aktualizacja w weekendy ;-)

piątek, 1 grudnia 2006

Dubaj 2006

następny odcinek >>>

Pierwsze wrażenie po wylądowaniu, było takie, że ponoć jedno z największych lotnisk na świecie – we Frankfurcie – jest jakimś zacofanym zaściankowym porcikiem w porównaniu do wielopoziomowego, porażającego przestrzenią, czystością i nowoczesnością lotniska w Dubaju. Tak, jak na większości dużych lotnisk, także tutaj można obejrzeć wszystkie odcienie ludzkiej skóry, wszelakie fenotypy z każdego zakątka świata. Długi marsz ku wyjściu znaczą kolejne drogowskazy, kolejne ruchome chodniki, kolejne poczekalnie, kolejne reklamy, sklepy, szyldy, ekrany i informacje. Niby wszystko takie jak wszędzie, a jednak ilość i jakość tych wszystkich elementów sprawia, że coś nie pasuje, coś się nie zgadza. Świadomość faktu, że przyleciałeś do jednego z najbogatszych miast na świecie niczego nie zmienia – Europa to zaścianek globu, Europa schodzi na drugi plan.

Druga rzecz, to wszechogarniająca, wszechstronna i odurzająca opieka Renaty, która nas gości. Spóźniła się na spotkanie służbowe, byśmy mogli być odebrani z lotniska. Zawiozła nas do domu, rozpakowaliśmy się, dostaliśmy coś do jedzenia i miejscowy telefon komórkowy, byśmy mogli się normalnie porozumiewać. Po południu mieliśmy pojechać na safari, została więc zamówiona taksówka, dostaliśmy pieniądze na rachunek i po krótkiej drzemce wylądowaliśmy w jakimś hotelu, skąd mieliśmy wyruszyć na pustynię. Niestety spadł deszcz i wycieczka na piasek w tych warunkach straciła sens, zostaliśmy zatem zabrani na zakupy do malla, gdzie mogliśmy obejrzeć między innymi sztuczny stok narciarski.

W mallu czułem się jak w Londynie. Europejskie marki na szyldach, odrobina cepelii z różnych regionów świata, ludzie we wszystkich możliwych kolorach skóry. Może nieco więcej kobiet w czarnych abajach i facetów w białych kitlach, ale poza tym ten sam kosmopolityzm. Nie można w ogóle złapać klimatu, nie ma poczucia pobytu na końcu świata, wrażenie dodatkowo potęguje marka Carrefour'a przy wejściu do supermarketu. Globalna wioska, globalny handel, globalna kultura.

I w tym miejscu pojawił się pierwszy niepokój. W Dubaju znajduje się 30% wszystkich światowych dźwigów. Wszędzie widać budowy, z ziemi wyrastają całe stada drapaczy chmur, jedne ukończone, inne przyoblekają w ciało elewacji żelbetowe szkielety, jeszcze inne dopiero budują swój kościec zawieszony na migoczących żurawiach. Efekty widać, a są one wynikiem działań w zasadzie ostatnich 30 lat. Ropa pojawiła się nagle. Zyski z ropy były niewyobrażalne, były tą wymarzoną perłą która odmieniła życie nie tylko jednej beduińskiej rodziny ale całego narodu. Ropa wytworzyła gigantyczne rezerwy budżetowe pozwalające na niewyobrażalna w innych krajach pomoc socjalną, na rezygnację z podatków w przypadku inwestycji, na inwestycje infrastrukturalne wewnątrz kraju, na... w zasadzie na wszystko co tylko wymyśli wyobraźnia. Jak takie bogactwo skończyło się w innych krajach? Jak skończyło się się w Iranie, który też przecież ma ropę? Jak skończyło się w Kongu, który ma złoto i diamenty? A jak skończyło się u rdzennych beduińskich Arabów?

Pierwsza rzecz: planowe i racjonalne działanie. Arabowie maja pełną świadomość tego, że ropa nie jest im dana raz na zawsze. Wiedzą, że ta kasa kiedyś się skończy, że jest to szansa, ale na zainwestowanie w rzeczy, które będą przynosić dochód w czasach, gdy ropa się skończy. Wtedy zostanie infrastruktura dla innych rzeczy. Europejczycy uważają się za racjonalnych, podczas gdy Arab jest synonimem religijnego fanatyka, zwalczającego racjonalność jako cechę zgniłego Zachodu. Tymczasem to co widzę w Dubaju nie tylko przeczy temu stereotypowi. To napawa przerażeniem: europejska ksenofobia, zacofanie, ciasnota umysłowa, stereotypowe myślenie – to cechy które zwykliśmy przypisywać Polacy Polakom, a tymczasem cała kultura Zachodu jawi sie właśnie w ten sposób. Racjonalność planu rozwoju Zjednoczonych Emiratów Arabskich oraz jego skuteczność i widoczne na każdym kroku efekty, przy oficjalnym braku demokracji... to musi budzić niepokój.

Druga rzecz przeciwstawna: frak dobrze leży w trzecim pokoleniu. Tak mawiają. Nowy Jork, Paryż, Londyn – to metropolie będące efektem pracy wielu pokoleń. Dubaj, który lada dzień przegoni (jak już nie przegonił) tamte miasta pod względem zarówno nowoczesności, wielkości, jak i różnorodności etnicznej i kulturowej mieszkańców został wybudowany w przeciągu jednego pokolenia. W środku pustyni wyrosły gigantyczne wieżowce, mapa okolicy pocięta jest siatką istniejących i budujących się ulic, z których większość to trzypasmowe autostrady. Kolejne kwartały, najpierw przebadane archeologicznie, zapełniane są domami, parkami rozrywki, stadionami itp. itd. Ludzie z całego świata przyjeżdżają tu pracować w firmach, które nie płacą tu podatków (jest jeden mały haczyk: każda nowo zarejestrowana firma musi mieć miejscowego partnera). Co będzie jak skończy się ropa, zastępująca dochody z podatków? Życie Dubaju zmieni się w normalne życie normalnego miasta, w którym będzie najnowocześniejsza infrastruktura do prowadzenia wszelkich interesów. Co się jednak stanie jak światowe firmy nie zechcą zostać w mieście, które kosztuje tyle samo co inne, ale nie ma poza tym nic prócz piasku? Czy uda się utrzymać ten ściągnięty ulgami podatkowymi biznes, gdy skończą się ulgi? Czy też miasto zostanie zasypane przez piaskowe burze przybierając wygląd pejzaży Beksińskiego? Łatwo przyszło – łatwo poszło. A za tysiąc lat archeolodzy będą się zastanawiać co się stało, że takie miasto tak nagle opustoszało?

Trochę trudno mi wyobrazić sobie solidne trwanie miasta bez solidnej historii. Bez solidnego ugruntowania i uzasadnienia jego istnienia w tym właśnie miejscu. Czersk może byłby stolicą Polski, gdyby się od niego Wisła swego czasu nie odsunęła. Czy Dubaj przetrwa koniec ropy?

Tak czy siak, niepokoi i frapuje to miasto, trochę jak wieża Babel (w postaci Burj Dubaj, który ma być najwyższy na świecie) – dobry plan, konsekwentnie realizowany, aż się wierzyć nie chce, że nie ma w tym ludzkiej pychy i zacietrzewienia. A jeśli jednak nie ma, to racjonalność działania w połączeniu z tak silną i żywa podbudową w postaci muzułmańskiej wiary, burzy spokój Europejczyka, tak ufnego w swoje rzekome przywiązanie do rozumu i poszanowania prawdy.

następny odcinek >>>

piątek, 24 listopada 2006

Marzenia?

W szeregi moich myśli zakrada się rezygnacja. Tracę zainteresowanie kolejnymi aspektami życia. Uciekam w świat literatury, rozmawiam tylko przez internet. Kontakty z żywymi ludźmi to zawsze jedynie pozór, gra, aktorstwo. Tak zwanych „prawdziwych relacji” brak. Brakuje ich coraz bardziej. Coraz bardziej przewrażliwiony jestem na przejawy braku zainteresowania moją osobą ze strony świata. Coraz bardziej dotykają mnie coraz mniejsze gesty olania. Zagłębiam się w jakiejś chorobie, której nazwy nie znam. I nawet mnie to nie interesuje.

Czy o czymś jeszcze marzę? Marzę jedynie o chwili spokoju, o kilku dniach, w czasie których nikt nie będzie ode mnie chciał bym cos dla niego zrobił, ani nie będzie miał do mnie o coś pretensji. Marzę o śnie, marzę o nic nie robieniu. Marzę o takim czasie, po którym poczuję ta nudę, która pcha człowieka do działania, tą fantastyczną nudę, która sprawia, że czujesz w sobie energię do przeniesienia góry i czekasz tylko na impuls. Nuda to trampolina, na której rozbujane pragnienia dostają kopa do realizacji. Czy to są marzenia zdrowego człowieka?

Czy nie brak mi w życiu na przykład miłości? Albo pieniędzy? Albo przyjaciół? Albo sensu życia? Albo innego gówna, które pochłania identyfikację każdego nastolatka doprowadzając go na skraj samobójstwa. (Kurcze, może to nie najszczęśliwsze spostrzeżenie w czasie, gdy gdańskie wypadki mogą nasunąć błędne interpretacje) Nie, całą energię wkładam w zabicie w sobie tamtych pragnień. Jak nie możesz wroga pokonać to musisz go pokochać. Albo: wyzwól się z pragnień, one bowiem czynią cię nieszczęśliwym. No to staram się wyzbyć. Czy chcę żeby mi się udało? Nie wiem. Dlatego napisałem, że marzę JEDYNIE o spokoju. Czy to nie jest pragnienie psa? Nie wiem, nie umiem dogadać się z psami...

sobota, 18 listopada 2006

Droga w Alpy

Obudził mnie rajd szalonego kierowcy po wąskich uliczkach Cieszyna, próbującego znaleźć jakąś mniej znaną drogę do przejścia granicznego. Kolejka bowiem do tegoż przejścia zajmowała chyba całe miasto, a autobusy mają bodaj pierwszeństwo, czy coś takiego. A może kierowca liczył, że jakoś się przepchnie. Zresztą nie wiem na co liczył kierowca, ważne jest, że mnie obudził. I dobrze. Nie chcę spać, a teraz się okazało, że jednak usnąłem. Zresztą, co tu się dzieje? Gdzie on jedzie? Czy on na pewno wie co robi? Rany! Przecież on się tu nie zmieści tą landarą! Normalnie nienormalny! Ale co tam, przecież to on jest kierowca. Nie zajmuj się nim. Popatrz na miasto. Tyle samo tu napisów polskich co czeskich. Czy tam słowackich. Co za różnica. Jedno licho. Nie ważne. Jakie odrapane te domy. I jakieś takie małe. Może tutaj ludzie są mniejsi? A w ogóle to gdzie się podziali wszyscy ludzie? Ani jednej żywej duszy. Czy to środek nocy? Przecież jest widno. A może to rano? Ale przecież mieliśmy tu dojechać wieczorem. Nic nie rozumiem. Wymarłe miasto. Aaa! Aaale mi się ziewnęło. Boże, gdzie on jedzie? Przecież tu też są samochody. Chce staranować osobowe? Zmieścił się. Dziwny gość. Jedzie pod prąd? A może to jest jednokierunkowa? Nie ważne. O, widać terminal. Dziwne wrażenie po tych wąskich uliczkach - takie duże i przestronne przejście. Rzut oka w tył na resztę autobusu. Połowa śpi, a reszta w skupieniu obserwuje przejście. Czyżby i oni byli pod wrażeniem wyczynów kierowcy? A może się czegoś boją? A czego tu się bać? Hm. Czy na pewno mam wszystko w porządku w paszporcie? W sumie nic w bagażu nie mam, ale wiadomo? Nie przekraczam w końcu granicy codziennie. Ciekawe ile to będzie trwało? Przyczepią się do czegoś? Dobra, cicho. Kierowca z pilotką poszli załatwiać coś. Co? Wracają.

- I co?
- I nic. Musimy podjechać tam na miejsce i czekać na celnika.
- Aha.

Podjeżdżamy. Czekamy. Co tak cicho? Wszyscy w skupieniu patrzą milcząc w okna, czekają, nie wiem, przeznaczenia? Idzie. Podchodzi. Wchodzi.

- Dzień dobry. Granica państwa. Kontrola celna. Proszę przyszykować paszporty. Mają państwo coś do oclenia?

Długo chodzi i przygląda się zdjęciom. Zagląda głęboko w oczy, aż na dno twojej duszy. Rozpozna mnie czy nie rozpozna? Wiem, że na zdjęciu jestem niepodobny, ale to naprawdę ja. Tak kiedyś wyglądałem. Naprawdę. Nie patrz tak, bo zaraz się spalę. Naprawdę niczego nie przewożę. Naprawdę nie uciekam przed wojskiem ani przed więzieniem. Jadę sobie na wycieczkę. Tak po prostu. Chcę zobaczyć kawałek świata. Nic poza tym. Jestem porządnym obywatelem. Nic złego nie zrobiłem. No, może parę razy nie oddałem pieniędzy jak mi kioskarz wydał za dużo reszty. Ale tak poza tym jestem w porządku. Uff! Poszedł dalej. Co za ulga. Może mnie nie zawrócą z granicy. Nie lubię celników. Czy tam wopistów. Co za różnica. Wszystko jedno. Nie lubię jak ktoś chce coś znaleźć u mnie nie wiadomo co i w ogóle. Nie lubię i już. Tak po prostu. Cholera, spadaj! Nie cierpię mundurów. W każdej postaci. Przyprawiają mnie o dreszcze. Dreszcze obrzydzenia, niechęci i strachu. Głupie bubki. Kurdę. A zresztą co ja się tak denerwuję? A bo to jest o co? Taka jest ich praca. Niech się tam gapią. I tak niczego nie wygapią.

Z tyłu dało się słyszeć jakieś poruszenie. Coś się dzieje, na razie jeszcze nie wiem co. Celnik wychodzi z autokaru. Za nim pilotka i jeszcze jakieś, chyba przypadkowe, dwie osoby. Kierowca również. Przez chwilę rozmawiają na zewnątrz i kierowca otwiera bagażnik autokaru. Wyciągają jakieś rzeczy. Rutynowa kontrola przypadkowego bagażu. Dziewczyna otwiera plecak i pokazuje wnętrze celnikowi. To jednak mu nie wystarcza. Chce, żeby dziewczyna wyjęła rzeczy z plecaka. Widać, że dziewczyna zaczyna się denerwować. Tłumaczy celnikowi, że ma tak upchane wszystko w plecaku, że później nie powkłada tego wszystkiego do środka z powrotem. Celnik jest nieugięty i spokojnie lecz stanowczo prosi o wyjęcie rzeczy. Dziewczyna zaczyna wyjmować i płakać. Spazmatyczne skurcze rozpaczy harmonizują z ruchami rąk opróżniającymi plecak z misternie upakowanej zawartości. Celnik w tym czasie bada torbę drugiej osoby. Gdy bałagan przed autokarem zrobił się wystarczający zadowolony urzędnik pozwolił na złożenie ubrań z powrotem do walizek. Oddał paszporty pilotce wycieczki, zasalutował i odszedł.

Chwilę jeszcze trwało zanim nieszczęśnicy pozbierali swoje zabawki i zajęli swoje stare miejsca w autokarze. Poruszenie wśród gawiedzi trwało znacznie dłużej. Wszyscy, no może prawie wszyscy, zaczęli się zastanawiać, dlaczego właśnie ich wyciągnął ten k... oraz w jaki sposób udało jej się ukryć tą wódkę, którą miała w plecaku. Tym bardziej, że nie było tego wcale mało. Dużo może też nie, ale wystarczająco dużo, by przekroczyła ta ilość dopuszczalne normy. Na wszystkich padł blady strach. Przecież jeszcze granica czeska, później słowacka i później jeszcze wiele granic. A jeśli na każdej będzie taki kocioł? O rany! Ja też mam upchany plecak. Może nie mam tam żadnych nielegalnych rzeczy, ale przecież to nic przyjemnego wyjmować wszystko i wkładać, wyjmować i wkładać, wyjmować i wkładać. No ale nic. Może nie będzie tak źle. Może później dadzą nam spokój. Chociaż Pepiki przecież podobno są okropni i jeszcze do tego potwornie nie lubią Polaków. Kurcze, dobrze, że nie brałem z Warszawy żadnych niezbędnych bądź co bądź używek. No dobra. Ruszamy. Most. Ciekawe jak nazywa się ta rzeka? Nigdy nie byłem dobry z geografii. Wcale nie taka mała. Nie mogę sobie przypomnieć. W ogóle w którym miejscu tej południowej granicy leży Cieszyn?! Zawsze Cieszyn i Cieszyn, ale gdzie on tak właściwie jest to też nie wiem. Nic ważnego w końcu oprócz przejścia tu nie ma. Dobrze, że mnie tutejsi nie słyszą... Ale kompromitacja. Dobrze, że nikt mnie nie słyszy. Całkiem ładny most. Całkiem świeżo wygląda. Dalszy ciąg kontrastu z resztą miasta. Ciekawe jak wygląda część czeska? Szlaban. Celnik. Boże, znowu. Nie. Tym razem popatrzył tylko i puścił. Nawet nie podstemplował paszportów. Jak to!? A ja chcę mieć stempel z kontroli granicznej! Halo! Zaraz! Stempel proszę! Dobra, dobra... już nic nie mówię. Jedźmy już, bo mam chyba dosyć tej granicy.

Pojechaliśmy. Po drugiej stronie rzeki szare, socjalistyczne bloki, aż żal patrzeć. Uregulowana dolinka. Wyrównane brzegi. I topole wzdłuż drogi. Nie ma na co patrzeć. Wszędzie tylko cywilizacja, której dosyć mam już w swoim rodzinnym mieście.

Wyjechaliśmy w końcu z tego miasteczka i sunęliśmy po zakrętach wąskiej, mimo że międzynarodowej drogi. Dzień chylił się ku końcowi, szarówka powoli przechodziła w mrok, a mrok powoli przechodził w ciemność. Patrzyłem na rozpływające się z oknem pejzaże, które w miarę oddalania się od granicy robiły się coraz bardziej bezkształtne i ciemne. W końcu mogłem obserwować tylko czubki topoli widocznych na tle nieba w tej okolicy bez jednego światełka. Patrzyłem więc na takie same, ostro zakończone kształty, szukając pierwszej gwiazdy na niebie. Mimo woli zacząłem liczyć mijane drzewa. Przesuwały się zbyt szybko, więc liczyłem tylko co drugie. Później zacząłem liczyć co trzecie. W końcu zacząłem mnożyć otrzymane wyniki przez dwa i przez trzy, żeby wiedzieć ile już drzew minęliśmy. Moje myśli oderwały się w pewnym momencie ode mnie i popłynęły gdzieś za tą nieprzekraczalną linię drzew, których nie sposób było zliczyć, a za którymi była tylko ciemna pustka, niczym wszechświat i jego próżnia, wcale nie taka pusta bo wypełniona jakimiś Bóg-wie-jakimi cząstkami i innymi falami o których się nawet filozofom nie śniło, a ja wcale śnić o nich nie chcę, bo ja nic nie chcę, albo sam nie wiem co ja chcę i w ogóle bez sensu to wszystko i do niczego, a w ogóle to znowu się zatrzymujemy i ja nie wiem dlaczego, czy coś się stało, czy może tak co pięć minut będziemy się zatrzymywać... gdzie my jesteśmy?

Zatrzymaliśmy się na jakimś parkingu-nie parkingu, przy jakiejś karczmie-nie karczmie, a wszystko wokół mrok spowijał nieprzyjemny, czemu trudno się dziwić zważywszy na porę. Ludzie wysypali się już częściowo na zewnątrz, gdy ja jeszcze próbowałem dojść do siebie starając się umieścić dłonie w dwóch końcach autobusu. Prawie mi się to udało, ale ściągnąłem swe kończyny do normalnych rozmiarów i wyszedłem również przywitać się z czeską ziemią. Czeskie powietrze miało tu zapach charakterystyczny dla centralnego skrzyżowania wielkiego miasta, w przeciwieństwie do oświetlenia otoczenia, które było charakterystyczne dla zapadłej wioski na suwalszczyźnie o pierwszej w nocy. Jedyne światełko wydobywało się z okna niewielkiego budynku, w którym mieściła się przydrożna karczma, a który w mroku przypominał zamek prowincjonalnego czarnoksiężnika, prowadzącego karczmę tylko w celu zwabienia surowców do swoich czarnoksięskich praktyk. Ci co się obudzili i postanowili się przejść, poszli jeden za drugim prosto w kierunku drzwi. Stojąc przed autokarem widziałem jak pojawiało się na chwilę i natychmiast znikało jeszcze jedno światełko pochodzące z wnętrza domu. Jestem krótkowidzem i, szczególnie się to nasila gdy jestem zmęczony, dość słabo widzę, delikatnie rzecz ujmując. Nie walczę jednak z tym, bo i tak nie ma w zasadzie jak, nie buntuję się, pogodzony z własną ślepotą nadrabiam to co (nie)widzę wyobraźnią. Wyobraźnia nie służy mi jednak, jak to zwykle bywa w takich przypadkach, do tworzenia rzeczy, których tak naprawdę nie ma, ale do odtwarzania rzeczywistości na podstawie zachowanego w pamięci "normalnego" oglądu świata. Nie zdziwiło mnie więc senne powolne podążanie wszystkich sylwetek w kierunku budynku i jednostajne znikanie ich w pojawiającej się na chwilę świetlnej plamie. Ja też czym prędzej podążyłem tym tropem i, jak inni, dotknąłem zimnej klamki zajazdu. Przeszedł mnie dziwny dreszcz, ale to na pewno z zimna i z niewyspania. Nacisnąłem klamkę, drzwi uchyliły się z nieprzyjemnym skrzypnięciem i zalała mnie fala światła. Wszedłem do środka. Wieczór pomimo lipca chyba jakiś dziwnie chłodny albo potworną wilgoć tutaj mają, bo momentalnie zaparowały mi okulary. Nie znacie tego fantastycznego stanu, gdy w okularach nic nie widać, bo zaparowane, a bez okularów też nic nie widać, bo ślepota. Zdjąłem więc je czym prędzej i wycierając szkła w koszulę zagłębiłem się w otchłań pieczary. Przy stolikach siedziały jakieś dziwne, opasłe postacie przesłonięte częściowo przez olbrzymie świetlne kule. Były to (domyślałem się tego raczej niż widziałem) jakieś sznureczki małych żaróweczek rozlewające się w moich krótkowidzących oczach w olbrzymie, okrągłe kałuże światła. Wytarłem pobieżnie okulary i wtedy mogłem spróbować poczuć się pewniej nawiązując z tym światem wzrokowy kontakt.

Pewniej się jednak nie poczułem. Opasłe postacie okazały się ciemnymi typami o wyglądzie Rumcajsa. Popijając z litrowych kufli miejscowe piwo patrzyli półprzytomnie swoimi szklanymi oczami gdzieś tuż obok mojej głowy. Próbowałem się jakoś uchylić przed tymi spojrzeniami, ale średnio mi wychodziło, bo Rumcajse (wszyscy wyglądali tak samo) podpierali swoimi krzesłami prawie wszystkie ściany. Zgłębiając się coraz bardziej dotarłem wreszcie do miejsca, gdzie byli "nasi". Gdy do nich podchodziłem odwrócili się do mnie z tępym wzrokiem i spytali:

- Masz korony?
- Nie - odpowiedziałem zgodnie z prawdą.

- No to nic nie kupisz. - Odwrócili się na pięcie i bez słowa podążyli w nieznanym kierunku, jako że drzwi były zupełnie gdzie indziej. Spojrzałem na barmankę. Była to tęga kobieta, już niemłoda, o dzikim spojrzeniu i grubej bliźnie po nożu na lewym policzku. Ta blizna nadawała jej twarzy jakiegoś demonicznego charakteru. Nie mogłem się powstrzymać, aby nie zatrzymać na niej wzroku odrobinę dłużej niż to jest odpowiednie w takich sytuacjach. Ona także patrzyła wtedy na mnie, aż po krzyżu zaczęły mi łazić mrówki. Gdzieś w tym uszkodzonym kąciku jej ust pojawiło się coś na kształt pobłażliwie szyderczego uśmiechu i spuściłem oczy zawstydzony i zaniepokojony. Postanowiłem zwiedzić "lokal" w poszukiwaniu toalety oraz z czysto turystycznej motywacji. Poszedłem w tym samym kierunku, w którym oddalili się pozostali uczestnicy mojej wycieczki. Przechodziłem przez straszliwie pokręcone sale, gdzie wszędzie, przy stolikach siedziały parami lub samotnie takie same Rumcajsy. Wszyscy wyglądali jakby byli mechanicznymi lalkami podnoszącymi powoli lecz miarowo swoje napełnione do połowy kufle do ust, wydając przy tym osobliwe pomruki. Doszedłem w końcu do jakichś wahadłowych drzwi, na których nie było żadnej tabliczki. Uchyliłem je delikatnie i zajrzałem co jest za nimi. Wzbudził moje zaufanie fakt, że przy poruszeniu nie wydały z siebie żadnego dźwięku, a schody prowadzące na dół były wyłożone czystymi kafelkami. Wszedłem i śmiało zacząłem schodzić na dół. Gdy zamknęło się za mną wahadło drzwi zapanowała kompletna cisza. Wszystkie głosy z zewnątrz przestały do mnie dochodzić i po chwili zaczęło mi dzwonić w uszach. Dotarło to jednak do mnie gdy już byłem dosyć daleko od wejścia, więc pomyślałem, że to na skutek oddalenia. Schodziłem tak i schodziłem mijając kolejne zakręty schodów aż w końcu zaczęło mnie to niepokoić. Stanąłem zastanawiając się co mam robić i gdzie ja właściwie idę?

Dzwoniącą w uszach ciszę zastąpił jednostajny, cichy szum niewiadomego pochodzenia. Nie wiem czemu, ale byłem przekonany, że barmanka wskazała mi właśnie tą drogę do toalety: drzwi na końcu. Ten szum to na pewno hydrofory - pomyślałem i uspokojony poszedłem dalej. Jeden zakręt schodów, drugi, trzeci... Robi się coraz chłodniej, a światło jest jakby odrobinę słabsze. Szum narasta. Wyróżnić w nim można teraz jakby pojedyncze uderzenia przebijające się spod niejednostajnego już szumu. Znowu się zatrzymałem. Kurczę, to nie jest normalne, żeby do kibla schodziło się tak głęboko. Schody jak na jakąś wierzę, tylko do dołu. A może to zejście do lochów. W sumie z zewnątrz wyglądało to jak jakiś zameczek. W sumie tu są góry i może piwnica z kiblami jest rzeczywiście tak nisko, bo dom zbudowany jest na stromym zboczu. Ale kto tak buduje domy? No nic. Widocznie ktoś miał fantazję. Ale co właściwie mam robić? A jak to nie jest zejście do kibla? A jak tu nie można wchodzić? W sumie, biorąc pod uwagę barmankę i tych gości barowych nie wiem czy bym chciał się spotkać tutaj z właścicielem albo z cieciem. No nie wiem. Iść czy nie iść, oto jest pytanie. Dobra. Przecież to nie średniowiecze. Powiem, że zabłądziłem najwyżej. Przecież to było jedyne wyjście po tej stronie sali, a ci wszyscy od nas musieli się gdzieś podziać. Przecież ich nie zjedli. Nie zdążyliby w tak krótkim czasie. Najwyżej ich dopiero gotują. Chociaż przecież najpierw trzeba wypatroszyć, wcześniej rozebrać, umyć... nie, zjeść ich na pewno nie zdążyli. Powiem najwyżej, że szukam znajomych, którzy gdzieś tu się podziali.

Tak sobie myślałem schodząc powoli w dół, coraz mniej pewnym będąc tej decyzji. Poczułem jednak, na razie delikatny, później nieco mocniejszy znajomy zapach chloru zmieszanego z zapachem publicznego szaletu. Pomyślałem: dobra nasza, dziwne tu mają rozwiązania architektoniczne, ale chyba trafiłem na miejsce. Serce straciło chyba ochotę na wyrwanie się z klatki, krok mój wrócił do swojej normalnej sprężystości. Nie wiem ile pięter przeszedłem, nie było po drodze żadnych okien, ani żadnych innych znaków orientacyjnych pozwalających zorientować się w przebytej drodze. Uznałem, że to strach tak wpłynął na moje doznania i uspokoiłem się na dobre.

Za wcześnie.

Dotarłem wreszcie na sam dół tych piekielnych schodów. Kończyły się one na niewielkiej salce dwa na dwa metry, gdzie na każdej ścianie były zamknięte drzwi. Grube, drewniane, okute, z wielką kłódką na żelaznej sztabie. W swojej bezradności i zrezygnowaniu, jakie mnie natychmiast dopadły, począłem po kolei próbować je otworzyć. Okazało się, że dwoje z nich było zamknięte, natomiast jedne dały się otworzyć. Po prostu sztaba z kłódką była tylko atrapą. Po co?

Wszedłem do długiego korytarza oświetlonego jakimś strasznie słabym światłem. Włożyli chyba żarówki dziesięciowatowe. Ledwo cokolwiek widać. Podłoga także wyłożona kafelkami, ale tutaj wyglądała na mokrą. Istotnie zostawiałem na niej swoje ślady, które po chwili zamazywały się zupełnie. Gdy zrobiłem kilka kroków, drzwi za mną zamknęły się z tak przeraźliwym dźwiękiem, że mało nie zakrztusiłem się własnym sercem. Popatrzyłem na nie pełen wyrzutu, ale opanowałem chęć rzucenia się na nie i wyskoczenia z powrotem na zewnątrz. Przecież skobel był tylko atrapą, a innego rodzaju zamknięcia w nich nie było. Nie przesadzajmy, żyjemy w cywilizowanym świecie, gdzie zapadnie i pułapki obejrzeć można w muzeum. Chyba jednak zaczynam mieć już dosyć tej wycieczki i zaczynam chcieć jak najszybciej załatwić co trzeba i wrócić do autokaru. Zwiedzanie zaczęło być trochę za bardzo stresujące, tym bardziej, że czasu już upłynęło chyba sporo. Dobra. Zagęść ruchy. Znajdź ten cholerny kibel i wyjdź stąd czym prędzej. Jeden zakręt w lewo, jeden w prawo, znowu w prawo, w lewo... co jest... Po bokach metalowe drzwi. Za drzwiami jakiś hurgot jakichś silników-niesilników, a przede mną korytarz bez końca. Mam już chyba dosyć. Może wyjdę na zewnątrz i odleję się pod krzakiem. Ale już tyle przeszedłem, że szkoda się wracać tuż przed dojściem do celu, który już na pewno blisko... Blisko? A może, kurczę, nigdy tam nie dojdę. Niedojda. Będę tak szedł i szedł jak błędny rycerz i będzie o mnie krążyć legenda, jako o włóczędze knajpianych podziemi...

No wreszcie! Ile można! Kto to widział tak daleko kibel robić! Kółeczko i trójkącik na jednych drzwiach. Klasyka. Wchodzę. No tak. Brudny kibel w małej klitce i malutka umywalka. Nawet mydła nie ma, nie mówiąc o jakimś ręczniku. Czy ja za dużo nie wymagam? No, wychodź mały, bo zaraz się zsikam w majtki. Ooo, taaak. Co za ulga. Mmm. Ktoś kiedyś powiedział, że dobrze się wysikać to jak pół orgazmu, co wcale nie znaczy, że podwójne wysikanie to jak cały orgazm. Coś w tym jest. Mimo wszystko. Noo. Teraz można zacząć myśleć. Właśnie... jeśli to są jedyne otwarte drzwi, to gdzie podziali się wszyscy ci, co poszli przede mną? O-o? Zaraz... na górze ich nie było. Widocznie musiałem ich nie zauważyć. Widocznie usiedli gdzieś przy jakimś stoliku. Hm. Wydawało mi się, że dobrze patrzyłem. Ale nic. Boże! Teraz wracać tą samą długą i straszną drogą. Jeszcze spuścić wodę... rany! Ale pryska! Mogliby to jakoś mądrzej zrobić. Woda w tym kranie też typowo lodowata. Aż kostnieją palce. I oczywiście wytrzeć mogę jedynie we własny sweter. Dobrze czasem mieć ubranie, którego nie żal. OK. No to na razie, kibelku paskudny. Mam nadzieję, że więcej się nie zobaczymy.

Pchnąłem klamkę najdelikatniej jak potrafiłem, żeby nie ubrudzić mokrych, dopiero co umytych rąk. Drzwi uchyliły się lekko, lecz z cichym stęknięciem. Zdecydowanie dałem kroka przez próg szaletu i chlupnąłem z rozbryzgiem w podłogę. Otoczyła mnie zewsząd woda, w uszach i przed oczami miałem jedynie bąbelki powietrza, czułem jak powoli zapadam się w zimną toń coraz głębiej i głębiej. W końcu bąbelki mnie opuściły i zobaczyłem rozmazaną olbrzymią salę. Na podłodze ułożona była czarno-biała terakotowa szachownica, ściany zaś były zbyt daleko, żeby przez warstwę wody można było dostrzec szczegóły. Dziwnym trafem wpadnięcie do wody nie zerwało mi całkiem okularów z nosa, jednak i tak woda dostatecznie zniekształcała obraz bym nie mógł w zasadzie nic rozpoznać. Byłem tak zaskoczony tym upadkiem, że dopiero po dłuższej chwili wyzwolił się we mnie instynkt samozachowawczy, który kazał mi płynąć w kierunku powierzchni. Na razie ciągle opadałem, a zaczynało mi już brakować powietrza, więc począłem machać rękami by zamienić opadanie na unoszenie się w kierunku powierzchni. To miotanie się sprawiło, że brak tlenu dał mi się na tyle we znaki, że odruchowo zaczerpnąłem haust wody. To zdaje się w ten sposób można się utopić w łyżce wody. Czułem jak woda wypełnia moje płuca, a ja... ja tracę... tracę dość niesympatyczne poczucie głodu tlenowego! Zaczynam oddychać wodą! Kurczę, co się dzieje? Czy tak wygląda śmierć? Ale przecież ja żyję! Żyję pod wodą! A może to nie woda? Może to jakieś gęste powietrze? Przestałem opadać i zawisłem w połowie drogi między powierzchnią a posadzką. Co się stało? Nie wiem, ale strach również zniknął. Zimno mi nie jest, mogę oddychać, mogę popłynąć, gdzie tylko zechcę... ale myślę przecież jak żywy człowiek. Chyba, że martwi też się tak nad wszystkim zastanawiają. Bo ja wiem? Popłynę do przodu, przecież nie będę tu tak tkwił do końca... czego? Poczułem nagle jakieś szarpnięcie. Jedno, później drugie i trzecie. Ból w karku. Zdrętwiałe nogi. W krzyżu też nie najlepiej. Co się dzieje? Następne szarpnięcie. Ciemność zastąpiła oślepiająca jasność. Mrużę oczy, wzrok powoli się przyzwyczaja. Gdy wreszcie mogę coś dojrzeć dochodzi do mnie widok jakiejś półki czy szafki stojącej przede mną za jakimiś dużymi fotelami, przy czym ja znalazłem się nie wiadomo jak w jednym z nich, w drugim rzędzie. Za półką czy szafką przesuwają się jakieś świetliste widoki. Po chwili dochodzi do mnie, że to parking, na który wjeżdża właśnie nasz autokar. Dzień już mocno zaawansowany, a na niebie ani jednej chmurki. Wybiegłem pierwszy z autobusu, bo byłem najbliżej drzwi. Stanąłem trzy kroki od niego i oddychałem głęboko wdychając ostre górskie powietrze od którego aż się w głowie kręciło. Nie jestem pewien, ale ja chyba nie tylko od tego powietrza miałem zawroty głowy.

Przede mną rozpościerał się magiczny widok. Za budynkami stacji benzynowej, która była na tym parkingu, wznosiły się aż pod samo niebo dwa potężne masywy skalne, które miały w tym miejscu co najmniej kilometr wysokości względnej. W promieniach wschodzącego słońca mieniły się jaskrawoczerwonymi barwami, kontrastując z niesamowicie intensywnym błękitem nieba...

Pozostali ludzie zaczęli wysypywać się z autokaru. Każdy reagował mniej więcej tak samo. Rozejrzałem się dookoła. Spojrzałem jeszcze raz na góry i dałem odpocząć oczom ukrywając twarz w dłoniach.

- Ooo! A co to za bajka? - usłyszałem i spojrzałem w kierunku głosu. To był jeden z tych, którzy zniknęli mi z oczu w knajpie w moim śnie. Gdy pierwsze wrażenie minęło rozeszliśmy się na zwiedzanie okolicy, sklepu i szaletów. Poczułem, że ja również muszę "odcedzić kartofelki".

2000

środa, 15 listopada 2006

Szklanka

Obudził się czując, że zsuwa się po krawędzi jakiejś gładkiej powierzchni. Dopiero po chwili ze zdumieniem spostrzegł, że zapada się w głąb czegoś, co przypominało szklankę. Próbował zatrzymać jakoś nieubłagany ruch w dół, ale bezskutecznie. Szklanka pochłaniała go i w końcu został unieruchomiony z nogami wiszącymi pół centymetra nad dnem naczynia i ściśniętymi przez szklane ściany ramionami. Wtedy zobaczył, że przygląda mu się jakiś człowiek. Twarz jego była niewspółmiernie duża w stosunku do tego, co zwykło się widzieć na co dzień. Cała reszta podążała rozmiarem za twarzą. Uwięziony poczuł się jak Guliwer w Krainie Olbrzymów i dopiero wtedy zaczął rozglądać się po otoczeniu aby... właściwie nie wiedział po co. Oczom jego ukazał się widok zdumiewający. Właściwie zdumiewający był brak widoku. Szklanka stała na stole. Co prawda widać było tylko pokrytą drewnianą wykładziną sporą powierzchnię, lecz nie ulegało wątpliwości, że był to stół. Obok stołu, prawdopodobnie klęcząc na podłodze znajdował się ten Olbrzym. To dziwne, ale jego ogrom nie przerażał. Tym bardziej, że twarz jego okrągła wyraz miała łagodny. Piegowaty nos i pełne dziecięcej ciekawości oczy wyglądały spod rudej, kędzierzawej czupryny. Jego obecność byłaby właściwie dla uwięzionego obojętna, gdyby nie fakt, że tylko Olbrzym mógł w tej chwili pomóc w wyjaśnieniu sytuacji, wymykającej się na razie wszelkim tłumaczeniom. Tym bardziej, że oprócz blatu stołu i niego nie było nic. Nic. Szara pustka. Nie mgła, nie ściana, po prostu nieskończona pusta przestrzeń. Właściwie wyglądało to tak, jakby Świat składał się z blatu, szklanki z więźniem i Olbrzyma, a właściwie części Olbrzyma, gdyż widoczny był tylko jego korpus z głową wspierający się łokciami na stole, z dłońmi położonymi wzdłuż krawędzi blatu. Więzień zatrzymał w końcu dłużej wzrok na jedynej oprócz niego postaci i począł odwzajemniać jego milczącą obserwację. Po dłuższym czasie tej gry w Kamienną Twarz, Olbrzym odezwał się obojętnie:

- Chyba cię szklanka wciągnęła.
- Chyba tak. A ty? Co tu robisz? - spytał również obojętnie uwięziony.
- Patrzę sobie. Jak widzisz niewiele jest tu do oglądania.
- No tak. Zawsze tu tak sterczysz.
- Zawsze. Gdzie indziej nie mogę.
- Właściwie mogłoby cię tu nie być - stwierdził zaskakująco uwięziony, chyba w celu sprowokowania Olbrzyma do czegoklowiek.

Duży nic nie powiedział, tylko dalej się przyglądał. Więzień tymczasem zdał sobie sprawę, że posiada coś w rodzaju Wolnej Dłoni, nie związanej z jego ciałem, istniejącej niezależnie od pozostałych, a nad którą ma pełną kontrolę. Dotarło do niego także jeszcze parę rzeczy, o których nie miał dotychczas zielonego pojęcia. Zaczął sobie wyobrażać, jak śmiesznie i fascynująco zarazem, wyglądali by ludzie, którym można by coś z ich ciała wymazać, wytrzeć, jak gumką do ścierania, na przykład nogi, ale tak, by dalej pełniły swoją funkcję, jednak nie byłoby ich widać. Ludzie mogliby wtedy chodzić po ulicy niekompletni. Ruchy normalne, ale między głową a nogami brakuje brzucha. Jest w tym miejscu pusta przestrzeń. Głowa zawieszona w powietrzu. Pomyślał o Olbrzymie. A gdyby jemu wytrzeć coś taką gumką? Nie wiedzieć czemu nazwał w swoich myślach "taką gumkę" "gumką metafizyczną".

- Ty - odezwał się do Olbrzyma. - Po co mnie tu trzymasz?
- Ja cię nie trzymam.
- To mnie wypuść.
- Nie wiem jak.
- Wyciągnij mnie ze szklanki.
- Nie mogę się puścić stołu. To ostatnie co pozostało.
- Co "pozostało"??? Z czego? Po czym?
- No, po wszystkim - odpowiedział Olbrzym, jak by to była najbardziej oczywista rzecz na świecie.
- Aha. Słuchaj, a jakbym i ciebie wymazał?
- Ciekawe jak.
- Mam tu taki mazak metafizyczny, którym mogę cię wymazać. Wytrzeć jak gumką do ścierania. On zamienia fizyczne w duchowe.
- Nie powinieneś tego robić.
- Czemu?
- Nie miałbyś wtedy na kogo patrzeć. Ani z kim rozmawiać. Poza tym to niehumanitarne.
- Niehumanitarne? A to dlaczego? Przecież ja cię nie unicestwiam. Ja ci tylko wytrę kawałek, na przykład ręce.
- Głupio bym wyglądał taki niekompletny.
- A ja to nie wyglądam głupio?!!! - krzyknął oburzony więzień i zdenerwowany, swoją Wolną Dłonią chwycił mazak i zaczął wymazywać szyję Olbrzyma.

- Bez sensu - odezwał się bez emocji Olbrzym. - Zachowujesz się bez sensu. I tak już nic wokoło nie ma, a ty wymazujesz jeszcze to, co zostało, choć zostało już naprawdę niewiele. Postępujesz nieracjonalnie, mówię ci, daruj sobie. To jest bez sensu, co ty robisz.

- A czy tu w ogóle coś ma sens? - stwierdził retorycznie uwięziony i kontynuował proces wymazywania. Gdy skończył widoczne były tylko ramiona oparte o blat stołu, nieruchome, statyczne. Począł teraz podziwiać swoje dzieło: wyizolowane ze swojego ciała ręce. Nad nimi unosił się głos nieustannie powtarzający coś o braku sensu...

IX.1998

piątek, 10 listopada 2006

Houellebecq i "Możliwość wyspy"

„Recenzje z Możliwości Wyspy trafiły na pierwsze strony magazynów literackich wiele miesięcy przed publikacją. Dzięki błyskawicznym przekładom książka ukazała się w kilku krajach jednocześnie. W ciągu ośmiu dni od premiery wydawca francuski sprzedał cały nakład – 200 tys. egzemplarzy. Autor zapowiada adaptację filmową we własnej reżyserii.”

To tyle z okładki tej książki, którą zmęczyłem ostatnio powodowany wewnętrznym imperatywem poznania czegoś co jest dyskutowane nawet w wielkonakładowych dziennikach. Nie zachęciły mnie drukowane tam fragmenty powieści, nie zachęciły mgliste recenzje. Jednak aby mieć zdanie na jakiś temat – trzeba ten temat poznać, chociaż liznąć. Pisarze, których szanuję, wypowiadający się się na temat twórczości Houellebecqa nie maja o nim wysokiego zdania. Po przeczytaniu książki dołączyłem do nich, choć pewnie z zupełnie innych powodów.

Co mi się nie podoba? Niekonsekwencja i bałaganiarstwo. Bohater obudził się i z przerażeniem stwierdził, że nie ma przy nim psa. Okazało się, że pies ociera się się o drzewo kilka kroków dalej wściekle ujadając. Ujadanie bohatera nie obudziło? Albo stopione lody arktyki i antarktydy zatopiły prawie całą Azję zostawiając tylko Tybet. A Europa? Europa pogrążyła się w wojnach. Przecież wiadomo, że Europa leży znacznie wyżej niż Tybet. Takich rzeczy jest w powieści mnóstwo i niestety sprawiają one, że wszystko się czyta nie jak przekaz intelektualisty ale jak opowiadanie uczniaka. Dbałość o szczegół i trzymanie się praw fizyki pozwoliło Lemowi zbudować światy, które porażały swoim filozoficznym przesłaniem. Można było wejść w wykreowany świat bez wątpliwości, zapominając o jego fikcyjności, wniknąć w jego system wartości i poczuć co jest nie tak, albo zastanowić się nad przesłaniem. Niestety u Houellebecqa te drobne niekonsekwencje sprawiają, że wykreowany świat momentalnie rozpada się z hukiem jak przerwany budzikiem sen, wracasz na jawę i stwierdzasz: ale głupi ten sen. Niestety, aby pochylić się nad wartością przekazu autora musi on zadbać także o stronę formalną.

Może Houellebecq powinien skupić się na eseistyce publicystycznej, zostawiając literaturę literatom. Albowiem (choć to już można zrzucić na karb tłumaczenia) również językowa strona powieści pozostawia wiele do życzenia. Stanowczo Houellebecq nie jest mistrzem słowa. Nie jest również mistrzem artystycznej konstrukcji powieści. Pomysł to nie wszystko. Powieść to nie konceptualizm.

Recenzje na Biblionetce

poniedziałek, 25 września 2006

Remonty

Nie ma czasu usiąść i pomyśleć choć przez minutę o niebieskich migdałach, a co dopiero stukać w klawisze... Remont mieszkania jest dość traumatycznym przeżyciem i zgodzą się z tym chyba wszyscy, którzy go przechodzili. Trauma remontu nie polega chyba jednak tylko na patrzeniu, jak Twoje mieszkanie jest niszczone, jak wszystko pokrywa się pyłem, przed którym nie sposób uciec, który wnika we wszystko i pokrywa ciało juz po pięciu minutach przebywania w remontowanym mieszkaniu. Trauma polega głównie na tym, że nigdzie indziej nie czułem się tak zlewany przez kogokolwiek. Robotnicy, których jestem klientem, wyznają dokładnie przeciwne zasady, tym które obowiązują w normalnym, to znaczy niezdrowym i połączonym z wyścigiem szczurów, biznesie. Mają totalnie gdzieś dotrzymywanie terminów, robienie rzeczy zgodnie z wytycznymi, czy jakiekolwiek myślenie o pomyślności klienta. Oczywiście przy rozmowie potakują każdemu Twojemu słowu, na każdą spieprzoną rzecz znajdą tysiące uzasadnień i każdy termin przesuwa się nie z ich winy.

To, że jeden kaloryfer przykręcany jest przez cały dzień, a praktycznie przez te 20 minut, gdy jestem na miejscu i patrzę hydraulikowi na ręce - to nie ma żadnego znaczenia - dzisiaj było mnóstwo roboty. No w sumie fakt. Odpakowanie grzejnika i wypicie piwa zajmuje kupę czasu. Podobnie elektryk, który robotę przeznaczoną na 3 dni (wg jego słów) wykonuje w trzy tygodnie, nie widząc w tym nic niestosownego ani nic dziwnego. I nie ma znaczenia fakt, że o godzinie 14 w sobotę zostaje uprzedzony, że przyjdę jeszcze raz o godzinie 18 - nie przeszkadza mu to wykuć 20 cm rowka pod kabel i usnąć jak dziecko na zapylonej podłodze przy otwartych drzwiach. Aż się przestraszyłem czy mu się cos nie stało. Ale nie. Te 20 cm rowka to był fajrant na dzisiaj i tego dnia był juz zbyt zmęczony, a następny raz przyszedł po 3 dniach.

Najgorzej jak weźmiesz robotników z polecenia - wtedy głupio jest ich wyrzucić, ochrzanić, zrobić cokolwiek, bo przecież robią ci po znajomości po kosztach. Zadzierając z nimi po pierwsze narażasz się na to że zamurują ci jajko w ścianie, a po drugie robisz przykrość znajomości. Ale bez znajomości nie masz już żadnej gwarancji i w efekcie kierując się instynktem wybierasz coś znanego niż coś obcego. Skutki potrafią być opłakane. Użerasz się i tak, a ręce są spętane.

poniedziałek, 18 września 2006

dosyć ideologizowania

Dosyć już jałowego wołania na puszczy o prawdę, o poszanowanie dla właściwych znaczeń pojęć, o właściwą pamięć historyczną. Zawsze gdy biorę udział w tego typu słownych przepychankach rozmówcy sprowadzają każdy problem do kwestii w rodzaju: ten twój PiS którego tak bronisz też kradnie, Kurski kupił sobie leśniczówkę za pół darmo, a radio Rydzyka założone jest za kasę agenta, więc PiS jest jeszcze gorszy od SLD i wszystkich poprzedników razem wziętych, bo wyciera sobie gębę farmazonami o sprawiedliwości, mając na widoku tylko własny interes. Gdy zwracam uwagę, że mi nie chodzi o obronę PiS-u, a o obronę pewnych wartości, których w Polsce nie ma, obojętnie czy po prawej czy lewej stronie, bo zło nie zostało nazwane w odpowiednim momencie złem – znowu słyszę: tak! Po 17 latach PiS-owi w głowie tylko rozliczenia i poszukiwania urojonych układów, a gospodarka leży! W Polsce nie da się porozmawiać na jakikolwiek temat ideologiczny, bo od razu latają ciupagi politycznych szufladek. Nie wiem, czy jest to przypadłość polska (powiedzenie, że gdzie dwóch Polaków tam trzy zdania powinno być zastąpione zdaniem, że gdzie dwóch Polaków, tam trzy dyskusje), czy też jest to przypadłość post-sovieticusa, ale to pewnie jacyś mądrzy ludzie zdefiniują.

Tymczasem z wszelkich tych dysput i z wszelkich tekstów wyziera jedynie wszechogarniająca obezwładniająca nuda. Zatem chyba trzeba coś z tym zrobić i albo wprowadzić element sensacji, albo po prostu zaprzestać tych pseudo-intelektualnych zabaw, będących efektem erupcji frustracji niedowartościowanego ego. A ponieważ do sensacji mam predyspozycje jedynie podczas podróży - zatem nie pozostaje mi nic innego jak po prostu się zamknąć.

środa, 13 września 2006

Tatry

Zawsze marzyłem, aby przejść się po skałach, o których pisał stary Witkiewicz, z których spadł Karłowicz i o których opowiadali znajomi. Ładna pogoda, góry i adrenalina zagłuszająca zmęczenie. Marzenie o Granatach czy Kościelcu pewnie jeszcze jakiś czas zostanie nie zrealizowane, ale kilka dni temu przeszedłem się wreszcie po skałach, na które moja druga połowa miałaby chęć ale brakuje odwagi. Pojechaliśmy z grupą znajomych w słowackie Tatry Wysokie.

Pierwsza rzecz: kupa ludzi jak to w Tatrach, choć jednak bardziej rozciągnięta w przestrzeni. Ludzie wszędzie na szlaku, ze zdecydowaną przewagą Polaków. Zaskoczyła mnie spora liczba Węgrów i niska frekwencja samych Słowaków. Mniej niż w polskich górach było także trampkowiczów i pań na szpilkach. Być może w te rejony trudno jest dotrzeć w kilka godzin.

Druga rzecz: schroniska dużo bardziej surowe, o architekturze blaszanego baraku. Szczególnie te w wysokich górach. Nie bardzo rozumiem, jak nie zawalają się pod śniegiem te płaskie dachy. I zaopatrzenie przynoszone faktycznie na plecach. W jednym schronisku widzieliśmy rekordy tragarzy, którzy na własnych plecach przynieśli do poszczególnych schronisk od 160 do 201 kg. Niestety w pierwszej chwili nie skumaliśmy o co chodzi i nie zapisałem jako ciekawostki które schronisko jaki dzierży rekord.

Trzecia sprawa: góry. Dziś już chyba nikt nie chodzi w góry by szukać samotności kontemplacji i skupienia. Nie sposób tego zaznać w tym zadeptanym przez turystów regionie. Jeszcze może w Gorganach czy Czarnohorze (z tych najbliższych nam gór) można iść przez tydzień nie spotykając żywej duszy. Ale tam też pewnie się to zmieni, jak codzienność trosk zejdzie do poziomu pozwalającego korzystać z życia. Jest jednak w wysokich skalistych górach coś, co pozostanie chyba niezmienne, pomimo widocznych z daleka sunących wydeptanymi ścieżkami ludzkich mrówek. Tą rzeczą przyciągającą jak magnes jest przejmujący i nieprzemijający majestat. Szczególnie teraz, gdy jakiekolwiek resztki majestatu szargane są z niezwykłą zaciekłością, gdy ostatnie wyspy zamieniane są w bagno, teraz to doświadczenie wielkości pozbawione ludzkiego udziału, ludzkiego wymiaru pozwala uporządkować sobie świat i wartości własnego marnego życia.

poniedziałek, 11 września 2006

Absurdy

Życie jednak za szybko się toczy, nie pozwalając nawet na chwilę refleksji, kontemplacji czy zabawy w kronikarza. Z jednej strony to smutne, z drugiej strony budujące: dobrze że coś sie dzieje, wszak życie to ruch a nie stagnacja. Aczkolwiek przechery z pijącym i leniwym elektrykiem potrafią wyprowadzić z równowagi.

Z równowagi wyprowadzają także inne rzeczy. W zasadzie ostatnio nierównowaga jest stanem tak permanentnym, że gdybym znalazł się nagle w świecie normalności pewnie poruszałbym się kołysząco jak marynarz powracający z długiego rejsu. Gdy widzę jak Giertych, którego ojciec był członkiem PZPR, opluwa Jacka Kuronia, twierdząc, że nie jest on dla niego autorytetem, a jeśli dla kogoś jest  to nie powinien, to rodzi na mojej twarzy politowanie. Gdy słyszę Leppera stającego w obronie Kuronia, to czuję rozbawienie. Ale gdy nad Jego grobem staja ramie w ramię Mazowiecki, Michnik oraz Kwaśniewski, gdy w obronie dobrego imienia Kuronia występuje Oleksy twierdząc, że bez niego nie byliby tu gdzie są  wtedy coś mi się robi dziwnego. Ja rozumiem, że pewne wartości nadrzędne powinny łączyć ale jest pewien rodzaj jakiegoś poczucia przyzwoitości, który nie pozwala mi przyjąć takiego stanu rzeczy. Ja bym zrozumiał gdyby np. zabójca Popiełuszki stanął nad jego grobem i przemówił, że ten człowiek odmienił jego życie, że ta zbrodnia była nie potrzebna, że nigdy nie zdejmie z siebie brzemienia winy, ale teraz docenia wartości jakie chciał przekazać ks. Jerzy i apeluje do wszystkich o poszanowanie dla księdza (i np. o przebaczenie dla siebie). Ale deklaracje tych aparatczyków ostatnich lat PRL-u brzmią niestety jakże odmiennie. Przejaskrawiając to trochę tak, jakby Himmler czy Goebels nawoływali aby nie kalać dobrego imienia hitlerowskich opozycjonistów bo to sie nie godzi. Nawet gdyby tak wołali, nie godziłoby się ich dopuszczać do głosu. Bo to obniża rangę tamtych bohaterów. Dziwi mnie, dlaczego takie umysły jak Mazowiecki albo Geremek tego nie pojmują. Michnik już mnie nie dziwi. Chcę natomiast wierzyć, że jest to jednak głupota a nie coś innego...

Druga sprawa to koalicja wyborcza ugrupowań takich jak SLD, PSL, UP i Demokraci.pl. No niestety nie wiem jak na tym wyjdą te partię, obawiam się że jedynie wzmocnia SLD, bo Demokraci stracili w moich oczach całą swoja wiarygodność. Jej resztki istniały jeszcze, pomimo skoligacenia się z Belką czy Hausnerem, ale teraz już niestety przesadzili. I niestety po raz kolejny muszę przyznać rację pomysłowi PiS dotyczącym dekomunizacji. Gilowska nawet jeśli donosiła będąc zwykłą peplą  miała kłopoty. Mocodawca osób, którym donosiła, jak Kiszczak, Miller, Oleksy czy Kwaśniewski  chodzą po Rzeczpospolitej w pełni chwały. A mnie krew zalewa. To tak jakby uznać, że SS byłoorganizacją zbrodniczą, a Hitler już nie jest zbrodniarzem, bo nie współpracował z SS. Fakt, on przecież jedynie wydawał jej rozkazy.

Świat jest pełen absurdów, a nasz mały polski grajdołek jest jakimś niesamowitym zagłębiem takich absurdów, dlatego trzeba jak najszybciej wreszcie zrobić to co nasi sąsiedzi zrobili na początku wolności. Teraz jest za późno? Dlaczego? Bo aparatczycy juz się pourządzali? Bo są już starzy i schorowani? Czy mam olać nazwanie Katynia ludobójstwem tylko dlatego że było to ponad 60 lat temu? Czy mafia prószkowska powinna być zostawiona w spokoju bo pobudowała sobie pałace, w których mieszkają niewinne jej dzieci? Znacznie lepiej bym się czuł jednak gdyby słowom i pojęciom przywrócić ich pierwotne znaczenia. Nawet jeśli to takie nie postmodernistyczne.

poniedziałek, 21 sierpnia 2006

Takeshi Kitano i jego Lalki

Kiedyś na spotkaniu u mojego kumpla z czasów dzieciństwa, jeden z jego gości, nie wiedząc co ze sobą zrobić, otworzył kolejną puszkę piwa i zapytał: To co? Może jakiś film puścimy? Filmu oczywiście nie obejrzeliśmy, ale zacząłem z nim rozmawiać o kinie egzotycznym. On stwierdził, że jest fanem kina wschodnioazjatyckiego i że jest tam naprawdę sporo filmów, które na zachodzie są kompletnie nie znane, a których jakość, przy tym co dociera do europejczyków, jest jak jakość diamentu przy graficie. Jako przykład przywołał reżysera Takeshi Kitano, jako twórcę niezależnego i płodzącego filmy naprawdę wysokiej jakości według własnych scenariuszy. Przewrotność ich fabuły i głębokość spojrzenia połączona z humorem, który długo po Kitano zaczęto nazywać Tarantinowskim, są całkowicie nam obce, bo nieznane. I najnowszy wtedy film Kitano pod tytułem "Zatoichi" jest jednym ze słabszych jego filmów, co pokazuje brak rozeznania decydentów wybierających filmy, albo po prostu wybór jest dostosowywany do rzekomego poziomu odbiorcy w Europie. Następnie otrzymałem wykład o twórczości Kitano, gdzie natłok informacji w połączeniu z trudnością powtórzenia (nie mówiąc o zapamiętaniu) kolejnych nazwisk i tytułów sprawił, że nie wyniosłem z tej rozmowy nic ponad to, że Kitano wielkim reżyserem jest.

Wczoraj zostałem namówiony przez moja drugą połowę na kino. Poszliśmy na rzekomo fantastyczny film pod tytułem "Lalki". Dopiero w kinie zobaczyliśmy, że to film sławnego Takeshi Kitano. Fantastycznie! Zaczynają sprowadzać jego filmy! Gutek dostrzegł wreszcie gwiazdę. Diament wschodnioazjatyckiego kina będzie dostępny także dla nas! No dobrze. Uprzedziłem połowicę, że to reżyser filmów o Yakuzie, że mogą się strzelać ale niekoniecznie, i że w takim razie cieszę się, że dałem sie namówić na "Lalki" (ale nie z powodu potencjalnych strzelanek)... No cóż...

O czym jest ten film? Przede wszystkim o miłości, o wierności, o spełnieniu. Mógłby być też dobrą ilustracją do powiedzenia, autorstwa chyba Marka Twaina, że jak Bóg chce kogoś ukarać to spełnia jego marzenia. Tu, spełnienie miłości oznacza zakończenie drogi. Film powinien spodobać się fanom ekranizacji "Władcy Pierścieni". Tam w pierwszej części bohaterowie szli szli szli. W drugiej części biegli biegli biegli. A w trzeciej dołączyły do nich konie i bohaterowie jechali jechali jechali. A wszystko w olśniewających pejzażach, fantastycznej upoetycznionej przestrzeni. "Lalki" nawiązują do pierwszej części. Jest w filmie kilka fajnych pomysłów, ale niektóre są nierozwinięte, urwane w połowie, inne zaś rozwleczone do granic wytrzymałości widza. W zasadzie tylko jeden wątek podstarzałego bossa yakuzy jest dobrze i konsekwentnie dramaturgicznie poprowadzony i rozwiązany. Reszta, z głównym wątkiem na czele jest po prostu niestrawna. I podobnie jak we "Władcy" strona wizualna nie ratuje. To nie jest "Hero", gdzie malarskość obrazu jest arcydziełem. Być może są tu obecne różne kulturowe odniesienia, które dla mnie są nieczytelne, ale "Sny" Kurosawy też są seria alegorii, które u większości wywołują tytułową senność, ale skomplikowana symbolika się broni jako dzieło filmowe, jako seria obrazów. "Lalki" niestety się nie bronią. Nużą. Szczególnie po takich filmach jak "Pusty dom" albo "Łuk" gdzie też się pozornie niewiele dzieje, a ile się dzieje! Tutaj niestety, mam wrażenie, że trochę za mało było materiału na film. Może gdyby go skrócić chociaż o połowę, cos by z tego wyszło. A tak? Pozostaje w głowie jedynie scena z plakatu i czerwony sznur, na którym widz ma ochotę sie powiesić.

Czy przestałem lubić Takeshi Kitano? Nie. Jak dotąd mam poczucie, że nie miałem okazji go nawet zapoznać. Dalej czekam na jego film, który mnie powali, który mnie zachwyci. "Zatoichi" jest ładny, sprawny i poprawny. Ale jedynie poprawny. Nie zachwycił mnie i nie rozczarował. Już "Old-Boy" był bliski temu, ale to nie był film Kitano. A jeśli chodzi o opowieść kolegi przyjaciela - dalej czekam na potwierdzenie słów jego.

czwartek, 17 sierpnia 2006

Przypadek Grassa

Pominę milczeniem skandaliczną próbę demaskacji Herberta. Ocena tego przypadku jest tak jednoznaczna że nie warta uwagi. Zatrzymać się chcę nad innym rozpalającym ważne głowy przypadkiem. Günter Grass i Waffen SS.

Dlaczego mamy pretensje do Grassa, że tak późno się przyznał do swojej służby w szeregach Waffen SS? Lepiej by było gdyby odkryli to kiedyś historycy? Lepiej by było, gdyby spekulacjom na temat fabrykowania dowodów, prawdy historycznej i wagi autorytetu nie było końca? Grass pokazał swoje człowieczeństwo. Grass nie jest świętym. Jest grzesznikiem. Grass to nie Wojtyła. Całe życie poświęcone dla pojednania, całe życie negowanie udziału nazistów w jakimkolwiek życiu publicznym, ma zostać przekreślone przez młodzieńczy nieodpowiedzialny wybryk? W czasie ogólnie panującego szaleństwa? Wałęsa też podpisał kiedyś jakieś papiery w SB i co? Czy ta młodzieńcza parafka na kawałku papieru w intencji podpisującego mówiąca: walcie się - przekreśla późniejszą działalność, późniejszy dorobek? Kto jak nie Grass ma prawo mówić: nie wolno dopuścić nazistów do publicznego życia! Zrobił coś co ciążyło mu zawsze, wiedział, że przeciwnicy odbiorą mu prawo głosu, że gdyby wcielić w życie jego pogląd  on także nie powinien się odzywać. Ale się odzywał. Teraz jego głos powinien zabrzmieć jeszcze dobitniej: wszyscy szafarze ideologii  uważajcie! Ludzie, nieważne czy inteligentni czy prości  są wobec ideologii bezbronni. Potrzebujemy moralnych autorytetów dlatego, że tak trudno ocenić każdą decyzję, którą w życiu należy podjąć. Gdy autorytety zastępowane są szaleństwem  zagubienie nie jest udziałem tylko maluczkich. Inny niż Grass przykład? Heidegger.

Przypadek Grassa jest świetną ilustracją tego, że łatwo jest oceniać po latach. W trakcie dziania się rzeczy  łatwość prawdy nie jest już taka oczywista. Zawsze należy wątpić, zawsze należy myśleć, zawsze się zastanawiać. I nigdy nie być pewnym. Albowiem wszyscy żyjemy w platońskiej jaskini.

A gdyby Grass się nie przyznał? Czy byłby wtedy nieskazitelnym autorytetem? Boccaccio opisuje przypadek pewnego jegomościa, który tuż przed śmiercią, daleko od domu, wyspowiadał się księdzu i nawkładał mu do ucha wielkie historie własnej świętości. Umarł i został wystawiony na publiczny widok jako przykład świętego godnego naśladowania. Dopiero rozpoznanie przez przypadkowego ziomka położyło kres temu bałwochwalstwu rozpustnego trupa. Czy wolelibyśmy żeby z Grassem było podobnie? Wolelibyśmy tkwić w niewiedzy i w fałszu, ale za to mieć kogo wychwalać za niezłomną postawę? A tu okazało się że to człowiek z krwi i kości, który pomimo całego swojego wielkiego umysłu zbrukał się haniebnym uczestnictwem. A może wyciągnijmy wnioski z tego dramatu człowieka, z ubezwłasnowolnienia jednostki przez historię? Nie? To za trudne? Łatwiej rzucać kamienie?

Oczywiście, że można podejść do całej historii jak do świetnie rozplanowanej kampanii marketingowej, ale nawet gdyby tak było, nawet jeśli takie były prawdziwe pobudki, to warto się zastanowić po pierwsze: kogo sobie wybieramy na autorytety? po drugie: abstrahując od pobudek  co nam mówi ta historia, co możemy z niej wynieść dla siebie? I z tym pytaniem dyndającym pod hitlerowską albo komunistyczną żarówką zostawiam ten temat pozornie naświetlony, a faktycznie nie wychodzący z mroku.

środa, 16 sierpnia 2006

Słowo o Steinbach

Nie można się w ogóle skupić na czymkolwiek. Zbyt dużo tych osobistych spraw nie do załatwienia. Zbyt głęboki ten ocean nieporozumienia. Mówienie niczego nie rozwiązuje. Mówienie coraz więcej gmatwa. Dlatego pozwolę sobie na ucieczkę od tych rzeczy, które kłując w serce nie pozwalają w nocy zasnąć i moczą prześcieradło słoną wodą tłumionego szlochu. Ucieczki nie są czymś chwalebnym, ale czasem pozostają jedynym wyjściem. Murti-Bingiem z konieczności. Prawda nie zawsze wyzwala. Prawda niegotowych popycha do dalszego kłamstwa.

Dosyć jednak tych mętnych osobistych wycieczek, które są jałową próbą odreagowania, bez możliwości przekazania czegokolwiek komukolwiek. Zbyt daleko idąca ogólnikowość zawsze nudzi, pora zatem zakończyć te jałowe dywagacje i skupić się na konkrecie. Bez narracji nie ma spotkania.

*

W Berlinie otwarto wystawę o straszliwym losie wypędzonych. Eriki Steinbach "Wymuszone drogi. Ucieczka i wypędzenie w Europie XX wieku". Zestawiono rzezie Ormian i inne oczywiste okropności z losem Niemców wysiedlonych po drugiej wojnie światowej z Ziem Wyzyskanych. W odpowiedzi polski premier pojechał do Stuthof, a p.o. prezydenta Stolicy odwołał wizytę w Berlinie. Trochę to wygląda tak: Kowalski bije Iksińskiego kijem po głowie krzycząc wszem i wobec, że Iksiński jest bandytą. Biedak sie oburza, ale wiadomo przecież, że im głośniej będzie zaprzeczał tym mniej będą mu wierzyć. Przecież Kowalski nie biłby Iksińskiego bez powodu? To przecież nie ludzkie. Iksiński w końcu sie wkurza na tyle, ze rzuca sie na Kowalskiego i łamie mu nos. Kowalski krzyczy: a nie mówiłem? To bandyta!!! Gdy Polacy w końcu się wkurzyli i wybrali Prezydenta i partię, która śmie twierdzić, że Kowalski nie ma prawa bić bez powodu Iksińskiego  wtedy wszyscy oświadczyli: popatrzcie! Polacy to głupki! Zacofani faszyści i ksenofobi! A najgłośniej, jak zawsze w takich sytuacjach, będą krzyczeć wszyscy Kowalscy tego świata. Z Niemcami na czele.

Co odróżnia Polaków od innych europejskich nacji? To, że jak w dobrej polskiej rodzinie, bracia staną nie po stronie ziomka Iksińskiego, tylko przyłączą się do Kowalskiego i chętnie sami skopią leżącego Iksińskiego. Jak ten naród przetrwał 1000 lat? To jest dla mnie zagadką. Polakom, a zwłaszcza tak zwanym elytom można na pewno zarzucić brak narodowej solidarności. Nie można natomiast zarzucać faszyzmu czy ksenofobii!!!

Czy jednak protesty się na coś zdadzą? Myślę, że ruch premiera z odwiedzinami Stuthof w reakcji na otwarcie berlińskiej wystawy był bardzo dobry. W przeciwieństwie do wcześniejszych reakcji na satyryczne artykuły w jakiejś gazecie. Jedynym wyjściem w takiej sytuacji to walnąć Kowalskiego dokładnie w ten sposób, jak on walił dotąd innych. Czy naprawdę tak trudno jest spreparować satyryczny artykuł o raszpli Merkel, której kartoflany nos jest wprost proporcjonalny do wielkości jej partii? Czy naprawdę tak poważnie musimy podchodzić do młodzieńczych przygód Grassa i odbierać mu honorowe obywatelstwa? Czy naprawdę nie możemy poprzestać na odpowiednio rozreklamowanych żartach o tym, że Niemiec, nawet jeśli dostał nagrodę Nobla, niestety jest umoczony w zbrodnię, że niestety dawno minęły czasy Ottona III, gdy Niemcy potrafili myśleć nieco bardziej humanitarnie i dalekowzrocznie? Że nie byłoby Hitlera bez Bismarcka i jego idei Wielkich Niemiec? Że zbrodnia wpisana jest w każde mocarstwowe myślenie, a w niemieckie w szczególności? W przypadku Rosjan to jest manipulacja garstki masami spragnionymi cara. W przypadku Niemiec jest to niestety cała filozofia skażona manią wielkości.

Że tego typu poglądy nie muszą być prawdziwe? Że to wypaczanie obrazu Niemca? A kogo to obchodzi? To artykuł satyryczny przecież! Rząd nie może ograniczać wolności prasy, zabraniać nikomu pisać tego co chce! A może jest jakaś na tyle subtelna, że niedostrzegalna, różnica między niemiecką satyrą a polską? Że takie myślenie nie sprzyja pojednaniu i europejskiej integracji? Przecież ja sobie tylko jaja robię. Przecież mi wolno, bo żyjemy w wolnym świecie. Tym bardziej, że nie ma tu nawoływania do nienawiści, tu jest proste stwierdzenie oczywistego faktu: Niemcy to hitlerowcy. Tak samo jak Polacy to ksenofobi.

Zaskoczyła w tym całym zamieszaniu, kretyńska z reguły, Młodzież Wszechpolska, która rzeczowo, konkretnie i spokojnie stanęła sobie ze zdjęciami z Powstania Warszawskiego i innymi obrazami całkowicie usprawiedliwionego, bo niemieckiego, bestialstwa. Zgadzam się z młodymi Niemcami: dość rozliczania, patrzmy w przyszłość. Ale czy to dotyczy jedynie jednej strony? Czy też ten apel po raz kolejny jest wyrazem moralności Kalego: jak nam wypominają zbrodnie  to źle, jak my wypominamy złe traktowanie podczas ponoszenia konsekwencji naszej zbrodni  to dobrze. Nie, to juz nawet nie jest moralność Kalego. To jest jakaś forma europejskiego terroryzmu. Ekstremiści nie widzą nic zdrożnego w mordowaniu i paleniu ambasad z powodu urażonych uczuć kilkoma obrazkami. Niemcy nie widzą nic zdrożnego w zestawieniach wypędzonych na skutek powojennego przesuwania granic rodaków z rzeziami Ormian. To jest ciągle ten sam typ myślenia jak w przypadku klasyfikacji Żydów do komór gazowych. To jest dowód, że Niemcy nie są gotowi na traktowanie ich jak normalny europejski naród. Ta wystawa i stosunek do niej samych Niemców to jest dowód, że pokuta nie została jeszcze odprawiona, że warunek rozgrzeszenia w postaci skruchy jeszcze nie został spełniony.

Ale głowa do góry. Obozy zagłady są na polskiej ziemi, zatem to Polacy przecież są za nie odpowiedzialni. Nie Niemcy. Niemcy to taki kulturalny naród: Beethoven, Goethe, Grass...

czwartek, 10 sierpnia 2006

Sens bloga...

Jaki sens jest pisać o bieżących wydarzeniach? O weselach, spotkaniach, o kupowaniu wodomierzy, umywalki, czy wanny? O bieganiu po sklepach za odpowiednią glazurą i wybieraniu szaf do przedpokoju? O upierdliwym szefie i głupiej ekspedientce w sklepie lub na poczcie? O kolorze nieba albo kształcie kałuży, która zagradza drogę na autobusowy przystanek? Nie wiem, jaki to ma sens, podobnie jak nie wiem jaki sens ma całe życie, rozmowy z kolegami, piwo w bramie czy kolejny raport z działań. Takie działania odwracające uwagę od upływu czasu, od poczucia marności, od świadomości końca i od szukania sensu, którego każdy chciałby mieć poczucie. Świat nie ma immanentnego sensu, świat ma taki sens jaki my mu nadamy – powiedział kiedyś pewien filozof i miał rację. Problem tylko w tym, że nie zawsze jest czas, by tego sensu szukać. Bo najpierw trzeba zapełnić żołądek, a następnie się wyspać. A to zabiera coraz więcej energii, szczególnie jak człowiek jest na dorobku. I pozostają jedynie jakieś formy zastępcze, dające poczucie jakiejkolwiek namiastki intelektualnej aktywności, pozostawiającej namiastkę śladu. Pozostają wiersze pisane do szuflady, pozostają listy do gazety, pozostają wreszcie blogi...

piątek, 4 sierpnia 2006

Jałowość

A wiec stało się to co miało się stać – pomyślał Rezon – wreszcie zostały wypowiedziane na głos te słowa, które do tej pory wisiały w powietrzu, zatruwając atmosferę swoim sączącym się powoli niewypowiedzianym jadem. Nie spełniam oczekiwań, przychodząc do pracy kilkanaście minut po czasie i nie ma znaczenia, że sąsiedni stolik używany jest godzinę krócej niż powinien. Nie ma znaczenia, że stanąłem na głowie by doprowadzić do końca projekt, któremu wszyscy rzucali kłody pod nogi i wymyślali coraz to nowe założenia. Projekt od którego podobno zależało być albo nie być mojego szefa, który teraz nie czuje skrupułów, by zakomunikować mi radośnie, że moje zaangażowanie jest poniżej wszelkiej krytyki. Co jeszcze można zrobić? Gdy jakiś czas temu, zaangażowany w społeczny projekt całą energię poświęcałem na realizację celów, które bynajmniej nie były tożsame z celami firmy, wtedy nie było problemu, że zbyt mało się angażuję i jakąś część w pracy poświęcam na „prywatne” sprawy. Teraz, gdy nie miałem czasu podrapać się w czubek nosa, gdy małżeństwo prawie się rozpadło, bo zbyt się zaangażowałem w pracę, teraz usłyszałem, że jakość mojej pracy spadła w stopniu nie do zaakceptowania.

To coś jak bohater Mahabharaty, który dziwił się że w niebie spotkał wszystkich tych, z którymi walczył, a w piekle tych, za których walczył. Istnienie nie zna sprawiedliwości. Jedynie wyjście to przestać istnieć. Ateista Witkacy strzelił sobie w łeb. Oświecony Siddhartha wszedł w stan nirwany, a jakie wyjście mam ja? Człowiek niepewny swojej drogi i swojego losu? Co mi pozostaje prócz obalenia jabola pod świętą gruszą wyrosłą na prozaicznej wierzbie?

Tak wspominając swój podły los Rezon otworzył kolejną butelkę wina patykiem pisanego i przechylił ją, wlewając w ściśnięte rezygnacją gardło, konserwujące wszystkie troski związki siarki rozpuszczone w popłuczynach po jabłkowym soku.

czwartek, 3 sierpnia 2006

Adrenalina

Dopiero jak człowiek uświadomi sobie swoją śmiertelność, zaczyna naprawdę żyć. Dopiero poznanie ograniczeń uwalnia człowieka do. Daje możliwość rozwinięcia skrzydeł tam, gdzie jest to wykonalne, bez bezsensownego walenia głową w mur. Nie czyni szczęśliwym, ale daje poczucie spokoju i kontroli. Taki człowiek zaczyna wynajdować sobie różne formy aktywności, które zaspokoją podświadomą potrzebę ustawicznego stresu, zaczyna wiele ryzykownych, bądź przekraczających jego możliwości działań, by mieć poczucie dyskomfortu, do którego jest przyzwyczajony od dzieciństwa: poczucia braku i niespełnienia. Uzależnienie od adrenaliny jest często opisywane przez wolontariuszy biorących udział w niebezpiecznych misjach.

Ostatnio rozmawiałem ze znajomym o tym, że jeszcze wszystko przed nami, że to co się działo dotychczas – to już się działo i nie mamy już na to wpływu, że to co mamy do zrobienia jest ciągle przed nami, a osiągnąć możemy to co chcemy, bo chcieć to móc. Zapytał mnie tylko: a co ty na jakimś kursie pozytywnego myślenia byłeś? I wyprowadził mnie lekko z autoterapeutycznego zacięcia, z transu dobrych racjonalizacji, z mantry uspokajających zdań. Mogłem mu szczerze odpowiedzieć, jak Polak Polakowi: nie, wszystko mi się wali i pali pod nogami, próbuję oszukać samego siebie, przekonując do mojego kłamstwa także innych, ale jak widać chyba znowu mi nie wyszło. Wzruszyłem więc ramionami i wróciłem do swoich stresujących zajęć, absorbujących życiowe energie, marnotrawiąc życie, które z takim bólem zostało mi ofiarowane raz jeden jedyny. A świadomość śmierci? Pozwala mi olać tych wszystkich moralizujących konowałów skrzeczących mi nad głową jakieś bzdury o niewykorzystanym potencjale, o marnowaniu szans czy lokowaniu wysiłków w niewłaściwych miejscach. Jakie to ma znaczenie, skoro jutro mogę zakończyć tą przygodę życia, a za 50 lat i tak będę miał poczucie, że nic nie osiągnąłem. Kryzys wieku średniego będzie mi obcy, bo działać zamierzam zacząć dopiero na emeryturze, a dziś żyję po prostu nie czekając na cuda.

A adrenalina? Teraz dostarczają mi jej urzędnicy. Nigdy nie przypuszczałem ile energii może kosztować hamowanie się przed wybuchem na kretyńskie wymagania lub zalecenia realizowane zgodnie z założeniem włoskiego strajku. A wszelkie przepisy doskonale się do tego nadają i stosowane przez odpowiednie osoby są doskonałym narzędziem psychicznego sadyzmu. A że zawodowo mam do czynienia z urzędnikami (to chyba objaw masochizmu) to niestety mogę tylko powiedzieć, że prawo iż dobry pieniądz jest coraz bardziej wypierany przez zły pieniądz nigdzie nie jest tak prawdziwe jak przy wymianie kadr urzędniczych. I tak od pozytywnego myślenia doszedłem znowu do wulgarnego utyskiwania na biurokrację.

wtorek, 1 sierpnia 2006

Powstanie Warszawskie

Nie pamiętam rok, czy dwa lata temu usłyszałem Lao Che. Jak to się stało, że młodzi przecież ludzie, z pokolenia abnegatów zbyt młodych, by załapać się na uwłaszczenie i zbyt starych by styropian był im obojętny, zbyt młodych by załapać się na peerelowską martyrologię i zbyt starych by peerelu nie pamiętać, z pokolenia, o którym mówiło się, że wszystkie wartości zwisają im i powiewają, że szanse dawno przegrane i energia zmarnotrawiona, że z tego pokolenia znalazła się garstka osób, która zrobiła taką płytę jak Powstanie Warszawskie. Świeżość, energia, emocje, przy zachowaniu artystycznej równowagi, planu i skupienia, połączone z artyzmem wykonania, z odpowiednim doborem środków w odpowiednich miejscach – to wszystko rzuca na kolana pod ciężarem wartości (o których coraz rzadziej się dziś mówi) artystycznych. Jeśli dodać do tego plotki jakoby płyta powstawała w towarzystwie środków tak dobrze znanych Witkacemu – wrażenie skończoności tego para-punkowego dziełka jest w dwójnasób zdumiewające.

Cały wytrysk różnego rodzaju gadżeciarstwa oraz słusznych inicjatyw, który zaczął się obchodami 60-lecia Powstania, nie przysłużył się płycie Lao Che, bo wpisał ją w obcy zamierzeniom nurt wydarzeń, zgodnie z prawami historii porywający wszystko na swojej drodze jak gwałtowna powódź. Chłopcy pracowali przez trzy lata nad dziełkiem, które miało być po prostu dobre, a stało się polityczne. Trudno. Ale nie poprzestawajmy na pierwszych wrażeniach i spróbujmy się wsłuchać w te odgłosy, czasem trudne, czasem wulgarne, zawsze znajome, a jakże inne. Jeśli chodzi o emocje jakie mogły towarzyszyć naszym poprzednikom w trakcie tego naprawdę ważnego wydarzenia – ta płyta przekazała mi znacznie więcej niż jakikolwiek dotychczasowy film, książka czy opowieść. Naprawdę polecam, szczególnie w taki dzień jak dziś, gdy o godzinie W nikt już się nie zatrzymuje na dźwięk warszawskich syren.

Młodzi ludzie ze straconego pokolenia mają więcej szacunku dla historii niż zaganiani ważni i kulturalni mieszkańcy współczesnej stolicy. Dzisiaj tak patetycznie, ale po prostu tak się czuję co roku, gdy patrzę przez okno na te mrówki bezrefleksyjnie pędzące do swoich nieważnych celów pomimo dobitnego i oczywistego w swojej wymowie hołdu syren.

poniedziałek, 31 lipca 2006

Niezdecydowanie

W zależności od tego co nam się w życiu przytrafia różne rzeczy jesteśmy skłonni oceniać jako najgorsze na całym świecie. Ja jestem teraz na tym etapie, gdy za najgorsze co moze się przytrafić to brak decyzyjności. Godziny poszukiwań, dni spędzone w sklepach, mozolne dochodzenie do konsensusu i trach: to co na początku było nie do przyjęcia teraz jest jednak chyba najlepszym pomysłem. Dotyczy to zarówno wybierania sukienki, jak i wybierania kafelków do łazienki bądź kształtu umywalki. Dotyczy to także terminu urlopu, potrawy w restauracji czy koloru zasłonek. Dotyczy to wieczornego filmu, napoju do picia i wszelkich innych wyborów, które każdy człowiek musi podejmować w swoim krótkim życiu. Tylko dlaczego sprawia to tak wiele problemu? Dlaczego kosztuje tak wiele wysiłku? I w dodatku gdy wreszcie zaczynamy wczuwać się i empatycznie dostosowujemy swoje zachowanie do tej cywilizacyjnej psychicznej choroby, sami także zmieniając co chwilę zdanie, nie chcąc jednoznacznie określić swoich zapatrywań – wtedy następuje seria uderzeń pod tytułem: dlaczego jesteś taki rozlazły? No ale dobrze, zapędziłem się w stare jak świat dywagacje na temat walki płci, różnic światopoglądów i odmienności światów. Tyle przecież napisano już na ten temat słów, zanalizowano temat tak dogłębnie, że szkoda wchodzić w te jałowe rozważania będące tylko i wyłącznie ekspresją sfrustrowanego ego i niczym więcej. Dość powiedzieć, że słyszałem różne opowieści na temat jak to remont generalny mieszkania testuje siłę związku i jedynym wnioskiem do jakiego dochodzę to zadziwienie moją i mojej połowicy cierpliwością, przy jednoczesnym poczuciu, że jestem już na skraju wytrzymałości i lada chwila wybuchnę z energią bomby neutronowej.

Stanie się wtedy to, co ma się stać, świat kręcić się będzie dalej bez szwanku, dwa życiorysy okraszą głębokie rysy, a przypowieści o różnicach płci nie stracą na aktualności. Zanim się to jednak stanie, ktoś może rozbroić zapalnik i wtedy już bez zakłóceń wszystko będzie zmierzać do wyznaczonych sobie ostatecznych celów.

piątek, 28 lipca 2006

Bo tak

Wracając jednak do zdziwienia i schodząc na ziemię, zdziwiły mnie ostatnio podane statystyki przestępstw. Liczba wakacyjnych rozbojów, kradzieży, napaści zmalała w stosunku do poprzedniego roku o 50%! Czy to upały ograniczyły płynność ruchów i szybkość reakcji na tyle by uniemożliwić drobny skok drobnego przestępcy? Czy też zapowiadane i wreszcie zrealizowane wyprowadzenie większej liczby policjantów na ulice rzeczywiście zadziałało prewencyjnie? A może społeczeństwo wzbogaciło się wreszcie na tyle, by zrezygnować z tej jakże ryzykownej formy zarabiania pieniędzy? A może zadziałały jakieś jeszcze inne niezidentyfikowane czynniki? A może zadziałały wszystkie czynniki na raz? A może...

Takim dywagacjom można by pozwolić płynąć i płynąć i można się pytać po co, w jakim celu, zawsze dochodząc albo do wzruszenia ramion, albo do zaangażowanego oburzenia: no jak to?! przecież to takie ważne rzeczy! To życie, które nas otacza! Świat, w którym żyjemy! W sumie racja, jak siedzę sobie przy piwie i po prostu patrzę, tom jest mruk i gbur (dla nieznajomych) albo znowu w depresji, znowu nie w sosie (dla znajomych). W sumie, przy piwie, trzeba o czymś rozmawiać i zawsze to chyba lepiej roztrząsać zawiłości tego świata niż kolejne erotyczne lub alkoholowe przygody współbiesiadników. Znowu: dlaczego lepiej? Boć taka dyskusja może zainicjować błysk zrozumienia, może rozszerzyć odrobinę horyzont (zanim nie zniknie za mgłą chmielu i nikotyny). A skoro życie to ruch to trzeba się ruszać. Ale nie w formie agonalnych drgań tych samych opowieści. Odpowiednia forma ruchu to sprawdzanie kolejnych ścieżek w borze dezinformacji, analizowanie wskazówek i sprawdzanie kolejnych wariantów. Takie jest moje zdanie. Ale znacznie krócej można by to uzasadnić w następujący, równie uprawniony, sposób: A bo tak.

środa, 26 lipca 2006

Niedojrzałość

Gdy chodziłem do szkoły wszyscy wołali na mnie: czajnik. Strasznie mnie to deprymowało, złościło, obrażało i martwiło, bo co to za ksywa: czajnik. Rocky, Jimi, Rulon – to rozumiem, silne męskie ksywy, ale czajnik? Teraz mi to przeszło i nie złości mnie już ksywa czajnik. Teraz złoszczą mnie inne rzeczy. Rzeczy, które jak dojrzeję także przestaną mnie złościć. Człowiek w miarę dojrzewania złości się coraz mniej, aż w końcu całkiem dojrzały usycha pogodzony z wszelkimi złośliwościami, jak jesienne jabłko miękkie i pomarszczone opada na ziemię, by zadość uczynić ostatniej złośliwości świata, dla której zgodę znalazł jedynie hinduski książę Sidharta, a usprawiedliwienie - syn cieśli z Nazaretu. Na razie jestem jednak ciągle niedojrzały i złoszczą mnie wszelkie złośliwości jakie niesie mi dzień powszedni w domu w pracy i na ulicy. Nie chcę jednak zatrzymywać się nad nimi, nie chcę rozdrapywać tych strupów, które jakoś zasuszyłem dmuchając powoli w sączącą się limfę. Chcę za to robić coś z czego nikt nie ma żadnego pożytku, chcę dzielić się pomysłami i słuchać opinii na ich temat. Będzie to kolejny powód do złości: brak odzewu, poczucie wołania na puszczy, gadanie do ściany, bez echa, bez reakcji. Z drugiej strony, trudno oczekiwać odzewu na słowa bez znaczenia. Być może więc kolejnym moim celem jest udowodnienie sobie własnej nicości, miałkości myślenia, nieważności, nieistotności własnych działań i słów przelewanych z pustego w próżne. Być może domaga się tego moja nieustająca niedojrzałość, moje nieustanne pragnienie zrozumienia własnego zdziwienia.

Ta energia poszukiwań połączona jest z narastającym lękiem przed ustaniem zdziwienia, przed pogrążeniem się w apatycznej rezygnacji godzącej się na wszystko obojętności, przed wyschnięciem jak jabłko na przednówku. Życie to ruch, zmiana, poszukiwanie. Nie można żyć nie dokonując wyborów, przyjmując wszystko co zaproponuje otoczenie. Zwykłe trwanie oznacza życie kamienia, obojętność wody, przezroczystość powietrza. To podskórne przekonanie o konieczności zmiany zakorzenione jest tak głęboko, że nie pomagają żadne filozoficzne i religijne sugestie, że w trwaniu i akceptacji też jest coś pozytywnego, coś wartościowego. Stąd nieustanne poszukiwanie różnicy, dziesięciu szczegółów pomiędzy dwoma obrazkami: chłop pod gruszą i chłop pod gruszą.


Pierwszy, nazwijmy go Rezonem, siedzi bo ogarnęła go rezygnacja, poczucie bezsilności na grzechy tego świata. Wie, że nic nie może zrobić, nie może niczego zmienić, że zostanie przemielony przez tryby życia jak jego ojciec, jego dziadek, jego syn i wnuki. Jedyne co mu pozostaje to siedzieć pod gruszą i złorzeczyć światu popijając tanie wino przegryzane pajdą chleba. Może przeklinać swoją dolę i planować wielkie rzeczy, jak danie w papę temu lub owemu, ale zawsze skończy te rozważania w tym samym miejscu i w tej samej formie. Jego rezygnacja nie jest jego wyborem. Jest jedynym wyjściem jakie ma, jest jedyną formą manifestacji woli, która wybiera bezruch zamiast wściekłego trzepotania motyla złapanego w siatkę. Rezon czeka, aż ostateczny koniec wyzwoli go z matni i przeniesie do sfery, gdzie nie będzie się musiał martwić o cokolwiek.

Drugi, nazwijmy go Naresem, siedzi pod drzewem idąc w ślady pewnego księcia, który miał ambicję zgłębienia natury świata. Doszedł do wniosku, że ten facet może i miał rację w swoim przekonaniu o marności świata i wiecznych powrotów kolejnych marnych form życia. Siedzi w celu zabicia w sobie jakiegokolwiek poczucia potrzeby, wszelkiego pragnienia, podtrzymującego jego bycie. Nie pomylmy go z chorym na depresję samobójcą, który według przekonania wspomnianego księcia wróci tutaj w innej formie, zdegradowanej swoim niecnym postępkiem. Nie jest moim celem roztrząsanie psychologicznych zawiłości różnych odmian zaniechania działania, chcę jedynie zarysować dwa bieguny postaw. Dlatego zaznaczę jedynie, że Nares kocha życie, kocha świat i go rozumie w pełnej jego złożoności, współczuje wszystkim tym, którzy go nie pojmują. Obiera jednak swoją drogę do wyjścia z koła cierpień, pragnie pozbawić siebie pragnień, by unicestwiając wolę bycia, unicestwić siłę, która powołuje go do życia.

Pytanie - czy pragnienie zniesienia pragnień nie jest równie wewnętrznie sprzeczne, jak tolerancja dla nietolerancji – pozostaje otwarte i dla postronnego obserwatora jest to ciekawy temat dla rozważań, jednak Nares, podobnie jak Rezon, już się nie zastanawia, ma opracowaną strategię, wyznaczone cele i określoną ścieżkę i trzymać się jej będzie aż do granic czasu. Ja jednak mam jeszcze wolę, jeszcze płonę w ogniu niedojrzałości, jeszcze zadaję pytania i dziwię się światu. Jaka będzie ta ścieżka, którą kiedyś odnajdę? Czy ją kiedyś odnajdę? Czy uschnę zwiędły jak hinduski asceta? Czy umrę młodo, zbyt młodo jak na swoje dziewięćdziesiąt lat? To są pytania na które nie ja będę znał odpowiedź. Ale to wcale nie znaczy, że nie będę ich zadawał.

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka