aktualizacja w weekendy ;-)

sobota, 28 grudnia 2013

Islamizacja Zachodu?

Bractwo Muzułmańskie jest równie demokratyczną organizacją jak swego czasu komunistyczna międzynarodówka. Widać to dzisiaj już wyraźnie w efektach Arabskiej Wiosny. Ciekawy jestem, w jaki sposób ta bardzo szeroko działająca organizacja, o zdecentralizowanych strukturach, doszła do dzisiaj obserwowanej mocy. Jakie mechanizmy działania się sprawdziły? Jakie zjawiska zakłócają sprawność maszynki? Jakie są kanały komunikacji? Jakie są filtry ideologiczne i jakie mechanizmy kontroli? Jednym słowem, interesuje mnie to samo, co w przypadku każdej innej organizacji, której długofalowe cele nie zdegradowały się, ale doprowadziły do względnego sukcesu.

W książce szwajcarskiej dziennikarki dużo jest sensacyjnego języka, mało sensacyjnych treści. Nawet nie chce mi się podawać przykładów. Przytoczę jedynie dygresyjną dykteryjkę.

Był taki czas, gdy podczas zakrapianych śpiewanych imprez na szczycie Góry, jeden z moich ulubionych znajomych wpadał w pewnym momencie w stupor i z uporem godnym lepszej sprawy nagabywał gitarzystę: zagraj coś Cata Stevensa! Gitarzysta odpowiadał że nie zna nic Cata Stevensa. Nie znasz Cata Stevensa? No nie znam Cata Stevensa! No jak to nie znasz Cata Stevensa? No normalnie, nie znam Cata Stevensa. To co ty w ogóle znasz?

I teraz, jedną z ciekawszych rzeczy, których dowiedziałem się dzięki książce Besson Sylvain to fakt, iż Cat Stevens został muzułmaninem i przyjął imię Yusuf Islam. Gdy podzieliłem się tą informacją z fanem Cata Stevensa, okazało się, że to informacja znana. Co więcej, była to informacja znana większej liczbie znajomych z tego grona i po chwili zostałem uraczony puszczonym na smartfonie nagraniem z jutuba piosenki w wykonaniu Yusufa Islama...

Zaiste, genialnym był otrycki bard, Christian Belwit, który śpiewał:

Na bok odkładam każdą gazetę, w ogóle ich nie czytam.
O to, co w świecie dzieje się, sąsiada zapytam.


Aha, no i jeszcze druga cenna informacja: okazuje się, że znana żeglarska piosenka o marynarzu, który sypał pieprz do konfitury, to tak naprawdę propagacja muzułmańskiej świętej księgi. Bowiem jak głosi wers 29 sury 18 Koranu: "Prawda pochodzi od waszego Pana. Przeto kto chce, niech wierzy, a kto nie chce, niech nie wierzy!"

wtorek, 11 grudnia 2012

Kiedy słowa przejdą w czyny?

Nie mogę się powstrzymać od wyrażenia tego, jak bardzo się cieszę z treści oświadczenia ZASP w sprawie ataków na film pt. "Pokłosie"! W oświadczeniu, które zanim zostało opublikowane na stronie internetowej ZASP (czy zostanie? może nie jest, bo ZASP się wstydzi? Niepotrzebnie!), podały do wiadomości publicznej różne media, możemy przeczytać m.in.:

"Fakt, że nasi sąsiedzi na wschodzie, północy i południu nie kwapią się do rachunku sumienia, dobrze im się żyje z kościotrupem w szafie - nie jest żadnym argumentem byśmy my zło zamiatali pod dywan." Polska powinna być "wielkoduszna, tolerancyjna, pozbawiona trujących złogów szowinizmu i ksenofobii, traktująca wszystkich swych obywateli jak braci. No i przede wszystkim odpowiedzialna. Nie krzepiąca serc mistyfikacją wielkości, ale szczerze dumna z tego co istotnie wielkie i szlachetne w jej historii."

Jakże to cenne słowa! Wsparcie dla fabularnego filmu "Pokłosie", którego akcja jest kompletną fikcją, nie mającą nic wspólnego z rzeczywistością, pokazuje, że treść dzieła artysty nie wpływa na skłonność do wsparcia jego działań. Zatem nic nie stoi na przeszkodzie, aby zarówno ZASP jak i inne instytucje wsparły filmowców zamierzających nakręcić lub dokończyć inne filmy dotykające istotnych zjawisk z polskiej historii najnowszych, które z nie do końca jasnych powodów wzbudzają niepotrzebne kontrowersje. Ich treść także nie powinna mieć wpływu na możliwość artystycznej wypowiedzi Twórcy! Mam na myśli przykład takich filmów jak nakręcona i czekająca na ostateczny montaż "Historia Roja", czy pozostający ciągle w sferze planów obraz o rotmistrzu Pileckim, albo najnowsza inicjatywa Antoniego Krauzego dotykająca wypadków w Smoleńsku.

Oświadczenie to niewątpliwie wytrąca argumenty z ręki krytyków pomysłu Krauzego, zarzucających filmowi brak potwierdzenia w faktach. Trudno przecież oczekiwać od fabularnego obrazu całkowitej zgodności z ustaleniami historyków czy śledczych! Jednak nie może to stać na przeszkodzie dla wspierania wizji artysty, który nie ma zamiaru ani "zamiatać zła pod dywan", ani "mistyfikować wielkości naszego państwa". Zgadzam się, że Polska powinna być "wielkoduszna, tolerancyjna, pozbawiona trujących złogów szowinizmu i ksenofobii, traktująca wszystkich swych obywateli jak braci." Dlatego Polska powinna z całych sił wesprzeć wspomnianych filmowców zamierzających zmierzyć się z naszą historią w wymienionych przeze mnie filmach.

Artyści polscy! Nie poprzestawajcie na słownych deklaracjach! Wesprzyjcie polską kulturę także swoimi działaniami!

Tekst pierwotnie opublikowany na portalu wNas.pl

niedziela, 2 grudnia 2012

Polski strajk inteligencji

Istnieje takie pojęcie jak "włoski strajk". Oznacza ono, jak wiadomo, bardzo dokładne wykonywanie wszystkich przewidzianych procedurą czynności. Okazuje się wtedy, że nic się nie da załatwić, nie da się zrealizować żadnego zadania, jeśli procedury są przestrzegane co do najdrobniejszego punktu.

Demaskowany nazwą tego pojęcia region Europy nie wydaje się przypadkowy. Jak wiadomo, w kraju tym, po latach rządów faszystów, czyli narodowych socjalistów, nastały długie lata rządów internacjonalistycznych socjalistów, czyli komunistów. Socjalizm zaś, jak powszechnie wiadomo, dąży do szczęścia ludzkości poprzez nadawanie poddanym coraz większego zakresu praw, regulowanych niekończącą się liczbą przepisów. Prawo rozszerzane i obwarowywane coraz liczniejszymi zastrzeżeniami przestaje być w efekcie czynnikiem porządkującym rzeczywistość, a zaczyna być czynnikiem będącym dodatkowym źródłem chaosu. Ludzie jakoś starają sobie radzić z pozbawionymi sensu absurdalnymi okolicznościami, ale po przekroczeniu pewnego punktu krytycznego wkurzają się i nie łamiąc prawa, lecz respektując je do szpiku, unieruchamiają całą machinę. Bardzo to inteligentna forma protestu przeciwko władzy absurdu.

Mam wrażenie, że ostatnio stosowana jest jakaś polska odmiana strajku włoskiego. Doprowadzamy pewne sprawy do absurdu, być może by przywrócić im właściwą wagę. Być może zatem zamiast oburzać się na niektórych nadgorliwość (która jest jak wiadomo gorsza od faszyzmu), powinniśmy docenić inteligencję Polaków, którzy buntują się wobec unifikujących (poprzez anihilację jakiegokolwiek sensu) działań decydentów, ukrytych za plecami oficjalnych władz i testujących granice tolerancji społeczeństwa na ich totalizujące zapędy.

Otwarty bunt jest niemożliwy, bo przecież kredyty do spłacenia, nawet jeśli nie swoje, to najbliższej rodziny, skomplikowane i zbyt głębokie układy najróżniejszych zależności bynajmniej nie czarno-białego świata. Jak w tej sytuacji zaprotestować? Po włosku! Ośmieszyć propagandę i nieformalną cenzurę, skazującą nieprawomyślnych na zawodową banicję (jak to było w przypadku np. Mariusza Bulskiego) albo wręcz na długoterminowy areszt bez uzasadnienia (jak to jest w przypadku Piotra Staruchowicza). Zastosować się do wytycznych systemu, ale aż do "bulu", by skompromitować polityczną "poprawność" wymuszoną uwikłaniem w życie.

Jak można inaczej potraktować puszczonego w obieg mema o lesbijstwie Marii Konopnickiej, która dzięki temu jest rzekomo ikoną ruchu LGBT? Janda odruchowo zdrowo zareagowała śmiechem pytając "a co mnie obchodzi, z kim Konopnicka sypiała?" Ja zaś zacząłem się zastanawiać, kogo okrzykną patronem dłubiących w nosie, a kogo ikoną wyjadaczy miodu z uszu? Są przecież tacy, którzy to robią, ale w ukryciu, a przecież nie powinni się tego wstydzić, bo co jest wstydliwego w konsumpcji wydzielin własnego ciała?

Innym przykładem celowej (bo jakiejże innej?) kompromitacji jest młody Maciek Stuhr, twierdzący, że "Przywiązywaliśmy dzieci pod Cedynią jako tarcze i to jest super. To jest najlepsze, co Polskę spotkało." Przecież nie jest to człowiek, który kończył szkołę po ostatniej reformie oświaty, która to reforma niemalże usunęła nauczanie historii!

Kolejną sprawą wpisującą się w ten nurt demaskatorskich działań jest żądanie od wydawcy książki Gadowskiego "Wieża komunistów" usunięcia z okładki wizerunku Pałacu Kultury. Przypomina to trochę dowcip, w którym człowiek krzyczący, że premier jest głupi, został aresztowany pod zarzutem ujawnienia tajemnicy państwowej. Przecież na tej okładce jest artystyczna wizja artysty, zaś wątek tego obrazu pojawia się w książce wielokrotnie będąc pretekstem do tytułu samej książki. Pałac wpisany w różne dodatkowe budowle jest jedynie częścią wielkiej współczesnej wieży Babel. Jego otoczenie w niczym nie przypomina realnego warszawskiego PKiN. Ale nawet traktując tę wizję jak podobiznę realnego PKiN, to jest on przecież kopią wielu podobnych pałaców w różnych sowieckich miastach i nie jest niczym oryginalnym. Ale nawet gdyby był, to czy wizerunek budynku w centrum miasta może być obiektem restrykcji prawnych? A może Zakopane powinno wydawać zgody na wykorzystanie wizerunku Giewontu?

W tym kontekście też staram się rozumieć deklarację Mariana Opani, który odrzuca propozycję zagrania w filmie Antoniego Krauzego "z powodów politycznych", stwierdzając, że nie jest zwolennikiem PiS ani braci Kaczyńskich. Gdyby potraktować zadeklarowane powody poważnie, byłby to dobry pretekst do zupełnie nowego spojrzenia na dorobek tego aktora. Interpretacja takich filmów jak "Człowiek z żelaza" czy "Sauna" zyskałaby dodatkowe możliwości. Okazałoby się że grane przez Opanię postacie ubeka czy sowieckiego dygnitarza nie są jedynie przejawem genialnej roli aktorskiej, ale że role te stanowią coś w rodzaju ideowego manifestu tego wybitnego aktora. To byłby ciekawy przyczynek do dyskusji o wymowie całego filmu.

Nie wiem jakie są rzeczywiste intencje poszczególnych osób, ale intuicja podpowiada mi, by nie traktować tych zjawisk zbyt poważnie. Polacy zawsze na przykręcanie śruby reagują śmiechem i chcę wierzyć, że polska inteligencja także w tym momencie objawia się absurdalnym humorem rodem z Monty Pythona. Nie zmienia to faktu, że diagnoza obecnej sytuacji płynąca z powyższych konstatacji jest dosyć smutna, skoro zmusza praktycznie wszystkich do eskapizmu. Jednych w absurdalny humor rodem z filmów Barei, innych (jak ostatnio Agnieszkę Chylińską) w świat dziecięcych baśni. Czy gdzieś już tak kiedyś nie było? A podobno "nic dwa razy się nie zdarza"...

Tekst pierwotnie opublikowany na portalu wNas.pl

sobota, 24 listopada 2012

Miasto Snu jako czyściec

Czasem trzeba dotrzeć na kres, żeby odnaleźć sens. Poza kres miasta należy wyjechać, by zobaczyć spektakl dotykania sedna. Umiejscowienie teatralnej hali na podwarszawskich polach wydaje się mieć nie tylko ekonomiczne uzasadnienie. Fizyczna pielgrzymka na spektakl jest pierwszym stopniem inicjacji w świat Miasta Snu. Zmusza widza do uczestniczenia w podróży będącej udziałem wszystkich bohaterów. Miasto Snu jest bowiem tylko pretekstem dla poszukiwań uzasadnienia własnego życia.

Stadionowy kształt widowni koresponduje z dobiegającymi przez okna sceny odgłosami tłumu. Dywagacje na temat sensowności "jakiegoś narodowego święta" usypiają czujność widzów fiksujących się na bieżących publicystycznych kliszach. Nie budzi ich nawet utrwalone na cyfrowej kliszy zbiorowe złudzenie obecności widowni, która z pełnej widzów zamienia się po chwili w puste krzesła. Nieistotność widowni, nieistotność dylematów bohaterów, pozorność rekwizytów, do których przywiązujemy się na tyle mocno, że fascynacja dla pięknych butów usuwa potrzebę reszty ubrania, które byłoby dla tych butów jedynie zakłócającą estetyczny porządek przeszkodą.

Na scenie przekomarzają się nie związani ze sobą ludzie. Oczekują nie wiadomo na co, na Godota? na Paterę? Na dopuszczenie do tajemnicy Miasta Snu? Tajemnica ta stanowi tabu, sygnalizowane czasem retorycznymi pytaniami o powód obecności w pokoju zwierzeń, z umieszczoną pośrodku klatką do rozmowy z Wielkim Bratem. Pojawienie się wysłanniczki Felliniego z zadaniem zrobienia castingu do nowego filmu jest mentalną kotwicą na dzisiaj, ale przecież towarzystwo to spotyka się tutaj od dawna i spotkania te trwać będą jeszcze długo.


Razem z aktorami oglądamy dokument o Perle, mieście stworzonym z domów przeniesionych z innych miast całego świata. Oglądamy warszawskie place z widocznymi śladami niedawnej bytności budynków. Kto je zabrał? W jakim celu? Narrator pyta stwierdzając, że łączy je jedna wspólna cecha: wszystkie cieszyły się złą sławą. Brzmi jak ostrzeżenie: konstrukcje nie dbające o reputację, nie szanujące siebie samych znikają, są zabierane z dotychczasowego kontekstu, przenoszone poza czas i w niewiadomą przestrzeń.

Perła, czyli tytułowe Miasto Snu jawi się jak mityczne Królestwo Księdza Jana, w którym czas nie ma znaczenia, a ludzie śniąc pozbywają się wszelkich trosk. Senna obietnica Raju okazuje się jednak typowym mentalnym mirażem, wszak w miarę upływu czasu bohaterowie nie przybliżają się nawet o centymetr do jakiegokolwiek pozytywnego rozwiązania. Wyjątkiem jest postać Alfreda Kubina.

Kubin przyjechał do Perły na zaproszenie samego jej twórcy, Patery, który jest jego kolegą z lat szkolnych. Jako artysta docenia wagę projektu, w rozmowie z żoną werbalizuje nadzieje związane z dotknięciem tajemnicy, wobec jej zdystansowanych wątpliwości grubiańsko krzyczy "ty nic nie rozumiesz!" Jak się jednak później okaże, pycha jest tylko maską, kryjącą przerażenie i bezsilność. Podobnie jak cały językowy arsenał pojęć i dymna zasłona filozofowania, za którą chowają się zarówno Kubin, jego żona, jak i reszta bohaterów. Długie monologi poszukujące uzasadnień zdublowane są wyświetlaną na ścianach pokoju lekko opóźnioną projekcją. Cały monolog to sen? Czy może jest on tak naprawdę mówiony przez kogoś innego? Gdy małżeństwo znika ze sceny, pozostaje pusty fotel, zaś w projekcji na fotelu pojawia się szympans. Słowa są nieistotnym dodatkiem do istoty ludzkiej? Czy to nawiązanie do hiszpańskiego pomysłu rozszerzenia praw człowieka na ten człekokształtny gatunek?


Tymczasem w pokoju zwierzeń trwa oczekiwanie. Znowu razem z aktorami, oglądamy kuriozalną reklamę das auto. I znowu reklama wywołuje fajerwerki ideowych manifestacji, będących dymną zasłoną dla istoty rzeczy. "Narkotyki dla każdego, wolność od reklamy!" - woła bez przekonania, ale na całe gardło oburzony komercją w antykomercyjnym miejscu Hektor. Groteskowość tego hasła, razem z uporczywie powtarzanymi przez Janka deklaracjami chęci wysadzenia czegoś, kpi z buntowniczości "postępowców" w czasach, gdy wszystkie granice zostały dawno osiągnięte. Niemożność buntu, czy raczej jego jałowość, jest niezwykle frustrująca dla wszystkich: dla niespełnionych buntowników oraz dla niezrealizowanych badaczy-profesorów, których drażni wtórność i poznawcza jałowość dokonań obiektów ich badań. W efekcie wszyscy zamykają się w ciasnych klatkach własnych mentalnych klisz i trwają w nich, bez nadziei na zbawienie.

Ci, w których tlą się jeszcze młodzieńcze pragnienia oczyszczającego poniżenia, masochistycznie próbują sprowadzić się do parteru, by wróciwszy do źródeł zezwierzęcenia, wyzwolić się z tego, co ich tłamsi. Uporczywość powtarzających się prób, uporczywość do granic wytrzymałości zarówno aktora jak i widza, okazuje się jednak jałowa. Samoupokorzenie z niczego nie wyzwala, lecz potęgując upokorzenie trzyma w pętli uzależnienia. Samooszukiwanie jako źródło piekła bezsensu. Jedynie Kubin wyrzuca w końcu z siebie prawdę. Stojąc samotnie pod fallicznym pręgierzem sześcianu zwierzeń, przed zwielokrotnionym i wielogłosowym wizerunkiem Patery, wyszeptuje ledwo słyszalne w multimedialnym zgiełku definiujące sytuację "Panie, nie jestem godzien!" Patera zgadza się z tym wyznaniem i podejmując rolę Boga pyta, czego chcesz? Odpowiedź jest jak klucz: "Uratuj moją żonę..." Tylko prawidłowa diagnoza umożliwia podjęcie terapii. Wraz z tym wyznaniem nieoczekiwanie weszły na scenę takie anachroniczne i niemodne pojęcia jak miłość, wierność, przywiązanie, lęk przed samotnością. Tylko Kubin wyjdzie z tego czyśćca powtarzających się w nieskończoność sytuacji. Scenę, zmultiplikowaną wyświetlanym na ścianie archiwalnie czarno-białym filmem, jedynie on opuści. Reszta bohaterów będzie trwała w swoich rolach do samego końca.


Przykład Kubina nie jest żadną wskazówką dla reszty. Kubin znika niepostrzeżenie. Kolejne postaci tkwią w abstrakcyjnie surrealistycznych sytuacjach, przenikających się nawzajem, przechodzących półsennie, narkotycznie, jedna w drugą. Rozciągnięta do granic wytrzymałości scena między Siri a Błękitnookim usypia czujność widza, by finalny efekt wybrzmiał jak trzeba. Janek przynosi w końcu bombę, o której tyle mówił. Odważnie przechodzi od słów do czynów i podpala lont. Wobec nieodwracalnej rzeczywistości, dziewczyna Janka, trzymająca go na dystans od momentu przyjazdu, rezygnuje ze swojej irytującej maniery i w ostatnim momencie przed eksplozją wykrzykuje prawdę: "kocham Cię, kurwa!"

Obezwładniająca bierność nieustających analiz, ideologiczne manifesty bez konsekwencji, uzależnienie od toksycznych relacji, fikcja onirycznych obietnic... Czy naprawdę nie ma wyjścia z tej matni? Emocjonalna szczerość Kubina wobec siebie i akceptacja zabezpieczająca przed zniknięciem w niejasnych okolicznościach jest formą wewnętrznej emigracji. Wewnętrzną emigracją jest postawa Błękitnookich tubylców, którzy biorą rzeczywistość taką jaka jest, bo słowa są zbędne z powodu braku ich wpływu na rzeczywistość. Zbyt długie zwlekanie z wyznaniami może pomóc materializacji rewolucyjnych zapędów, fizycznie unicestwiających źródło problemów.

Nieczytelny dla zamkniętych umysłów reżyser, zniechęcony, odprawia na koniec manifest własnej drogi. Odlatuje razem z mistrzem Fellinim, autoironicznie unoszącym pod szkieletem ryby całą teatralną ekipę. Wszelkie mięso dawno odeszło od kręgosłupa sztuki. Jest tylko goła fikcja, lecz niczym ubrany tylko w buty Janek z początku przedstawienia, reżyser wybiera starego mistrza odwracając się od całej reszty.

Miasto Snu jak psychoanalityczna sesja łapie za ramię i przywraca proporcje. Tylko od nas zależy, czy z sesji tej coś wyciągniemy, czy wzruszymy ramionami, dalej szukając - zgłuszającej troski i wątpliwości - pigułki Murti-Binga...

MIASTO SNU wg "Po tamtej stronie" Alfreda Kubina, reż.: Krystian Lupa

Tekst opublikowany pierwotnie na portalu wNas.pl

czwartek, 3 maja 2012

Twórczość fascynacji czyli samowywiad Przybyszewskiej

Rzeczywistość faluje, rzeczywistość skrzeczy. Czasem uwodzi, najczęściej odrzuca, próbując zniszczyć zainteresowanie sobą, zamykając nas we własnych ogródkach. Nie zmienisz tego, na co nie masz wpływu, a wpływ masz jedynie na siebie, zatem uwaga zwrócona poza granice własnego płotu zawsze przynosi frustrację. Jeśli jeszcze nie uwierzyłeś Buddzie, albo psychologom, to przekonują do tego codzienne przekazy dnia, ubliżające rozsądkowi i estetyce.

Obejrzane w ciągu kilku ostatnich miesięcy teatralne spektakle także wpisywały się w ten antyartystyczny nurt złego smaku. Nie będę ich wymieniał, bo brak pamięci o nich, to jedyne na co zasługują. Dyskusja mogłaby zejść do ich poziomu, a byłoby to poniżające dla inteligencji i godności zarówno obserwatora jak i uczestnika takiej dyskusji.


W tym kontekście, być może przez kontrast, w zachwyt wprowadza spektakl młodej reżyserki Magdaleny Miklasz "Sprawa Dantona. Samowywiad". Dopracowany reżysersko, świetny aktorsko, podejmujący wielopoziomową dyskusję z wieloma płaszczyznami kultury, wykorzystujący bardzo różne teatralne techniki i stylistyki, trzymający od początku do samego końca napięcie i uwagę widza. Świeżość i energia młodości połączyła się z perfekcją wykonania.

Czym jest twórczy proces? Czy twórca jest w stanie panować nad swoim dziełem? Czy może artysta jest jedynie narzędziem autokreacji Dzieła? Wprowadzenie na scenę Przybyszewskiej, która walczy z materią swojego Opus Magnum przenosi ciężar artystycznej refleksji z mechanizmów rewolucji na proces twórczy właśnie. Ten dość ryzykowny zabieg nie tylko się z powodzeniem broni, ale wzbogaca pierwotną refleksję nad mechanizmami ludzkich działań.

Nie ulega wątpliwości, że motywacje wybitnych jednostek, ich postrzeganie świata, ich bagaż doświadczeń, ich uprzedzenia, fobie i pragnienia przekładają się często na losy narodów. Hitler, Napoleon, Cezar nie byli jedynie wytworem własnych czasów, ale też, a może przede wszystkim realizowali własny twórczy zamysł. Czym tworzenie imperium różni się od tworzenia fikcyjnego świata artystycznej wizji? Jaki wpływ na historyczne interpretacje mają osobiste ideowe sympatie badacza? Czy faktograficzna dokładność ma jakikolwiek wpływ na historyczne oceny? Nie od dziś przecież wiadomo, że historię piszą zwycięzcy. Czy ta historia ma cokolwiek wspólnego z faktami? A może, jak w przypadku po freudowsku traktowanej twórczości, jest efektem sublimacji popędów, wypadkową walki Erosa i Thanatosa, w których to zmaganiach trudno wyczuć gdzie zaczyna się i kończy podmiotowość, odpowiedzialność, wolna wola.


Przybyszewska jest zafascynowana Robespierre'm, o czym na samym początku mówi wprost do publiczności. W jednej z ostatnich scen, gdy po modlitwie do Matki Gilotyny, odcinane w rytmie seksualnego aktu, w coraz szybszym tempie jedna po drugiej spadają rewolucyjne głowy, autorka także symbolicznie zgilotynowana namalowanym czerwoną szminką znakiem dookoła własnej szyi, krzyczy w podnieceniu: jak ja to kocham!!! W innym miejscu jesteśmy świadkami wywodu na temat istotności każdego przecinka w tekście dramatu, który to przecinek lub jego brak całkowicie zmienia wymowę danej kwestii. Prezentacja różnicy nie tylko ujawnia jakość aktorskich umiejętności i tajniki dramaturgicznego warsztatu. W zestawieniu z seksualnością świętej gilotyny każe się zastanowić nad rolą fanatycznego perfekcjonizmu i twórczych pasji w wytwarzaniu historycznych wizji i granicznych sytuacji społecznych, z których nie ma już powrotu. Jakże inaczej można odebrać w tym kontekście dylemat upadku Rewolucji niezależącego od ostatecznego wyniku procesu Dantona.

Reżyserka przełamuje konwencje teatralności, bawi się formą, wydobywając zaskakujące pokłady znaczeń. Tytułowa Sprawa Dantona jest już dziś na tyle przepracowana przez kulturę, że taka zabawa jest możliwa. Przybyszewska wchodząca w sceny kłótni, pomagająca wyrzucić natręta z pokoju (wyrzuć go, wyrzuć!), każe zastanowić się nad źródłami realnej siły sprawczej efektów naszych codziennych działań. Robespierre dyskutuje z Przybyszewską na temat swojej charakteryzacji, która w jego odczuciu nie jest wiarygodna. Kapitalna jest gra maskami. Martwi za życia partyjni stronnicy klepiący przypisane im kwestie świętego oburzenia, czy naiwnego zdziwienia, sugestywnie podkreślają marionetkowość swoich ról. Danton i Robespierre grani są przez tego samego aktora bynajmniej nie dlatego, że w zespole jest dużo mniej aktorów niż postaci dramatu. Mistrzostwem jest werbalny pojedynek głównych antagonistów, w którym aktor dyskutuje z maską, płynnie przechodząc z jednej roli w drugą. Schadzka kochanków odegrana jest pantomimą z tekstem wypowiadanym przez ukrytych w cieniu innych aktorów.


W zasadzie każda scena jest inteligentną, a jednocześnie czytelną grą z widzem. Uwaga nie ulega zmęczeniu, dzięki umiejętnej gradacji napięcia i dobrze zaplanowanych krótkich chwilach odpoczynku. Aktorzy stają na wysokości zadania płynnie przeistaczając się w poszczególne postacie. Magdalena Miklasz przywraca nadzieję, że polska sztuka to nie tylko kilka głośnych nazwisk z towarzystwa wzajemnej adoracji. I nawet jeśli jedna jaskółka wiosny nie czyni, to równość świetnej gry aktorskiej i jakość pracy reżyserskiej sprawiają, że na pewno warto zwrócić uwagę na cały zespół Malabar Hotel, który bez własnej sceny jest w stanie realizować tak dopracowane przedsięwzięcia.

"Sprawa Dantona. Samowywiad", reż. Magdalena Miklasz, Malabar Hotel

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka