeczywiście tak nisko, bo dom zbudowany jest na stromym zboczu. Ale kto tak buduje domy? No nic. Widocznie ktoś miał fantazję. Ale co właściwie mam robić? A jak to nie jest zejście do kibla? A jak tu nie można wchodzić? W sumie, biorąc pod uwagę barmankę i tych gości barowych nie wiem czy bym chciał się spotkać tutaj z właścicielem albo z cieciem. No nie wiem. Iść czy nie iść, oto jest pytanie. Dobra. Przecież to nie średniowiecze. Powiem, że zabłądziłem najwyżej. Przecież to było jedyne wyjście po tej stronie sali, a ci wszyscy od nas musieli się gdzieś podziać. Przecież ich nie zjedli. Nie zdążyliby w tak krótkim czasie. Najwyżej ich dopiero gotują. Chociaż przecież najpierw trzeba wypatroszyć, wcześniej rozebrać, umyć... nie, zjeść ich na pewno nie zdążyli. Powiem najwyżej, że szukam znajomych, którzy gdzieś tu się podziali.

Tak sobie myślałem schodząc powoli w dół, coraz mniej pewnym będąc tej decyzji. Poczułem jednak, na razie delikatny, później nieco mocniejszy znajomy zapach chloru zmieszanego z zapachem publicznego szaletu. Pomyślałem: dobra nasza, dziwne tu mają rozwiązania architektoniczne, ale chyba trafiłem na miejsce. Serce straciło chyba ochotę na wyrwanie się z klatki, krok mój wrócił do swojej normalnej sprężystości. Nie wiem ile pięter przeszedłem, nie było po drodze żadnych okien, ani żadnych innych znaków orientacyjnych pozwalających zorientować się w przebytej drodze. Uznałem, że to strach tak wpłynął na moje doznania i uspokoiłem się na dobre.

Za wcześnie.

Dotarłem wreszcie na sam dół tych piekielnych schodów. Kończyły się one na niewielkiej salce dwa na dwa metry, gdzie na każdej ścianie były zamknięte drzwi. Grube, drewniane, okute, z wielką kłódką na żelaznej sztabie. W swojej bezradności i zrezygnowaniu, jakie mnie natychmiast dopadły, począłem po kolei próbować je otworzyć. Okazało się, że dwoje z nich było zamknięte, natomiast jedne dały się otworzyć. Po prostu sztaba z kłódką była tylko atrapą. Po co?

Wszedłem do długiego korytarza oświetlonego jakimś strasznie słabym światłem. Włożyli chyba żarówki dziesięciowatowe. Ledwo cokolwiek widać. Podłoga także wyłożona kafelkami, ale tutaj wyglądała na mokrą. Istotnie zostawiałem na niej swoje ślady, które po chwili zamazywały się zupełnie. Gdy zrobiłem kilka kroków, drzwi za mną zamknęły się z tak przeraźliwym dźwiękiem, że mało nie zakrztusiłem się własnym sercem. Popatrzyłem na nie pełen wyrzutu, ale opanowałem chęć rzucenia się na nie i wyskoczenia z powrotem na zewnątrz. Przecież skobel był tylko atrapą, a innego rodzaju zamknięcia w nich nie było. Nie przesadzajmy, żyjemy w cywilizowanym świecie, gdzie zapadnie i pułapki obejrzeć można w muzeum. Chyba jednak zaczynam mieć już dosyć tej wycieczki i zaczynam chcieć jak najszybciej załatwić co trzeba i wrócić do autokaru. Zwiedzanie zaczęło być trochę za bardzo stresujące, tym bardziej, że czasu już upłynęło chyba sporo. Dobra. Zagęść ruchy. Znajdź ten cholerny kibel i wyjdź stąd czym prędzej. Jeden zakręt w lewo, jeden w prawo, znowu w prawo, w lewo... co jest... Po bokach metalowe drzwi. Za drzwiami jakiś hurgot jakichś silników-niesilników, a przede mną korytarz bez końca. Mam już chyba dosyć. Może wyjdę na zewnątrz i odleję się pod krzakiem. Ale już tyle przeszedłem, że szkoda się wracać tuż przed dojściem do celu, który już na pewno blisko... Blisko? A może, kurczę, nigdy tam nie dojdę. Niedojda. Będę tak szedł i szedł jak błędny rycerz i będzie o mnie krążyć legenda, jako o włóczędze knajpianych podziemi...

No wreszcie! Ile można! Kto to widział tak daleko kibel robić! Kółeczko i trójkącik na jednych drzwiach. Klasyka. Wchodzę. No tak. Brudny kibel w małej klitce i malutka umywalka. Nawet mydła nie ma, nie mówiąc o jakimś ręczniku. Czy ja za dużo nie wymagam? No, wychodź mały, bo zaraz się zsikam w majtki. Ooo, taaak. Co za ulga. Mmm. Ktoś kiedyś powiedział, że dobrze się wysikać to jak pół orgazmu, co wcale nie znaczy, że podwójne wysikanie to jak cały orgazm. Coś w tym jest. Mimo wszystko. Noo. Teraz można zacząć myśleć. Właśnie... jeśli to są jedyne otwarte drzwi, to gdzie podziali się wszyscy ci, co poszli przede mną? O-o? Zaraz... na górze ich nie było. Widocznie musiałem ich nie zauważyć. Widocznie usiedli gdzieś przy jakimś stoliku. Hm. Wydawało mi się, że dobrze patrzyłem. Ale nic. Boże! Teraz wracać tą samą długą i straszną drogą. Jeszcze spuścić wodę... rany! Ale pryska! Mogliby to jakoś mądrzej zrobić. Woda w tym kranie też typowo lodowata. Aż kostnieją palce. I oczywiście wytrzeć mogę jedynie we własny sweter. Dobrze czasem mieć ubranie, którego nie żal. OK. No to na razie, kibelku paskudny. Mam nadzieję, że więcej się nie zobaczymy.

Pchnąłem klamkę najdelikatniej jak potrafiłem, żeby nie ubrudzić mokrych, dopiero co umytych rąk. Drzwi uchyliły się lekko, lecz z cichym stęknięciem. Zdecydowanie dałem kroka przez próg szaletu i chlupnąłem z rozbryzgiem w podłogę. Otoczyła mnie zewsząd woda, w uszach i przed oczami miałem jedynie bąbelki powietrza, czułem jak powoli zapadam się w zimną toń coraz głębiej i głębiej. W końcu bąbelki mnie opuściły i zobaczyłem rozmazaną olbrzymią salę. Na podłodze ułożona była czarno-biała terakotowa szachownica, ściany zaś były zbyt daleko, żeby przez warstwę wody można było dostrzec szczegóły. Dziwnym trafem wpadnięcie do wody nie zerwało mi całkiem okularów z nosa, jednak i tak woda dostatecznie zniekształcała obraz bym nie mógł w zasadzie nic rozpoznać. Byłem tak zaskoczony tym upadkiem, że dopiero po dłuższej chwili wyzwolił się we mnie instynkt samozachowawczy, który kazał mi płynąć w kierunku powierzchni. Na razie ciągle opadałem, a zaczynało mi już brakować powietrza, więc począłem machać rękami by zamienić opadanie na unoszenie się w kierunku powierzchni. To miotanie się sprawiło, że brak tlenu dał mi się na tyle we znaki, że odruchowo zaczerpnąłem haust wody. To zdaje się w ten sposób można się utopić w łyżce wody. Czułem jak woda wypełnia moje płuca, a ja... ja tracę... tracę dość niesympatyczne poczucie głodu tlenowego! Zaczynam oddychać wodą! Kurczę, co się dzieje? Czy tak wygląda śmierć? Ale przecież ja żyję! Żyję pod wodą! A może to nie woda? Może to jakieś gęste powietrze? Przestałem opadać i zawisłem w połowie drogi między powierzchnią a posadzką. Co się stało? Nie wiem, ale strach również zniknął. Zimno mi nie jest, mogę oddychać, mogę popłynąć, gdzie tylko zechcę... ale myślę przecież jak żywy człowiek. Chyba, że martwi też się tak nad wszystkim zastanawiają. Bo ja wiem? Popłynę do przodu, przecież nie będę tu tak tkwił do końca... czego? Poczułem nagle jakieś szarpnięcie. Jedno, później drugie i trzecie. Ból w karku. Zdrętwiałe nogi. W krzyżu też nie najlepiej. Co się dzieje? Następne szarpnięcie. Ciemność zastąpiła oślepiająca jasność. Mrużę oczy, wzrok powoli się przyzwyczaja. Gdy wreszcie mogę coś dojrzeć dochodzi do mnie widok jakiejś półki czy szafki stojącej przede mną za jakimiś dużymi fotelami, przy czym ja znalazłem się nie wiadomo jak w jednym z nich, w drugim rzędzie. Za półką czy szafką przesuwają się jakieś świetliste widoki. Po chwili dochodzi do mnie, że to parking, na który wjeżdża właśnie nasz autokar. Dzień już mocno zaawansowany, a na niebie ani jednej chmurki. Wybiegłem pierwszy z autobusu, bo byłem najbliżej drzwi. Stanąłem trzy kroki od niego i oddychałem głęboko wdychając ostre górskie powietrze od którego aż się w głowie kręciło. Nie jestem pewien, ale ja chyba nie tylko od tego powietrza miałem zawroty głowy.

Przede mną rozpościerał się magiczny widok. Za budynkami stacji benzynowej, która była na tym parkingu, wznosiły się aż pod samo niebo dwa potężne masywy skalne, które miały w tym miejscu co najmniej kilometr wysokości względnej. W promieniach wschodzącego słońca mieniły się jaskrawoczerwonymi barwami, kontrastując z niesamowicie intensywnym błękitem nieba...

Pozostali ludzie zaczęli wysypywać się z autokaru. Każdy reagował mniej więcej tak samo. Rozejrzałem się dookoła. Spojrzałem jeszcze raz na góry i dałem odpocząć oczom ukrywając twarz w dłoniach.

- Ooo! A co to za bajka? - usłyszałem i spojrzałem w kierunku głosu. To był jeden z tych, którzy zniknęli mi z oczu w knajpie w moim śnie. Gdy pierwsze wrażenie minęło rozeszliśmy się na zwiedzanie okolicy, sklepu i szaletów. Poczułem, że ja również muszę "odcedzić kartofelki".

2000

0 komentarzy:

Prześlij komentarz

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka