aktualizacja w weekendy ;-)

czwartek, 17 sierpnia 2006

Przypadek Grassa

Pominę milczeniem skandaliczną próbę demaskacji Herberta. Ocena tego przypadku jest tak jednoznaczna że nie warta uwagi. Zatrzymać się chcę nad innym rozpalającym ważne głowy przypadkiem. Günter Grass i Waffen SS.

Dlaczego mamy pretensje do Grassa, że tak późno się przyznał do swojej służby w szeregach Waffen SS? Lepiej by było gdyby odkryli to kiedyś historycy? Lepiej by było, gdyby spekulacjom na temat fabrykowania dowodów, prawdy historycznej i wagi autorytetu nie było końca? Grass pokazał swoje człowieczeństwo. Grass nie jest świętym. Jest grzesznikiem. Grass to nie Wojtyła. Całe życie poświęcone dla pojednania, całe życie negowanie udziału nazistów w jakimkolwiek życiu publicznym, ma zostać przekreślone przez młodzieńczy nieodpowiedzialny wybryk? W czasie ogólnie panującego szaleństwa? Wałęsa też podpisał kiedyś jakieś papiery w SB i co? Czy ta młodzieńcza parafka na kawałku papieru w intencji podpisującego mówiąca: walcie się - przekreśla późniejszą działalność, późniejszy dorobek? Kto jak nie Grass ma prawo mówić: nie wolno dopuścić nazistów do publicznego życia! Zrobił coś co ciążyło mu zawsze, wiedział, że przeciwnicy odbiorą mu prawo głosu, że gdyby wcielić w życie jego pogląd  on także nie powinien się odzywać. Ale się odzywał. Teraz jego głos powinien zabrzmieć jeszcze dobitniej: wszyscy szafarze ideologii  uważajcie! Ludzie, nieważne czy inteligentni czy prości  są wobec ideologii bezbronni. Potrzebujemy moralnych autorytetów dlatego, że tak trudno ocenić każdą decyzję, którą w życiu należy podjąć. Gdy autorytety zastępowane są szaleństwem  zagubienie nie jest udziałem tylko maluczkich. Inny niż Grass przykład? Heidegger.

Przypadek Grassa jest świetną ilustracją tego, że łatwo jest oceniać po latach. W trakcie dziania się rzeczy  łatwość prawdy nie jest już taka oczywista. Zawsze należy wątpić, zawsze należy myśleć, zawsze się zastanawiać. I nigdy nie być pewnym. Albowiem wszyscy żyjemy w platońskiej jaskini.

A gdyby Grass się nie przyznał? Czy byłby wtedy nieskazitelnym autorytetem? Boccaccio opisuje przypadek pewnego jegomościa, który tuż przed śmiercią, daleko od domu, wyspowiadał się księdzu i nawkładał mu do ucha wielkie historie własnej świętości. Umarł i został wystawiony na publiczny widok jako przykład świętego godnego naśladowania. Dopiero rozpoznanie przez przypadkowego ziomka położyło kres temu bałwochwalstwu rozpustnego trupa. Czy wolelibyśmy żeby z Grassem było podobnie? Wolelibyśmy tkwić w niewiedzy i w fałszu, ale za to mieć kogo wychwalać za niezłomną postawę? A tu okazało się że to człowiek z krwi i kości, który pomimo całego swojego wielkiego umysłu zbrukał się haniebnym uczestnictwem. A może wyciągnijmy wnioski z tego dramatu człowieka, z ubezwłasnowolnienia jednostki przez historię? Nie? To za trudne? Łatwiej rzucać kamienie?

Oczywiście, że można podejść do całej historii jak do świetnie rozplanowanej kampanii marketingowej, ale nawet gdyby tak było, nawet jeśli takie były prawdziwe pobudki, to warto się zastanowić po pierwsze: kogo sobie wybieramy na autorytety? po drugie: abstrahując od pobudek  co nam mówi ta historia, co możemy z niej wynieść dla siebie? I z tym pytaniem dyndającym pod hitlerowską albo komunistyczną żarówką zostawiam ten temat pozornie naświetlony, a faktycznie nie wychodzący z mroku.

0 komentarzy:

Prześlij komentarz

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka